27 Kwi 2016

Strach do sklepu wyjść po prostu. Kupuję chleb czy jakiś tam twarożek, a ekspedientka do mnie: dawno pan bloga nie aktualizował! Czytelnik osoba święta, więc czas na nowości, tym bardziej, że nazbierało się trochę.

Kwiecień to u mnie miesiąc rocznic; służowo i prywatnie. Najpierw trzeba było ogarnąć jubileusz Gazety Olsztyńskiej, mojej drugiej matki, do której zaprowadził mnie w swoim czasie mój pierwszy (i jedyny) ojciec. A ponieważ wszelkie przykazania ludzkie i boskie powiadają, że rodziców trzeba szanować i kochać jak siebie samego, więc zostałem w tej gazecie na dłużej.

Jakże słuszna to była decyzja; trochę posiedziałem, trochę się pokręciłem, trochę pochodziłem tu i tam – no i wychodziłem sobie małżonkę osobistą jak najbardziej. Tak się składa, że małżeńska nasza klamka zapadła w kwietniu, dokładnie 2 dni po setnej rocznicy wydania pierwszego numeru Gazety Olsztyńskiej, mojej drugiej – jako się rzekło – matki i w ogóle rodziny. Od tamtej pory ja i Gazeta obchodzimy niemal jednocześnie dwie rocznice: prywatną i służbową. Tę prywatną też poniekąd służbowo, bo ostatnio jubileuszowy tort kroiliśmy w obecności i wśród wiwatów przyjaciół z Gazety. I nam, i im trochę się to wszystko mieszało, bo przecież dwa dni wcześniej też kroiliśmy i pochłanialiśmy tort, tyle że trochę większy i wobec nieporównanie większej liczby świadków, którzy rychło zmienili swój status na konsumentów. Tamten miał wypisaną zielonym kremem liczbę 130, nasz na czekoladowo tylko skromne 30, co w przypadku małżeństwa oznacza rocznicę… no zgadnijcie jaką. Nie srebrną, nie złotą, ale perłową – o czym sam nie miałem pojęcia. Na rocznicę Gazety nie starczyło już drogich kamieni, dlatego nie sposób nazwać ją jednym słowem.

 

1986.04.16 order

To zdjęcie sprzed 30 lat z małym kawałkiem. Z okazji 100-lecia wydania pierwszego numeru Gazety Olsztyńskiej niektórym z nas przypinano ordery. Załapałem się na jeden. Na zdjęciu jestem z moją dobrą koleżanką, nieżyjącą już niestety Ludmiłą Kamińską-Bartochą, która otrzymała identyczne wyróżnienie.

 

Wspomnienia, ech wspomnienia. Wspominaliśmy sobie w gronie długoletnich pracowników to stulecie Gazety no i nagle pojawiło się pytanie: gdzie była impreza jubileuszowa – bo że była, to nikt nie miał wątpliwości. No i co powiecie? Każdy pamięta inaczej, a ja wcale nie pamiętam. Nie z tych powodów, o których myślicie pewnie z życzliwym lub złośliwym uśmieszkiem. Nie, ja po prostu nie byłem na tej imprezie, no bo miałem własną, ślubną, zwaną swojsko weselem. Może mniej szumną, ale za to dwudniową, bo część rodziny z jakichś tam powodów nie dojechała na czas. Bohaterem wieczoru był nie pan młody, nawet nie pani młoda; bohaterem był stół z powyłamywanymi nogami. O tym jednak już w następnym odcinku.

 

 

18 Mar 2016

Kiedy niemal dokładnie 50 lat temu odbył się premierowy pokaz Faraona w reżyserii Jerzego Kawalerowicza, byłem uczniem Alma Mater pierwszego stopnia, czyli szkoły podstawowej na willowych peryferiach Olsztyna.

Tamże gromadziła się w celach naukowych rozmaita zbieranina dzieciaków w krótkich i długich spodniach, a także rajtuzach i pończochach, których wówczas nie obejmowała jeszcze dyskryminacja płciowa.

