01 Lut 2017

Rzecz będzie o inicjacji zimowej, bo jak wiadomo wszystko należy zaczynać na zimno. Niestety, ten swój pierwszy raz fatalnie spartaczyłem – jak wiele innych razów zresztą. A było tak.

Z naszej trójki to ja niestety byłem największym łamagą, co we wczesnym dzieciństwie przejawiało się podobno nieustającym rykiem, a później było już tylko gorzej. Płaskostopie, reumatyzm dziecięcy, wczesne okularnictwo – to kolejne etapy mojej społecznej degrengolady, prowadzącej nieuchronnie do partaczenia wszystkiego, co się tylko spartaczyć dało. Nic zatem dziwnego, że spartaczyłem – jak wszystko – także mój pierwszy raz.

Jak się zapewne już wszyscy domyślają, partactwo, o którym dzisiaj chciałbym z bólem przypomnieć, dotyczy mojej sztuki jazdy na łyżwach. Od samego początku, to znaczy od tego tytułowego pierwszego razu, wypracowałem sobie dość osobliwą technikę, opierającą się wyłącznie na próbach (nie zawsze udanych) utrzymania się na nogach podkutych łyżwami. Dla jasności: te łyżwy przypięto mi niemal siłą, nie bacząc na moje głośne protesty. „Nauczysz się” powtarzali jak mantrę moi przyjaciele (to wówczas zacząłem wątpić w szczerość ich przyjaźni). Tak czy owak łyżwy przypięto, po czym usiłowałem stanąć na lodowej tafli Jeziora Długiego, co każdorazowo kończyło się ucieczką do przodu. To znaczy łyżwy uciekały, ja zostawałem na lodzie. Przyjaciele wzięli się na sposób i we dwóch postawili mnie w pionie, którą to pozycję z najwyższym trudem utrzymywałem, ale w sposób słabo rokujący na najbliższą przyszłość. Także i na to znaleźli sposób moi prześmiewcy; jeden podtrzymywał mnie z boku, drugi zaczął pchać od tyłu. Jechałem! Po chwili na szczęście ten od pchania się zmęczył i odpuścił, dzięki czemu rymsnąłem jak długi na zbawczy lód.

Tak się skończyła moje pierwsza lekcja jazdy na łyżwach. Jak mówił nieodżałowany Kwinto: następnej razy nie było.

04 Sty 2017

Przyznaję z pokorą, że huczne sylwestry z tańcami i hulankami do białego rana to w moim życiorysie już tylko rys historyczny. W sylwestrową noc 2016/2017 zabawiałem się w towarzystwie jednej tylko damy, w dodatku własnej żony. Ale kiedyś… Ho, ho, sami poczytajcie.

Śnieg po pas, mróz pod 30 stopni (na minusie rzecz jasna), zamarznięte na kamień jezioro, wieża widokowa w pobliżu, gdyby komuś chciało się podziwiać mroźne widoczki, a do tego przepiękny ośrodek żeglarski na Mazurach do wyłącznej dyspozycji. Żeglarski sylwester sprzed 30 lat.

Zjechało nas tam kilkanaście osób, prawie wszyscy ze środowiska żeglarskiego plus moja ówczesna narzeczona, a obecna żona, którą oczywiście wcześniej przeczołgałem przez rejs jachtem ze mną w roli sternika, co – zważywszy moje mizerne umiejętności żeglarskie – było dla niej przeżyciem dość ekstremalnym.

