03 Cze 2014

Czasami pływam sobie kajakiem tu i tam, najczęściej po rzekach warmińskich. Ostatnio wypuściłem się z nurtem rzeki Dadaj.

 

Wiem, zaraz mnie poprawicie, że nie piszemy „rzeki Wisły” czy „rzeki Odry”, lecz po prosty Wisły czy Odry. Macie rację, ale co mam zrobić, skoro Dadaj to nazwa i rzeki, i jeziora? No więc popłynąłem tym razem rzeką, nie jeziorem. Próbowałem tej sztuki już u schyłku ubiegłorocznego lata, ale wtedy rzeka zniknęła. Po prostu jej nie było, zostało tylko wyschnięte, nieco błotniste koryto. O takie:

Dadaj bez wody

To widok na rzekę Dadaj we wrześniu 2013 roku tuż przed elektrownią wodną w Klimkowie. Woda praktycznie zniknęła, bo właściciele elektrowni postanowili oczyścić koryto rzeki przed elektrownią i otworzyli zaporę

 

Tym razem było wszystko OK, rzeka płynęła jak pan Bóg przykazał swoim korytem. Spływ zorganizowała niezawodna Gosia Krawczyńska, zgłosiło się razem 8 osób, które zaludniły cztery kajaki.

 

001

To właśnie Gosia Krawczyńska (z lewej) i moja partnerka z kajaka Jarka (nazwisko do wiadomości redakcji, bo z nią nie uzgadniałem)

 

Zanim wypłynęliśmy – kilka pamiątkowych fotek na przystani w Tumianach.

004 006 008

Na tym ostatnim zdjęciu ustawiłem się z Gosią – dobrym duchem tej (i wielu innych) wyprawy

 

Rzeczka Dadaj nie stawia przed kajakarzami ekstremalnych wyzwań, ale są odcinki, na których można nadziać się na wystające spod powierzchni głazy, a już zwalone drzewa to na tym szlaku powszedniość.
Rozpoczynamy niedaleko drogi nr 16 w okolicach miejscowości Kromerowo. Jestem w parze z Jarką, Gosia płynie z Agnieszką, siostra Agnieszki Gosia płynie z Darkiem, a Monika – z Bartkiem. Gosia z Agnieszką jako pierwsze, ja z Jarką w drugiej parze. I to był błąd; jako bardziej doświadczony kajakarz powinienem zamykać całą grupę. Ten błąd miał swoje konsekwencje – na szczęście niezbyt groźne.

Zobaczcie, jak startujemy z maleńkiego pomostu niedalego drogi nr 16.

SAM_0769

SAM_0770 SAM_0773

Ten w jasnej czapeczce na głowie – to Wasz uniżony sługa, autor niniejszych rewelacji

 

Rzeczka na początku płynie leniwie, ale im dalej – tym więcej kamieni i zwalonych drzew. Najważniejsze to utrzymać kierunek dziobem do przodu, a już broń Boże stanąć bokiem – wtedy wywrotka prawie pewna, a nawet jeżeli uda się kajak utrzymać w normalnej pozycji, to na pewno będzie pełen wody.Nie wszystkim udaje się utrzymać zalecany kierunek dziobem do przodu. Kajak Gosi i Bartka obrócił się na kamieniach i stanął w pozycji tyłem do przodu. Kajakarze na szczęście nie próbowali „na siłę” obrócić kajaka i całkiem spory odcinek przepłynęli tyłem. Manewr odwrócenia wykonali dopiero na spokojniejszych wodach, dzięki czemu być może uniknęli wywrotki.

012 013

Póki nurt płynie w miarę wolno, mogę jeszcze bawić się aparatem, więc robę sobie portret, a potem proszę o pozowanie Jarkę

 

Wszystkie te kamienne przeszkody i leśne zasieki szczęśliwie pokonaliśmy bez strat – tak się przynajmniej wydawało nam, płynącym na początku. Dopływamy do brzegu tuż przed zaporą elektrowni Klimkowo, jest już Gosia z Agnieszką i druga Gosia z Darkiem (to właśnie nasi specjaliści od jazdy tyłem). Brakuje Moniki i Bartka. Gosia Krawczyńska jak zwykle przygotowana, częstuje kawką z termosu i duńskimi ciasteczkami, inni wyciągają kanapki, butelki z wodą. Czekamy.