 

ja w ponczochach

To właśnie ja (pierwszy z lewej) w pończochach, który to szczegół garderoby powodował mój wstyd dziecięcy nieutulony. Te młode typki obok to moi bracia Przemysław i Krzysztof

 

Cała ta populacja, podskakująca, wiercąca się, biegająca, wrzeszcząca wniebogłosy i generalnie dość nieznośna, była co prawda żywym i barwnym, ale jednak tylko tłem dla nas, szkolnej arystokracji. Miałem bowiem to szczęście (a może nieszczęście – do dziś nie mogę się zdecydować), że znalazłem się w eksperymentalnej grupie uczniów, objętych wprowadzaną właśnie reformą oświaty. Reforma polegała na tym, że musieliśmy o rok dłużej pobierać nauki w podstawówce, aby już dojrzalsi i mądrzejsi awansować (jak się uda) do liceum ogólnokształcącego. Będąc w klasie ósmej mieliśmy zatem już przeważnie po 15 lat, co nie bez słuszności uznawaliśmy za wiek prawie dojrzały.

Podobnie rozumowały nasze nieocenione nauczycielki, co wyrażało się w próbach zapoznania nas z poważnymi sprawami dorosłych ludzi. Taką poważną sprawą był właśnie wchodzący na ekrany Faraon, będący przedmiotem dumy narodowej już choćby z uwagi na oscarową nominację. Postanowiono otóż, że całą klasą pójdziemy na seans do niezapomnianego, dawno nieistniejącego kina Polonia.

 

7 klasa

A to moja klasa z podstawówki, to zdjęcie z czasów, gdy byliśmy w klasie siódmej, ale tuż przed wakacjami, więc prawie już ósmoklasiści. Ten niewyraźny łeb w kółku – to chyba ja (sam nie jestem pewny), obok mnie moi przyjaciele do dzisiaj: z mojej lewej strony Krzysiek, z prawej – Wiesiek. Czwarta od prawej siedzi (też chyba) nasza pani dyrektor, ta która była wzywana na dywanik w sprawie Faraona

 

Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie nieodpowiedzialność niejakiej Brylskiej Barbary, aktorki zresztą, która pokazywała na ekranie trochę więcej, niż tylko powabną szyję i ramiona. No i te właśnie – nieliczne skądinąd – sceny z eksponowanymi wdziękami wspomnianej Barbary B. były powodem, dla którego na dywaniku w bardzo ważnym gabinecie stanęła nasza dystyngowana, nieocenionych walorów umysłu i charakteru dyrektorka szkoły. Żadnego kina ostatecznie nie było, a oglądanie wdzięków Barbary B. musieliśmy odłożyć – teoretycznie przynajmniej – o rok (film był od lat 16).

 

brylska

 

A to właśnie Barbara Brylska w stroju niedbałym. W filmie ta niedbałość ma charakter postępujący (źródło: http://www.filmweb.pl)

 

Nie muszę chyba dodawać, że te represje, jakim poddano naszą dyrektorkę, nie zniechęciły nas, a raczej wprost przeciwnie, do rychłego (czyli poniekąd przedwczesnego) zapoznania się z epickim obrazem starożytnego Egiptu oraz – niejako przy okazji – studiowania niektórych fragmentów aktorki Brylskiej Barbary.

09 Cze 2015

Kiedy mnóstwo lat temu kończyliśmy udanymi egzaminami maturalnymi nasze Liceum, rozstawaliśmy się z zapewnieniami o wieczystej przyjaźni, o podtrzymywaniu kontaktów, o pisywaniu do siebie (o majlowaniu i sms-owaniu nikt jeszcze nie słyszał).

Niektórzy z nas nawet – i nie była to wcale grupka aż tak bardzo marginalna – wybierali kierunek studiów w zależności od tego, gdzie wybierała się przyjaciółka lub przyjaciel.