Cóż za wspaniała galeria postaci: mój najbliższy wówczas przyjaciel Janek, zwany Grubym Janem dla odróżnienia od innego mojego przyjaciela Janka, którego dla porządku nazywaliśmy Chudym Janem. Gruby Jan niestety już nie żyje, podobnie jak Tadeusz zwany Tadem, nasz wspólny przyjaciel z Warszawy, przy którym Gruby Jan – chłopak naprawdę solidnej budowy – wyglądał jak niepozorne chuchro. Tado miał specjalny pas, przy którym przytroczył manierkę ze spirytusem (lekko doprawionym na szczęście), którym hojnie częstował wszystkich chętnych. Jarek zwany Prezesem później zasłynął ekstremalnymi rejsami morskimi łącznie z opłynięciem piekielnego Przylądka Horn. Tutaj Prezes pełnił rolę palacza, z której zresztą wywiązywał się wzorowo. Wystąpił w nieskazitelnie białym garniturze, na którym do końca zabawy nie pokazał się nawet najmniejszy pyłek – a przecież musiał dokładać do pieca i mieszać w palenisku gigantycznym pogrzebaczem. Wszyscy byliśmy przebrani: Gruby Jan za pirata, chudy Jan za marynarza (albo odwrotnie), Prezes za prezesa (stąd ten biały garnitur), a moja narzeczona za wiotką hurysę, bo wiotka była i pozostała do dzisiaj, przy tym gasiła (i gasi) urodą wszystkie inne panny, mężatki i rozwódki. Osobiście byłem przebrany za członka Młodzieżowej Służby Ruchu; była to harcerska formacja paramilicyjna, pomagająca Milicji Obywatelskiej w kierowaniu ruchem ulicznym i pieszym na ulicach. Jako harcerzyk byłem podobno tak zabawny, że wszyscy uczestnicy przez ładnych kilka minut nie mogli podjąć żadnych działań zabawowych, a to z powodu skręcającego ich konwulsyjnego śmiechu. Dla porządku dodam, że nigdy w życiu nie byłem w harcerstwie, a służba w Milicji Obywatelskiej też była raczej odległa od moich marzeń i snów.

 

Kwestie aprowizacyjne i kucharskie spoczywały na naszych barkach i głowach. Osobiście zabrałem się za sprawy najbliższe memu sercu, mianowicie za mrożenie szampana i gotowanie bigosu. A trzeba wiedzieć, że w ośrodku nie było znanych nam dzisiaj lodówek domowych, tylko lodówy i zamrażary o pojemności pewnie z pół tony każda. Do takiej to właśnie komory zamrażalniczej wrzuciłem te nasze szampany, zaś posiekaną kapuchę przemieszaną z dodatkami mięsno-kiełbasianymi postawiłem – jakby dla przeciwwagi – na tzw. taborecie grzewczym, gdzie mój ogromny gar z zawartością szybciutko nie tylko zawrzał, ale nawet przypalił znaczącą część rzeczonej kapuchy. Dokładnie odwrotne procesy zachodziły w tych gigantycznych zamrażarkach, co skutkowało zamrożeniem na kość naszych szampanów, połączonym z pękaniem butelek. Otrzymaliśmy dziwną szronowo-śniegową masę, zalegającą komorę zamrażarki, co odkryliśmy niestety dopiero około północy, kiedy chcieliśmy wznieść noworoczne toasty. Wypić tego niestety się nie dało, ale przecież smak pozostał, a podobno nie ma nic lepszego, jak trochę wina dodanego do bigosu. Dodaliśmy zatem szampański śnieg do tego przypalonego bigosu, co spowodowało smród tak okropny, że cała tę breję musieliśmy czym prędzej wyrzucić. W efekcie nie mieliśmy ani szampana, ani gorącego dania, co wszakoż nie przeszkodziło nam w szampańskiej (?) zabawie do białego rana.

27 Paź 2016

Prawdziwy mężczyzna powinien zbudować dom, posadzić drzewo, mieć syna, a w stosownym wieku przejść zawał serca. Trele morele, okazuje się, że nawet głupiego zawału nie umiałem sobie załatwić.

Co do reszty to większość mam za sobą, jedynie z domem jakoś odkładam na później, co chyba skutkować będzie dożywotnią wegetacją w spółdzielczym mieszkanku z epoki późnego Gierka. Natomiast w kwestii zawału nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

Zaczęło się dość dziwnie: schyliłem się, kucnąłem i nagle coś zakłuło w środku, ale tak, że aż oddech odebrało. Potem trochę zelżało, ale ból pozostał.

Zawał – nie zawał. Bo jeżeli zawał, to długo nie potrwa, ale skoro trwa – to chyba jednak nie zawał.

Uspokojony tą krótką rozmową z najbliższą mi osobą (czyli z sobą samym) udałem się do codziennych obowiązków, zabierając ze sobą – acz niechętnie – swój ból.

Nazajutrz obudziłem się wciąż z bólem – ale sam fakt przebudzenia utwierdził we mnie przekonanie, niemal pewność: nie zawał. A skoro nie zawał, to nic pilnego – no i zapisałem się na wizytę u lekarza odpowiedniej specjalności za trzy dni. Dla jasności: u lekarza z opcji płatnej dodatkowym ubezpieczeniem, z takim zwykłym, „na NFZ”, chyba nie potrafiłbym się umówić. Raz próbowałem w kwestii pilnego zabiegu okulistycznego – i załatwiłem wizytę za pół roku. Z zawałem – nawet takim niepewnym jak mój – takie czekanie raczej nie wchodzi w grę.