 

023

Poczęstunek Gosi – kawa i duńskie ciasteczka

 

025

To nie taniec – to rozmowa. Tym razem jestem bez czapki, ale za to w szortach

 

030

Wypatrujemy Moniki i Bartka

 

Spóźnialskich wciąż nie ma. Nie mogli płynąć aż tak wolno – na pewno coś się stało. Pierwsza myśl: wsiadam w kajak i płynę pod prąd po nasze zguby. Projekt nierealny; mam szansę dopłynąć tylko do miejsca, gdzie kończy się bystrze – dalej płynąć pod prąd po prostu się nie da. Tym samym taka misja nie ma sensu – no bo nasi pechowcy musieli utknąć gdzieś na kamieniach lub drzewach. Pozostaje czekanie.

Mniej więcej po godzinie są! Okazało się, że wywrotki co prawda nie mieli, ale nie uniknęli postawienia kajaka bokiem do nurtu, co skutkowało natychmiastowym napełnieniem go wodą. Monika i Bartek najpierw wynieśli co się dało na brzeg – co wcale nie było takie proste, bo nurt zdradliwie podcinał nogi, a kamienie nie ułatwiały utrzymania równowagi. Teraz trzeba było kajak zawlec w jakieś w miarę bezpieczne miejsce jak najbliżej brzegu i wylać z niego wodę. I tu właśnie kłania się nasz brak przezorności. Monika i Bartek nie mieli doświadczenia z rzecznymi spływami, więc należało puścić ich w środek naszego szyku. Wówczas ci z ostatniego kajaka (na przykład niżej podpisany) mogliby udzielić im szybkiej i skutecznej pomocy.

 

Na szczęście przygoda skończyła się szczęśliwie, a jedynym jej skutkiem było lekkie opóźnienie całego spływu. Teraz przed nami krótka przenoska za tamę elektrowni i płyniemy w kierunku kolejnej atrakcji – niewielkiego wodospadu, a właściwie progu wodnego ze spadkiem może 40 centymetrów. Plan mamy taki: popłynę jako pierwszy, po czym stanę gdzieś z boku i będę robił zdjęcia i filmy z wodnych skoków pozostałych załóg. Plan był wyśmienity, ale najpierw trzeba trafić w ten wodospad. Płyniemy, płyniemy, a progu nie widać. W końcu rzeka się rozwidla – wybieramy prawą odnogę i haniebnie utykamy na kamieniach. Po chwili słyszymy piski i wrzaski – okazuje się, że wodospad jest na lewej odnodze i właśnie pokonują tę przeszkodę kolejne załogi, czyniąc przy tym sporo hałasu. A my… Zanim przepchnąłem kajak po tych kamieniach, było już po wszystkim. Wynik: ani jednego zdjęcia z tego miejsca.

Pozostaje już tylko dopłynąć do Tumian, czyli do mety naszego spływu. Jeszcze trochę emocji za przesmykiem, łączącym jeziora Tumiańskie i Pisz; zaczęło zbierać się na burzę, wzmógł się wiatr i postawił całkiem pokaźną falę na jeziorze Pisz. Trzeba było odpłynąć dość daleko od brzegu, żeby później bezpiecznie dopłynąć z falą wprost na przystań. Po drodze gubimy kapok, po który trzeba zawrócić na coraz bardziej wzburzone jezioro.

 

034

Koniec spływu na plaży w Tumianach

 

Mieliśmy w planie popas w Tumianach, ale pogoda psuje się coraz bardziej, więc  pakujemy mokre manatki i wracamy do samochodów. Dadaj pokonany.

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.