W moim liceum, a już na pewno w mojej klasie, więzi przyjacielskie i koleżeńskie były bardzo silne. Na tyle mocne, że kiedy wspólnie z kilkoma dawnymi szkolnymi koleżankami i kolegami postanowiliśmy zorganizować zjazd koleżeński, frekwencja była niemal stuprocentowa, wyższa niż na niektórych lekcjach – bo wagary niestety też nam się zdarzały. Siłą rozpędu postanowiliśmy zorganizować kolejny zjazd z okazji kolejnej rocznicy – tym razem było już gorzej. Przyjechała mniej więcej połowa. Kolejny planowany zjazd już się nie odbył – chętnych było zaledwie kilkoro.

Podczas uroczystości z okazji 70-lecia mojego Liceum, jakie odbywały się w ubiegłym tygodniu, spotkałem tylko jednego kolegę z klasy, z którym zresztą utrzymuję od lat przyjacielskie kontakty. Rozglądaliśmy się obaj usilnie, mój przyjaciel – z racji słusznego wzrostu – z łatwością przeczesywał wzrokiem korytarze i aulę; bez skutku. Dwóch nas przyszło, dwóch pozostało do końca.

Pozostaje więc zapytać za Jackiem Kaczmarskim: co się stało z naszą klasą?

Czy nam się już nic nie chce z racji wieku, lenistwa, a może obawiamy się, że spotkanie z dawnymi kolegami, których nie wiedzieliśmy dobre …dziesiąt lat rozczaruje i nas, i ich. A może wcale nie jesteśmy sentymentalni, może tylko tak gadaliśmy o koleżeństwie, przyjaźni, a w gruncie rzeczy nic nas nie łączyło z resztą klasy oprócz codziennych szkolnych obowiązków. Nie chce mi się wierzyć!

George1

A to właśnie ja (ten mały) i mój przyjaciel George

 

Prawdziwie niezłomni są za to nauczyciele, a raczej nauczycielki. Nasze dawne profesorki, nie bacząc na wiek i odległość, przybyły do swojej szkoły, a bardziej chyba do nas – swoich uczniów. Spotkaliśmy je na słynnym szkolnym spacerniaku, a nawet później – podczas spotkania towarzyskiego z tańcami i hulankami.

Szewczuk Wachonin

Nasze panie profesorki, Kazimiera Szewczuk od chemii (w kapeluszu) i Jadwiga Wachonin (matematyka). Profesor Szewczuk przyjechała specjalnie z Gdańska, gdzie obecnie mieszka

 

Mimo wszystko się nie zniechęcam; kto wie, czy wspólnie z przyjacielem nie zorganizujemy kolejnego zjazdu naszej klasy z okazji kolejnego jubileuszu. Jeżeli się nie uda, to spotkamy się znów we dwóch i zaintonujemy nostalgicznie: Co się stało z naszą klasą?…

17 Sie 2012

Dokładnie 38 lat i 38 dni temu w redakcji Gazety Olsztyńskiej przy ul. Towarowej 2 w Olsztynie pojawił się długowłosy, szczupły blondyn w okularach i nieśmiało przysiadł na brzeżku krzesła w gabinecie naczelnego redaktora.

Ponieważ wszystko było wcześniej przygotowane i omówione, ta rozmowa z ówczesnym naczelnym Jerzym Szymańskim trwała może ze dwie minuty. Nieco dłuższa była rozmowa z ówczesnym sekretarzem redakcji, niezapomnianej pamięci Andrzejem Bałtroczykiem. Skierował nieśmiałego młodzieńca do działu reporterskiego z zadaniem tropienia ważkich problemów dziur w chodnikach i braków w zaopatrzeniu w pieczywo.

