04 Sty 2017

Przyznaję z pokorą, że huczne sylwestry z tańcami i hulankami do białego rana to w moim życiorysie już tylko rys historyczny. W sylwestrową noc 2016/2017 zabawiałem się w towarzystwie jednej tylko damy, w dodatku własnej żony. Ale kiedyś… Ho, ho, sami poczytajcie.

Śnieg po pas, mróz pod 30 stopni (na minusie rzecz jasna), zamarznięte na kamień jezioro, wieża widokowa w pobliżu, gdyby komuś chciało się podziwiać mroźne widoczki, a do tego przepiękny ośrodek żeglarski na Mazurach do wyłącznej dyspozycji. Żeglarski sylwester sprzed 30 lat.

Zjechało nas tam kilkanaście osób, prawie wszyscy ze środowiska żeglarskiego plus moja ówczesna narzeczona, a obecna żona, którą oczywiście wcześniej przeczołgałem przez rejs jachtem ze mną w roli sternika, co – zważywszy moje mizerne umiejętności żeglarskie – było dla niej przeżyciem dość ekstremalnym.

Cóż za wspaniała galeria postaci: mój najbliższy wówczas przyjaciel Janek, zwany Grubym Janem dla odróżnienia od innego mojego przyjaciela Janka, którego dla porządku nazywaliśmy Chudym Janem. Gruby Jan niestety już nie żyje, podobnie jak Tadeusz zwany Tadem, nasz wspólny przyjaciel z Warszawy, przy którym Gruby Jan – chłopak naprawdę solidnej budowy – wyglądał jak niepozorne chuchro. Tado miał specjalny pas, przy którym przytroczył manierkę ze spirytusem (lekko doprawionym na szczęście), którym hojnie częstował wszystkich chętnych. Jarek zwany Prezesem później zasłynął ekstremalnymi rejsami morskimi łącznie z opłynięciem piekielnego Przylądka Horn. Tutaj Prezes pełnił rolę palacza, z której zresztą wywiązywał się wzorowo. Wystąpił w nieskazitelnie białym garniturze, na którym do końca zabawy nie pokazał się nawet najmniejszy pyłek – a przecież musiał dokładać do pieca i mieszać w palenisku gigantycznym pogrzebaczem. Wszyscy byliśmy przebrani: Gruby Jan za pirata, chudy Jan za marynarza (albo odwrotnie), Prezes za prezesa (stąd ten biały garnitur), a moja narzeczona za wiotką hurysę, bo wiotka była i pozostała do dzisiaj, przy tym gasiła (i gasi) urodą wszystkie inne panny, mężatki i rozwódki. Osobiście byłem przebrany za członka Młodzieżowej Służby Ruchu; była to harcerska formacja paramilicyjna, pomagająca Milicji Obywatelskiej w kierowaniu ruchem ulicznym i pieszym na ulicach. Jako harcerzyk byłem podobno tak zabawny, że wszyscy uczestnicy przez ładnych kilka minut nie mogli podjąć żadnych działań zabawowych, a to z powodu skręcającego ich konwulsyjnego śmiechu. Dla porządku dodam, że nigdy w życiu nie byłem w harcerstwie, a służba w Milicji Obywatelskiej też była raczej odległa od moich marzeń i snów.

 

Kwestie aprowizacyjne i kucharskie spoczywały na naszych barkach i głowach. Osobiście zabrałem się za sprawy najbliższe memu sercu, mianowicie za mrożenie szampana i gotowanie bigosu. A trzeba wiedzieć, że w ośrodku nie było znanych nam dzisiaj lodówek domowych, tylko lodówy i zamrażary o pojemności pewnie z pół tony każda. Do takiej to właśnie komory zamrażalniczej wrzuciłem te nasze szampany, zaś posiekaną kapuchę przemieszaną z dodatkami mięsno-kiełbasianymi postawiłem – jakby dla przeciwwagi – na tzw. taborecie grzewczym, gdzie mój ogromny gar z zawartością szybciutko nie tylko zawrzał, ale nawet przypalił znaczącą część rzeczonej kapuchy. Dokładnie odwrotne procesy zachodziły w tych gigantycznych zamrażarkach, co skutkowało zamrożeniem na kość naszych szampanów, połączonym z pękaniem butelek. Otrzymaliśmy dziwną szronowo-śniegową masę, zalegającą komorę zamrażarki, co odkryliśmy niestety dopiero około północy, kiedy chcieliśmy wznieść noworoczne toasty. Wypić tego niestety się nie dało, ale przecież smak pozostał, a podobno nie ma nic lepszego, jak trochę wina dodanego do bigosu. Dodaliśmy zatem szampański śnieg do tego przypalonego bigosu, co spowodowało smród tak okropny, że cała tę breję musieliśmy czym prędzej wyrzucić. W efekcie nie mieliśmy ani szampana, ani gorącego dania, co wszakoż nie przeszkodziło nam w szampańskiej (?) zabawie do białego rana.

Brak komentarzy »

No comments yet.

RSS feed for comments on this post. TrackBack URL

Leave a comment

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.