Przychodzę więc z tym swoim bólem wciąż gniotącym mnie od środka, opowiadam panu doktorowi co i jak. Opukał, ostukał, zmierzył ciśnienie (górna granica normy), a nawet prądy w moim sercu. Nic, zdrowym. No ale boli! Jak boli – to środki przeciwbólowe.

No i co powiecie? Po trzech dniach zażywania tych środków ból minął i już – przynajmniej na razie – nie wrócił. Czuję się świetnie no i dzięki temu mogłem podjąć dalsze leczenie, bowiem – jak powszechnie wiadomo – trzeba mieć końskie zdrowie, żeby się leczyć.

Kolejne rutynowe badania odkryły z bezwzględną surowością: zdrowyś pan jak byk, przynajmniej póki co. Tylko to ciśnienie… Lepiej sprawdzić dokładnie.

Wsadzono mnie na rower, taki stojący w gabinecie, i kazano pedałować, przy czym lekarz dokręcał co jakiś czas śrubę. To tzw. próba wysiłkowa. Jak się pewnie domyślacie, próba nic nie wykazała – oprócz tego mojego końskiego zdrowia oczywiście. Nic dziwnego, że  lekarze zmartwili się już nie na żarty. Postanowili poddać mnie wymyślnym torturom, ukrytym pod niewinną nazwą holter.

To nic innego, jak poczciwy ciśnieniomierz, jakim tysiące ludzi mierzy sobie codziennie ciśnienie, od czego co prawda zdrowia nie przybywa ani trochę, ale za to powstają coraz to nowe tematy do rozmów z rodziną, sąsiadami i lekarzami oczywiście. Tenże prosty aparat połączony jest długą plastykową rurką z aparatem na baterie, który będzie nam to ciśnienie mierzył w sposób ciągły, przez całą dobę. Całość włącza się co 20 lub 30 minut z charakterystycznym warkotem – jakby odlatywał mały helikopter.

Dosyć to wszystko niewygodne, bo całą tę instalację trzeba nosić na sobie bez przerwy, co utrudnia nawet zwykłą kąpiel w wannie, że nie wspomnę o ulubionej przeze mnie codziennej kąpieli w basenie. Za to w nocy o dziwo spałem jak suseł, ale mój przenośny helikopter – chociaż schowany pod kołdra – budził swoim warkotem spoczywającą obok moją wierną w zdrowiu i chorobie małżonkę.

Wyniki będą znane za tydzień. Mocno się boję, że będą prawidłowe, co będzie się zapewne wiązało z kolejnymi badaniami i jeszcze bardziej wymyślnymi torturami.

 

18 Paź 2016

Dzisiaj będzie o tym, jak łatwo i bezboleśnie zarobić na czysto 500 złotych, przy czym nie ma to nic wspólnego z programem 500+. Tam bowiem – jak wiadomo – wcale nie dostaje się tych pięciu stów za darmo. Trzeba się przedtem solidnie napracować, chociaż w wielu przypadkach ta praca w zadziwiający sposób łączy się z przyjemnością.

W moim przypadku zaczęło się od dziwnego chrobotu w prawym przednim kole mojego czarnego jak smoła krążownika szos. Chrobot natężał się w miarę pokonywanego dystansu, ale postanowiłem jakoś dociągnąć do pracy, bo tuż przy naszej skromnej, ale gustownej siedzibie, stoi sobie równie skromny, choć nieco mniej gustowny warsztat samochodowy.

– Co z twoim kołem, przecież powietrze zupełnie zeszło – powitał mnie pan Krzysztof, jeden ze współwłaścicieli, z którymi jestem od lat zaprzyjaźniony.

– No właśnie – wydukałem z głupią miną – a ja myślałem, że łożysko może.

Chłopaki z warsztatu pokiwali głowami nad moją głupotą (nie pierwszy raz, boję się, że to kiwanie wejdzie im w nawyk) i zabrali się za wymianę koła.

– Opona już do niczego, alufelga pokrzywiona – wyliczał bezlitośnie pan Krzysztof. – Wyprostujemy tyle, ile można, oponę załatamy i założymy, ale czym prędzej trzeba kupić nową oponę, a felgę wyprostować w specjalistycznym zakładzie.