Tak narodził się dla świata dziennikarskiego wasz ulubiony felietonista, którego dwieście sześćdziesiąty drugi felieton w tej rubryce właśnie czytacie. Liczba ta będzie się stale powiększać aż do czasu, gdy wytrzymałość wzmiankowanych wyżej PT Czytelników wyczerpie się i zostanę odwołany z tej rubryki w drodze ogólnonarodowego referendum.

Ten przydługi wstęp ma usprawiedliwić to, o czym dalej. A dalej będzie krótko: od wczoraj nie jestem już pracownikiem Gazety Olsztyńskiej, w której zostawiłem dokładnie 2/3 życia, w tym całą praktycznie dorosłość. Powiedzieć, że Gazeta była moim drugim domem – to nic nie powiedzieć. Była moim pierwszym i jedynym miejscem pracy, z którego nawet na urlopy uciekałem z rzadka i na krótko. Opowiadam o tym wszystkim – nie bez pewnego zażenowania, spowodowanego nieoczekiwanym stanięciem po drugiej stronie reporterskiego notesu – w reportażu Edyty Hołdyńskiej, który znajdziecie w piątkowym (17 sierpnia) wydaniu Gazety.

I jeszcze jedno: decyzja o odejściu na aktywną emeryturę była całkowicie moja, suwerenna i niezależna, nie związana z żadnymi naciskami, decyzjami czy propozycjami „nie do odrzucenia” ze strony mojej firmy. Nie oznacza ona też zerwania z zawodem ani z macierzystą Redakcją, czego dowody znajdą Państwu co tydzień (a może i częściej) na łamach Gazety Olsztyńskiej.

Dla rozweselenia obejrzyjcie sobie zdjęcia w różnych fazach mojego gazetowego rozwoju.

Oto ja na początku drogi. Nie poznajecie? To ten chudzielec w długim swetrze z długimi włosami, rok 1975 lub 1976. Ten z lewej to Ryszard Chrzanowski, wówczas zastępca redaktora naczelnego;odchodził do Warszawy bodaj do Expresu Wieczornego na zastępcę naczelnego, a my go żegnaliśmy. Obok niego Krysia Katulska, redaktorka działu miejskiego, później działu depeszowego, a po mojej lewej stronie Ania Gasperowicz, świetna, zdolna dziennikarka.

Tradycją Gazety były mecze piłkarskie z reprezentacjami różnych miast, w których organizowaliśmy Święto Czytelników Gazety Olsztyńskiej – co roku w innym mieście. Tu jesteśmy w Szczytnie; jednym z atrybutów takich spotkań na wesoło była beczka piwa, z której czerpaliśmy siły do gry (właśnie stoję z kuflem piwa w ręku). To wtedy pan Alojzy Jarguz – widoczny za mną na drugim planie (w jasnym dresie) wybitny międzynarodowy sędzia piłkarski – strzelał mi karnego, którego obroniłem. Na pierwszym planie po lewej (odwrócony tyłem) Janusz Porycki, dziennikarz sportowy, później autor kilkunastu książek o olsztyńskim sporcie.

 Tak wyglądałem jako kierownik działu terenowego.

Tu jestem kierownikiem pracującym w terenie. Ten drągal obok to Tadzio Prusiński, mój serdeczny przyjaciel i wówczas podwładny. Coś nawaliło w moim nowym maluchu; Tadeusz twierdzi, że urwała się linka rozrusznika i uruchomiłem samochód za pomocą znalezionego kijka. Później taki kijek woziłem stale jako niezbędne wyposażenie auta.

Szybko nauczyłem się pisania na maszynie, dzięki czemu byłem uniezależniony od naszych maszynistek. Tu jednak pracuję nie w redakcji, lecz w Wojewódzkim Domu Kultury (dziś CEIK) w Olsztynie nad biuletynem jakiegoś seminarium filmowego. Jest wiosna roku 1983.

A to już prawie współczesność, zaledwie jakieś 19 lat temu. Zaczynamy komputeryzację Gazety, to jeden z pierwszych komputerów Macintosh, rok chyba 1993.

