10 Kwi 2012

W związku z wielkanocnym wyjazdem na drugi koniec kraju postanowiłem co nieco poregulować w moim aucie. Miało być lepiej, a wyszło jak zwykle.

Wytrwali czytelnicy moich tutejszych wpisów dobrze wiedzą, że jak już podejmuję jakiś temat z życia techniki, to dobra zabawa murowana. Niestety jest to zabawa moim kosztem. Sami zobaczcie. Opisałem to jeszcze przed świętami w Gazecie Olsztyńskiej:

Przejeżdżam przez czarne od smarów kałuże i staję pod ściana warsztatu. Za kilkanaście minut, wedle obietnicy szefa, wjadę na kanał i szybciutko ustawią mi tzw. zbieżność kół.

Wychodzę z samochodu, rozglądam się, brodzę wśród tych czarnych kałuż, wiatr mi wydmuchuje resztki domowego ciepła spod kurtki, więc wchodzę do hali. Kręcę się tu i tam, czekając na swoją kolej. Nagle jak nie huknie! Ten sam wiatr, który szarpał mi kurtkę, otworzył niedokładnie zamknięte metalowe drzwi, które zatrzymały się dopiero na … moim samochodzie.

Dobiegam, oglądam – jest wyraźne wgniecenie, ale moje blachy to nie żadna tam chińszczyzna, tylko solidna, niemiecka robota. Gdyby na przykład trafiło na samochód mojej żony, nie byłoby co zbierać.  Tak się pocieszam w tym moim nieszczęściu i wjeżdżam do środka. Tu wszakoż okazuje się, że regulacji zrobić nie można, bo mam jakieś luzy na wahaczach. Trzeba wymienić i dopiero wówczas wyregulować.

Odkręcają więc te wahacze, ale śruba nie puszcza. Próbują tak i siak, kluczem dużym i jeszcze większym, aż nagle trrrach! Ukręcili łeb śrubie. Wahacz dalej tkwi na swoim miejscu jak przyspawany.

Pan mechanik zebrał się w sobie, pomamrotał pod nosem i zaczął odkręcać – jak mi się wydawało – wszystko jak leci. Po pół godzinie miał na ziemi już pół mojego samochodu – w tym ten nieszczęsny wahacz zrośnięty z jakimś innym diabelstwem.  Wybił urwaną śrubę stalowym bolcem i potężnym młotem. Reszta to już fraszka. Przykręcił nowe wahacze, złożył całość do kupy i nawet nic mu nie zostało. Nie licząc starych wahaczy, rzecz jasna, bo dla nich nie znalazł niestety żadnego zastosowania.

Cała ta operacja kosztowała mnie… mniejsza o to, w każdym razie sporo. W dodatku te cholerne drzwi, waląc w mój błotnik, naruszyły mocowanie reflektora, który co prawda świeci, ale jakby bardziej krzywo.

I jak tu polubić poniedziałki?

 Najgorsze jest to, że po całej tej kosztownej operacji samochód jeździ jakby trochę krzywo, ma poluzowane mocowanie reflektorów (to od tego uderzenia ciężkimi stalowymi wierzejami), a po uruchomienia silnika coś piszczy i pokazuje się lampka, informująca o niemożności automatycznej regulacji reflektorów. A wszystko przez to, że zachciało mi się regulować samochód w poniedziałek.

Jest jednak też akcent pozytywny. Taką oto tablicę znalazłem w tym warsztacie. Pamiętacie?

 

 

 

3 komentarze »

  1. Ale to był wtorek… 😀

    Komentarz by Wojciech — 11 kwietnia 2012 @ 13:34

  2. Aaa, w poniedziałek przed świętami! Późno, bo późno, ale zakumałem…

    Komentarz by Wojciech — 11 kwietnia 2012 @ 13:35

  3. Panie Adamie – chapeau bas! 🙂
    bo w TE poniedziałki załoga bierze udział w kapitalistycznym współzawodnictwie pracy 🙂

    Komentarz by Bożenia — 12 kwietnia 2012 @ 6:16

RSS feed for comments on this post. TrackBack URL

Leave a comment

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.