Może i jestem mało kumaty w kwestiach nowoczesnej techniki samochodowej, ale wiem tyle, że jak wymieniamy oponę w jednym kole – to musimy wymienić i w drugim. Taka symetria – ponoć nasze auta żyć bez niej nie mogą. No a dwie nowe opony – to jak nic sześć stówek (przypominam – nie żaden fiacik, ale czarny bolid wielkości średniego czołgu).

Z tą lekko skrzywioną felgą i felerną oponą pojechałem kuśtykając do domu. Nie pytajcie mnie, jak samochód może kuśtykać – mój potrafił.

W domu atoli poczułem uderzenie geniuszu. Przecież podobny przypadek miałem niecały rok temu – złapałem gumę, zmasakrowałem po swojemu oponę i wymieniłem obie. Ale ta druga była dobra – no więc została w piwnicy. Teraz będzie jak znalazł.

Wywlokłem zapomnianą oponę z piwnicy – ten sam fason i krój, pasuje idealnie. W specjalistycznym warsztacie za marną stówę wyprostowali mi felerną alufelgę, założyli nową (powiedzmy – prawie nową) oponę i mój bolid ozdrowiony pomknął w siną miejską dal.

Jak widać bardzo łatwo można zarobić pięćset złotych. Wystarczy w przypadku nagłego uderzenia geniuszu zejść do piwnicy.

22 Sie 2016

Wywodzę się ze sfer mieszczańsko-ziemiańskich, więc w domach moich przodków służba bywała i pracowała na swój chleb powszedni, zamieszkując latami razem z „państwem” w ich domach czy mieszkaniach. Ten obyczaj w zdumiewający sposób odtworzył się w zrujnowanej, ubogiej, przez długie lata siermiężnej ojczyźnie powojennej.

Moi rodzice przez ładnych kilka lat mieli w domu służącą, o pardon, nianię, a może gosposię. Ktoś się musiał w końcu zająć nieznośnymi bachorami, czyli naszą wesołą trójką, a dodatkowo uwarzyć coś, co nadawałoby się do jedzenia. No i jeszcze oczywiście zakupy, sprzątanie, a nawet – o ile pamiętam – prace w ogródku. W tych ostatnich wspierała te nasze nianie moja babcia, która mieszkała z nami aż do śmierci, ale do prac gospodarskich (z wyjątkiem tego ogródka) specjalnie się nie wyrywała. W końcu szlachecka krew, do ksiąg bardziej powołana (babcia była nauczycielką już za cara) niż do pługa.

Nasza pierwsza niania miała na imię Monika – i to z grubsza wszystko, co o niej zapamiętałem. Ach, jeszcze ten obrazek: krztuszę się landrynką (a może dropsem), niania wali mnie po plecach i woła: żeby tylko nie stanęła! (ta landrynka, ma się rozumieć). Najwyraźniej landrynka ze strachu przed Moniką się położyła, bo jak widać żyję i mam się nie najgorzej (chociaż łupie mnie tu i tam w kościach, ale chyba nie przez tę landrynkę, na boga?!).

Etap drugi: Brygida. Nazywała się prawie tak jak my, więc niektórzy myśleli, że to może ktoś z rodziny ze wsi, co było fałszywe w założeniu, jako że rodziny na wsi nigdy nie posiadaliśmy, co nam zostało do dzisiaj. Brygida została z nami do czasu swojej pierwszej ciąży, której sprawcy nie chciała ujawnić. Sama postanowiła odejść na „wychowawczy” – i już nie wróciła. Z Brygidą robiliśmy różne figle dziecinne, które nam wydawały się przezabawne, ale ją doprowadzały do szewskiej pasji. Te niezrozumiałe dla nas emocje napędzały ją do prób zemsty, polegających na uganianiu się za nami z rózgą lub miotłą. O ile pamiętam, nigdy nikogo nie dogoniła, bo zawsze przez któreś z dwojga drzwi zdołaliśmy wymknąć się z domu, a na zewnątrz nie miała z nami szans w tych wyścigach, tym bardziej, że była obciążona tą rózgą albo miotłą, przy tym nigdy nie umiała skupić się na jednej ofierze i usiłowała dopaść nas wszystkich.