Październik 1999 rok, rusza nowoczesna maszyna w nowej drukarni naszej firmy przy ul. Trackiej.

To zdjęcie zrobił mi własny syn w ostatnim dniu pracy. Z tej okazji młoda dziennikarka Edyta Hołdyńska podjęła się niełatwego zadania napisania o mnie w Gazecie okolicznościowej laurki.

05 Wrz 2011

Jako dziecko nie miałem żadnych skojarzeń z datą 1 września. Później niestety poszedłem do szkoły. Jak wszyscy. No i wpadłem wówczas w pułapkę martyrologii.

A może czas się z tej pułapki wyrwać? Tak sobie rozważałem w ostatnim moim felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej:

Pierwszy września

Z czym się Państwu kojarzy data 1 września? No tak, mnie też głównie z początkiem II Wojny Światowej, ostrzałem Westerplatte, obroną Poczty Gdańskiej i tak dalej. Znam jednak sporo osób, które kojarzą tę datę wyłącznie jako początek roku szkolnego. Jeszcze inni pamiętają, że 1 września 1989 roku zginął w USA jeden z najlepszych polskich piłkarzy Kazimierz Deyna.

Zapewne w polskiej historiografii, a być może i w narodowej świadomości historycznej, 1 września pozostanie na zawsze rocznicą napaści hitlerowskiej na Polskę. Równie dramatycznych wydarzeń nie było i – miejmy nadzieję – nigdy nie będzie już w naszej historii. Pamiętajmy jednak także, że:

1 września 1364 roku papież Urban V wydał bullę powołującą do życia Akademię Krakowską, dziś znaną jako Uniwersytet Jagielloński w Krakowie;

1 września 1939 roku w niemieckim wówczas Olsztynie uruchomiono komunikację trolejbusową;

1 września  1961 roku urodził się Krzysztof Dariusz Szatrawski, olsztyński pisarz, krytyk muzyczny i literacki;

1 września 1969 roku w Libii nastąpił przewrót wojskowy, proklamowano utworzenie Libijskiej Republiki Arabskiej, władzę objął Muammar al-Kadafi, obaliwszy króla Idrisa I. Dziś – także na początku września – obalają Kadafiego;

1 września 1972 roku na igrzyskach olimpijskich w Monachium Józef Zapędzki po raz drugi został mistrzem olimpijskim w konkurencji pistoletu szybkostrzelnego;

1 września 1982 roku zmarł Władysław Gomułka, polski polityk, działacz komunistyczny, I sekretarz KC PPR, wicepremier, I sekretarz KC PZPR;

1 września 1985 roku odnaleziono wrak Titanica;

1 września 1999 roku założono Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie;

1 września 2011 roku dzieciaki poszły do szkoły i tam dowiedzą się, które z tych wydarzeń są ważne, które jeszcze ważniejsze, a o których można spokojnie zapomnieć.

W szkole dowiedziałem się, że 1 września trzeba długo stać w szyku niemal wojskowym na szkolnym apelu i słuchać mądrych, diablo nudnych i cholernie długich wystąpień nauczycieli i zaproszonych gości. Wtedy jednak nikt z nas się nie buntował; staliśmy karnie, bo nam ta data naprawdę wiele mówiła. Każdy z nas, dzieciaków urodzonych raptem 5 – 10 lat po wojnie, wyniósł z domu nabożny szacunek do niedawnej, tragicznej przeszłości. Każdy z nas miał w rodzinie dziadka, ojca, wuja, stryja – uczestników wojny. Mój dziadek i ojciec walczyli w Powstaniu Warszawskim – obaj przeżyli. Drugi mój dziadek wspierał partyzantkę na Wileńszczyźnie, za co trafił – wraz z synem, moim wujem – do sowieckiego obozu. Jakimś cudem przeżyli, po wojnie trafili do Olsztyna. Potem dziadek został kierownikiem PGR-u pod Węgorzewem, bo on – rolnik z krwi i kości –  nie wyobrażał sobie życia w mieście. I nie mówcie mi, że to jego kierownikowanie miało coś wspólnego z umacnianiem komuny. Dziadek – podobnie jak Bogumił Niechcic, jak Maciej Boryna – nie służył partiom czy ustrojom; on służył ziemi. Jakoś specjalnie się na tym kierownikowaniu nie dorobił, ale do końca życia pozostał pogodnym, wesołym Franiem, jakiego można zobaczyć np. w świetnych moim zdaniem powieściach mojego wuja Eugeniusza Werstina (niektóre wydał pod pseudonimem Mateusz Jantar).

Moja mama niedługo przed śmiercią napisała pamiętnik – dziś niewyczerpane źródło różnych informacji o powojennych realiach Olsztyna. A było tak:

Od lewej: babcia Jadzia, jej syn wujo Miecio i ja z braćmi i Elą – córką Miecia, czyli moją siostrą cioteczną. Całość zamyka moja mama, wówczas piękna trzydziestolatka.

To moja mama przy pianinie w domu przy ul. Morskiej w Olsztynie, koniec lat 50. ubiegłego wieku. Ukończyła Państwową Szkołę Muzyczną II stopnia, później przez wiele lat nauczała muzyki.

Mama i ojciec wkrótce po ślubie, jedzą lody pingwin

Czy to też kojarzy się Wam z 1 września?

25 Lut 2010

Zaiste zadziwiający splot nieprawdopodobnych zdarzeń doprowadził do tego, że mogę dziś pisać te słowa, dostarczając – mam nadzieję – niejakich wzruszeń lub innych przeżyć licznym bywalcom tego miejsca.

To, że się w ogóle urodziłem, graniczy z cudem nieledwie. Nie jestem tu specjalnym wyjątkiem, bowiem pojawienie się gatunku ludzkiego, którego jestem dziś skromnym reprezentantem, było – jak wykazuje Hoimar von Ditfurth – następstwem mnóstwa niewiarygodnych zdarzeń. Przywołuję tu zapomnianego już nieco Ditfurtha (zmarł w 1989 roku), bo jego trylogia (Dzieci Wszechświata, Na początku był wodór, Duch nie spadł z nieba) przypadkowo wpadła mi w ręce jakieś 30 lat temu i od tej pory jestem jej wielbicielem i niestrudzonym propagatorem.

Swoją drogą ciekawe – tu będzie dygresja filozoficzna – jak bardzo ludzkie losy przypominają chaos, towarzyszący podobno (któż to widział?) powstawaniu wszechświata. Przecież życie na Ziemi nie miałoby najmniejszych szans na inicjację, gdyby nie pojawiła się woda i tlen. Gdyby mój ojciec w 1944 roku wlazł do innego kanału w Warszawie, mógłby dziś być jednym z tysięcy poległych wówczas bohaterów. Przedziwny zbieg okoliczności sprawił, że po wojnie i niemieckim obozie trafił do Olsztyna, gdzie zafascynowała go dziewczyna z jasnym warkoczem i śpiewnym wschodnim akcentem – moja mama. Gdyby, gdyby… Dziś wrócę na chwilę do korzeni.

Moja mama urodziła się w 1926 roku we wsi Świątniki ok. 35 kilometrów od Wilna. To tyle, co Ostróda od Olsztyna. Wtedy jednak odległości liczyło się inaczej. Konnym zaprzęgiem to była całodniowa wyprawa. Skąd te Świątniki? Ano posłuchajcie…

Moja babcia, Jadwiga z domu Jagiełłowiczówna, była córką Walerii z domu Niniewicz i Antoniego Jagiełłowicza. Urodziła się we wsi Sarguny k/Poniewieża na Litwie. W owym czasie zarówno Litwa, jak i Polska wschodnia były pod zaborem rosyjskim, a Polacy w małych zaściankach i dworkach byli rozsiani po całej Litwie i pomieszani z ludnością litewską oraz rosyjską.