Już jako dorosły podejmowałem kilkakrotne nieudolne próby zatrudnienia pani do sprzątania, robienia zakupów i gotowania. Niestety, nie udało mi się odnaleźć Moniki ani nawet Brygidy, więc w końcu sam zakasałem rękawy.

 

 

14 Lip 2016

Wbrew opiniom niektórych złośliwców nie jestem jeszcze w tym wieku, że mógłbym być naocznym świadkiem bitwy pod Grunwaldem. Zresztą gdybym nawet wówczas był w pobliżu, to niechybnie bym nie poprzestał na roli świadka. Jak nic chwyciłbym za miecz i pawęż.

Raz zresztą zdarzyło mi się wybrać na taką bitwę w wersji podwórkowej, którą młodzież z mojego osiedla zorganizowała w 550. rocznicę  bitwy pod Grunwaldem. Niestety okazało się, że z powodu młodego wieku, mikrego wzrostu i braku wprawy w robieniu mieczem mogłem odgrywać jedynie poniżającą rolę ludu cywilnego, oczekującego na powrót rycerzy z pola bitwy. Jak łatwo się domyśleć, ta trauma pozostała we mnie na długo i kolejne rocznice tej i innych ważnych bitew obchodziłem już tradycyjnie – w mojej kryjówce pod stołem.

Trzeba bowiem wiedzieć, że dzieckiem byłem tylko w miarę normalnym. Takie całkiem normalne dzieci bywają bowiem na ogół hałaśliwe i ruchliwe, ja natomiast we wczesnym dzieciństwie zajmowałem się głównie siedzeniem pod stołem i nierzucaniem się w oczy. Normalne dzieci latają po podwórzu z drewnianymi mieczykami i bawią się w wojnę, po czym z dumą obnoszą guzy, sińce i rany cięte, pozostające w nierozerwalnym związku z tego typu aktywnością. Ja mogłem najwyżej walnąć łbem – nadmiernie zresztą w dzieciństwie rozrośniętym – o kant lub nogę stołową podczas sięgania po kolejny tom baśni lub przygód Koziołka Matołka (uwielbiałem), a nieco później Winnetou czy innego Sokolego Oka.

Z tego chlubnego, niestety dość krótkiego, czasu mojej rycerskiej chwały pochodzi zdjęcie,  które mam w swoich archiwach.  Fotkę zrobiono dość dawno, a mistrzem obiektywu był mój najstarszy brat, który zresztą  nie tylko latał po domu i podwórzu z aparatem marki Lubitiel (lustrzanka, gdyby ktoś pytał), ale też własnoręcznie wywoływał klisze i robił odbitki za pomocą powiększalnika (marka nieznana). Wszystko to trwało w nieskończoność, powodując pewne perturbacje w życiu codziennym naszej rodziny, a to z powodu cyklicznego wyłączania z użytkowania jedynej w domu łazienki, przekształcanej za pomocą koca (łazienka z oknem  była, taki luksus) w fotograficzne laboratorium. Po tych alchemicznych doświadczeniach z pogranicza magii, po których brat wyłaniał się z ciemnych czeluści (to od tego koca) łazienki-laboratorium, zostawiał tam po sobie mokre płachty wiszących na sznurku gotowych już zdjęć oraz smród chemikaliów.

No i właśnie podczas jednej z takich sesji wyłonił się na papierze fotograficznym obraz rycerza w bojowej pozie, co prawda bez zbroi, ale za to w pełnym uzbrojeniu, z tarczą i mieczem. Niestety rycerz wygląda trochę komicznie, ponieważ spoza tej tarczy, wykonanej z dość tandetnej sklejki, wyłania się podgolony jasny łeb 8-latka, zaś komizmu dodawał ten mieczyk, wycięty niezgrabnie za pomocą piły o nazwie laubzega z resztek tej samej sklejki, która posłużyła jako materiał na puklerz. Jak łatwo się domyślić, rycerzem byłem ja sam, a zbroiłem się na okoliczność zbliżającej się okrągłej rocznicy Bitwy pod Grunwaldem. Co roku urządzaliśmy z tej okazji rycerskie pojedynki, a nawet regularne bitwy drużynowe, w których trup słał się gęsto. Tym razem miała to być wielka bitwa na sto mieczów, łuków, spis i kusz. Miałem nadzieję na udział w tych rycerskich zmaganiach, niestety – jak napisałem wyżej – nadzieje te spaliły na panewce.

W tym roku wybiorę się pod Grunwald bez oręża. Nie chcę znów przeżyć traumy odrzucenia.

 

14 Cze 2016

Kiedy byłem mały, Dworzec Zachodni w Olsztynie wyznaczał swego rodzaju granicę naszego świata. Nasz świat to było dzisiejsze Osiedle nad Jeziorem Długim, które rozciągało się – podobnie jak dzisiaj – od przejazdu w Likusach do wiaduktu na styku Bałtyckiej i Grunwaldzkiej. Pod torami był tam tunel – jedyny w Olsztynie, pod którym przejeżdżał tramwaj.

Ten tunel, chociaż długi ledwie na dziesięć, może kilkanaście metrów, miał swój urok w czasie jazdy tramwajem, bo na chwilę robiło się prawie ciemno i widać było tryskające spod pałąka iskry za oknem. No a dodatkowo stanowił tę granice nieprzekraczalną, choć czysto umowną.

Jako dziecko raczej rzadko zapuszczałem się poza tunel, bo nie było po co. Wszystko, co potrzeba, miałem na osiedlu: przedszkole, szkołę, kumpli, plażę i osiedlowy sklep z chrupiącym chlebem, po który posyłały nas zabiegane matki i którego piętkę wszyscy ogryzaliśmy w drodze ze sklepu do domów. Kto nie ogryzał piętki z chleba, biegnąc tzw. uliczką, łączącą Aleję Róż z Aleją Przyjaciół, ten nie wie, na czym polega szczęście dziesięcio-, dwunastolatka.

Dobra, dość o tym chlebie, to nie jest poradnik młodego piekarza, miało być o tunelu, a właściwie o Dworcu Zachodnim. No więc na tym dworcu właściwie w ogóle nie bywałem, bo jak już gdzieś wyjeżdżaliśmy pociągiem, to zawsze z Dworca Głównego. Tak się jakoś utarło zupełnie nie wiem dlaczego, bo przecież wszystkie pociągi w kierunku Warszawy, Wrocławia czy Krakowa, a to były kierunki najczęściej – choć nieprzesadnie często – przez nas nawiedzane, przejeżdżały przez Zachodni i zawsze się tu zatrzymywały. Mieszkaliśmy w pobliżu, więc wydawałoby się, że ten Zachodni jakoś bardziej swojski, bardziej przyjazny… A my na ten Główny. Może chodziło o to, że wtedy ludziska nałogowo jeździli koleją, przez co już na Głównym ścisk był taki, że do tej puszki sardynek już nie dało się nikogo wcisnąć, więc ci, którzy naiwnie próbowali wsiąść na Zachodnim, zostawali na peronach z bezużytecznymi biletami w garści.

Ech, wspomnienia. Kto dzisiaj jeździ pociągami? Gdzie te tłumy? Gdzie ten ścisk? Gdzie ci zostający na Zachodnim podróżni? Niniejszym solennie obiecuję, że kiedy już stanie nowy Zachodni, wówczas wybiorę się w podróż bliską lub daleką właśnie pociągiem, właśnie stamtąd. No chyba że znowu ten ścisk i te sardynki mnie nie wpuszczą…

 

zachodni Zbigniew_Woźniak]

Fot. Zbigniew Woźniak

A to Zachodni obecnie – jak widać pociągi wciąż jeżdża, ale gdzie te sardynki?

19 Maj 2016

Od kiedy niejaki Izaak Newton odkrył i sformułował powszechne prawo ciążenia, waga rzeczy materialnych jest – zdawałoby się – dość łatwo mierzalna. Nic bardziej mylnego.

Od jakiegoś czasu jestem – warto się pochwalić nową specjalnością – wybitnym znawcą wag i ważenia. Studiów w tym zakresie co prawda nie ukończyłem, ale zdobyłem całkiem niemałą praktykę, a ta – jak wiadomo – w życiu ważniejsza jest od najlepszych nawet uniwersytetów.

Praktykowanie rozpocząłem całkiem niewinnie w pewnym przybytku, nazwanym – jak na urągowisko – centrum zdrowia i urody. Ja i uroda! Co do tego elementu nie mam najmniejszych złudzeń, ale zdrowie, zdawało mi się, całkiem, całkiem, zwłaszcza biorąc pod uwagę wiek mocno zaawansowany i zaniedbania rażące na odcinku diety i aktywności fizycznej. Tymczasem cóż pokazuje nam cudowne urządzenie, które waży nie tylko kilogramy żywej wagi, ale też nasycenie tłuszczem, wodą, minerałami, muskulaturę i coś tam jeszcze? Ano pokazuje, żem okazem zaniedbań i zaniechań, raczej ruina niż okaz rześkości i zdrowia.