Moja prababcia Waleria i pradziadek Antoni (obojga oczywiście nie znałem) mieli troje dzieci: Jadwigę, Waleriana i Antoninę.  Pradziadek wcześnie umarł i zostawił Walercię w zadłużonych Sargunach z trójką małych dzieci, zupełnie nie przygotowaną do życia. Zmagała się biedaczka z losem, w końcu jakoś oddała w lichą dzierżawę Sarguny i przeniosła się do Poniewieża, żeby dzieci oddać do szkół.

Tam to właśnie moje babcie Jadwiga i Antonina ukończyły średnią szkołę — oczywiście rosyjską. Polskiego nauczyły się po kryjomu, a wobec braku podręczników i właściwych nauczycieli wiedza była powierzchowna i ograniczała się do nauki poprawnego pisania, czytania oraz elementów literatury i historii Polski.

Stamtąd wymiotła ich pierwsza wojna światowa do Rosji aż pod Moskwę, gdzie obie siostry i matka zamieszkały we wsi Czubyszew. Była to duża wieś z siedmioklasową szkołą i kilkoma nauczycielami. Ponieważ — jak to w czasie wojny – większość mężczyzn poszła na wojnę, obie babcie zostały zatrudnione jako nauczycielki. Uczyły wszystkiego, nawet – wobec braku popa – religii prawosławnej. Tam też przeżyły rewolucję 1917r. I dopiero w 1921 roku z perypetiami wróciły do Polski, bo już wtedy była Polska niepodległa od Wilna po Lwów i od Gdańska po Śląsk.

Tu znowu mała dygresja. Babcia Antonina przed samą repatriacją zachorowała na tyfus i została w Rosji w szpitalu. Wówczas zakochała się w jednym z nauczycieli w szkole Czubyszewskiej, niejakim Bazylim Werstinie. Z owej to miłości i małżeństwa zawartego w cerkwi – bo nie było w pobliżu kościoła – urodził się Eugeniusz, mój ukochany wuj, o którym pisałem już na tym blogu. Ale jak to w życiu bywa, miłość gdzieś odpłynęła, został Gienio, którego w wieku półtora roku moja babcia Jadwiga z prababcią Walerią przywiozły do Polski – konkretnie do Wilna, gdzie zatrzymali się czasowo u kuzynostwa Pomarnackich na ul. Starej. Po powrocie zdrowej już  babci Antoniny – matki Gienia – obie siostry zaczęły rozglądać się za jakąś pracą. Okazało się, że jak na tamte czasy miały dość wysokie wykształcenie. Matura była rzadkością, a że obie dobrze władały językiem polskim, bez trudu miały parę ofert – nawet w samym Wilnie. Babcia Antonina (zwana później babcia Tosią)  jednak zdecydowanie wolała jakąś wieś. I tak obie trafiły jako nauczycielki do Świątnik.

Szkoła w Świątnikach, od lewej: pies, babcia Tosia z Gieniem na rękach, prababcia Waleria (trochę w cieniu), rok 1922

17 Lis 2009

Było kiedyś takie powiedzenie: tramwaj w oku.  Znaczyło mniej więcej tyle, co ucho od śledzia, czyli rzecz zgoła  niemożliwą. Przypomniało mi się w związku z burzliwą dyskusją o przyszłych (?) olsztyńskich tramwajach.

Bardzo wielu mieszkańców Olsztyna nawet nie wie, że tramwaje jeździły po naszym pięknym mieście już w roku 1907, a pierwszy tramwaj po II wojnie światowej ruszył przedwojenną trasą linii nr 1  1 maja 1946 roku. Pierwszym pasażerem był prezydent miasta Tadeusz Pałucki, a tego dnia wszyscy jeździli za darmo.