Biorę się więc za siebie, co objawia się przede wszystkim zakupem podobnie zdrowotnej wagi, tyle że w wersji domowej. Zmierzy mi w zaciszu własnej łazienki te wszystkie zawartości, o których wyżej. Niestety, waga zmierzyła raz, a potem przestała. Pokazywała samą masę całości, bez analizy i rozkładu na czynniki pierwsze.

„To pewnie dlatego, że kupiłem tani model” – pomyślałem z lekką pogardą dla własnego skąpstwa, po czym zamówiłem nową wagę, tym razem produkt renomowanej firmy zagranicznej, mniej więcej dwukrotnie droższą, ale jeszcze mieszczącą się cenowo w moich dość ograniczonych niestety  możliwościach finansowych. Kiedy już kupiłem tę drugą zorientowałem się, że ta pierwsza wcale nie jest zepsuta, tylko wymaga odpowiedniej postawy ważonego pajaca, czyli mnie. Trzeba otóż stopami dotykać metalowych fragmentów, pod którymi kryją się elektrody – ja zaś wyczyniałem przedziwne łamańce, żeby broń Boże tych właśnie blach nie dotknąć, bo zimne były.

Mam teraz dwie wagi super-hiper i trzecią zwykłą. Żeby było ciekawiej, każda pokazuje co innego, zaś jeszcze co innego odczytujemy na wadze we wspomnianym centrum zdrowia i urody. Na wszelki wypadek zrezygnowałem na razie z wizyt w tym centrum, ale nadal mam do rozstrzygnięcia wcale niebagatelny dylemat: którą z tych domowych wag wybrać. Której uwierzyć? To pytanie – nomen omen – najwyższej wagi.

29 Kwi 2016

Ostatni przyszpiliła mnie telefonicznie wierna czytelniczka pani Irena L. i zażądała: napisz pan wreszcie, jak obiecałeś, o tym stole z powyłamywanymi nogami! Temat zresztą na czasie, bo to przecież czas majówek, czas spotkań, także przy stole.

Dobra, sami chcieliście, ale żeby zacząć, muszę ponownie wrócić do motywu mocno ostatnio zgranego: mojego osobistego ślubu mianowicie. Ślub jak ślub, każdy kto przeżył wie mniej więcej, jak to wszystko wygląda: śliczna panna młoda, kwiaty, obrączki, przysięgi, buzi, buzi i można wreszcie oddać się przyjemnościom, czyli hulankom i swawolom.

U nas impreza weselna odbyła się w skromnych warunkach wynajmowanego dwupokojowego mieszkanka, dość skromnie umeblowanego, za to z aż dwoma stołami. Niestety były to bardzo modne wówczas i diabelsko niewygodne tzw. ławy, przy czym jedna ława była rozkładana i dość wysoka, druga zaś nieduża i niska, z cienkimi przykręcanymi nóżkami. Przy jednej goście nijak by się nie zmieścili, a kiedy się jedną ławę przystawiło do drugiej, wyglądały bardziej jak schody niż jak połączone stoły biesiadne.

Od czego jednak powszechnie znana w świecie polska pomysłowość. Wypatrzyłem otóż w garażu moich teściów piękny, kwadratowy kawał drewna o długości niespełna metra. Policzyłem, że jeżeli potnę go na cztery kawałki, każdy będzie miał wysokość ok. 20 centymetrów – akurat tyle, ile wynosiła różnica poziomów między tymi nieszczęsnymi stołami.

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Przy pomocy ręcznej piły i teścia pociąłem kloc na cztery klocki, po czym w jeden z końców każdego klocka wbiłem długi gwóźdź z obciętym łebkiem. Już kumacie? Wystarczyło drugi koniec gwoździa wbić w nogi tego niższego stołu, co skutecznie przedłużało – cóż, że niezbyt trwale – ich długość. Teraz po zestawieniu obu stołów otrzymałem piękną powierzchnię biesiadną. Przykryta gustownym obrusem i bogato zastawiona jadłem i napitkami prezentowała się jak należy. Bieda w tym, że gdy jeden z biesiadników nieopatrznie oparł się o tę moją misterną konstrukcję, spowodował niezwykle głęboki przechył, powodujący niekontrolowanie zsuwanie się naczyń, w tym tych niedużych, ale jakże ważnych dla podtrzymania dobrego nastroju. Zniszczenia były jednak na szczęście nieduże, a po mojej reprymendzie ani ten, ani żaden inny z biesiadników już nie dotykał mojego podkutego klockami stołu, dzięki czemu dalsza część przyjęcia przebiegła w przyjemniej, niezmąconej żadnymi ekscesami atmosferze.

 

 

20160418_105107

 

Oto szczęśliwa para młoda, czyli my po 30 latach od tamtej pamiętnej uczty przy stole z poprzybijanymi nogami. Jubileuszowy tort stoi na solidnym stole redakcyjnym.

 

2

 

 A to sam tort – te jubileuszowe świeczki zdmuchnęliśmy wspólnie w domu.

27 Kwi 2016

Strach do sklepu wyjść po prostu. Kupuję chleb czy jakiś tam twarożek, a ekspedientka do mnie: dawno pan bloga nie aktualizował! Czytelnik osoba święta, więc czas na nowości, tym bardziej, że nazbierało się trochę.

Kwiecień to u mnie miesiąc rocznic; służowo i prywatnie. Najpierw trzeba było ogarnąć jubileusz Gazety Olsztyńskiej, mojej drugiej matki, do której zaprowadził mnie w swoim czasie mój pierwszy (i jedyny) ojciec. A ponieważ wszelkie przykazania ludzkie i boskie powiadają, że rodziców trzeba szanować i kochać jak siebie samego, więc zostałem w tej gazecie na dłużej.

Jakże słuszna to była decyzja; trochę posiedziałem, trochę się pokręciłem, trochę pochodziłem tu i tam – no i wychodziłem sobie małżonkę osobistą jak najbardziej. Tak się składa, że małżeńska nasza klamka zapadła w kwietniu, dokładnie 2 dni po setnej rocznicy wydania pierwszego numeru Gazety Olsztyńskiej, mojej drugiej – jako się rzekło – matki i w ogóle rodziny. Od tamtej pory ja i Gazeta obchodzimy niemal jednocześnie dwie rocznice: prywatną i służbową. Tę prywatną też poniekąd służbowo, bo ostatnio jubileuszowy tort kroiliśmy w obecności i wśród wiwatów przyjaciół z Gazety. I nam, i im trochę się to wszystko mieszało, bo przecież dwa dni wcześniej też kroiliśmy i pochłanialiśmy tort, tyle że trochę większy i wobec nieporównanie większej liczby świadków, którzy rychło zmienili swój status na konsumentów. Tamten miał wypisaną zielonym kremem liczbę 130, nasz na czekoladowo tylko skromne 30, co w przypadku małżeństwa oznacza rocznicę… no zgadnijcie jaką. Nie srebrną, nie złotą, ale perłową – o czym sam nie miałem pojęcia. Na rocznicę Gazety nie starczyło już drogich kamieni, dlatego nie sposób nazwać ją jednym słowem.

 

1986.04.16 order

To zdjęcie sprzed 30 lat z małym kawałkiem. Z okazji 100-lecia wydania pierwszego numeru Gazety Olsztyńskiej niektórym z nas przypinano ordery. Załapałem się na jeden. Na zdjęciu jestem z moją dobrą koleżanką, nieżyjącą już niestety Ludmiłą Kamińską-Bartochą, która otrzymała identyczne wyróżnienie.

 

Wspomnienia, ech wspomnienia. Wspominaliśmy sobie w gronie długoletnich pracowników to stulecie Gazety no i nagle pojawiło się pytanie: gdzie była impreza jubileuszowa – bo że była, to nikt nie miał wątpliwości. No i co powiecie? Każdy pamięta inaczej, a ja wcale nie pamiętam. Nie z tych powodów, o których myślicie pewnie z życzliwym lub złośliwym uśmieszkiem. Nie, ja po prostu nie byłem na tej imprezie, no bo miałem własną, ślubną, zwaną swojsko weselem. Może mniej szumną, ale za to dwudniową, bo część rodziny z jakichś tam powodów nie dojechała na czas. Bohaterem wieczoru był nie pan młody, nawet nie pani młoda; bohaterem był stół z powyłamywanymi nogami. O tym jednak już w następnym odcinku.

 

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.