Odkąd pamiętam, tramwaj był ważnym elementem mojego życia. Mieszkałem blisko pętli przy ul. Jeziornej (tak się mówiło: pętla, ale w rzeczywistości był to zwykły przystanek końcowy z rozgałęzieniem szyn), więc widok tramwaju był obrazem z mojego życia codziennego.  Przy tej pętli stała obskurna buda z kioskiem  Ruchu i poczekalnią, która służyła głównie za publiczny szalet. Nie pamiętam, czy ktokolwiek kiedykolwiek czekał tam na tramwaj – ja na pewno nie.

Tramwaj był nie tylko środkiem komunikacji miejskiej; dla nas, dzieci, był przede wszystkim niewyczerpanym źródłem wszelakich rozrywek. Na naszej pętli zawsze stał jakiś wagon, czasami dwa, jak był pusty, to znaczy bez obsługi, można było wsiąść, pokręcić korbą, ponaciskać pedały, podzwonić dzwonkiem, uruchamianym specjalnym sznurem.  A jak już tramwaj jechał, zabawialiśmy się wskakiwaniem i wyskakiwaniem. Przystanki nie były dla nas – wyskakiwaliśmy w biegu tam, gdzie nam akurat pasowało. Można też było wskakiwać w biegu, wykazując się przy okazji sprinterskim talentem. Prawdziwą rozkoszą byłą jazda na stopniach, co czasami było koniecznością wobec ogromnego tłoku.Na stopniach tworzyły się wówczas tzw. winogrona. A bilet kosztował 50 groszy, ulgowy 20 groszy.

Tramwaje jeździły z naszej pętli do dworca głównego, potem kilkakrotnie skracano trasę; tuż przed likwidacją (20 listopada 1965) jedynka kończyła bieg na ul. Dąbrowszczaków przy ul. Kajki.  Po drodze były tzw. mijanki, czyli miejsca z podwójnymi torami, gdzie jadące z naprzeciwka tramwaje mogły się wyminąć. Były na ul. Grunwaldzkiej, 11 Listopada (wówczas 22 Lipca) i chyba na Partyzantów niedaleko Polmozbytu. Bywało, że czekaliśmy na takiej mijance po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt minut. Nikt nie wysiadał, choć w tym czasie można było całą trasę przemierzyć na piechotę. Co ja tu zresztą będę gadał, zobaczcie sami, jak tramwaj przejeżdża pod Wysoką Bramą. To se ne vrati, jak mówią bracia Czesi.


 

Na początku lat 80. ubiegłego wieku kolegowałem się z ówczesnym dyrektorem MPK w Olsztynie. Kiedyś chciałem mu po przyjacielsku dokuczyć i zapytałem, kiedy tramwaje wrócą do Olsztyna.

– Wpadnij do mnie, coś ci pokażę – powiedział Leszek.

To „coś” to był projekt budowy linii tramwajowej w Olsztynie. Dziś nie pamiętam, czy była tam mowa o jednej, czy o dwóch liniach, pamiętam za to, że trasa biegła m.in. przez Nagórki i dzisiejszą ul.  Synów Pułku chyba do dworca.

– Stary, tu mi kaktus wyrośnie, jak to wejdzie kiedykolwiek w życie – pokazał Leszek wnętrze  swojej szerokiej dłoni.

Wygląda na to, że mój kolega musi powoli przyzwyczajać się do stałej obecności kolczastej narośli na ręce. Chyba że dzisiejsze projekty odbudowy sieci tramwajowej znów trafią do szuflady. Wówczas pozostanie przywołanie starego powiedzonka: tramwaj w oku!

08 Wrz 2009

Urlop to jeden z gorszych okresów w życiu każdego pracownika. Pierwsze dni mijają na rozpamiętywaniu: o czym to ja zapomniałem przed urlopem? Czego nie załatwiłem? Co w pośpiechu spaprałem?

Potem wyjeżdżamy gdzieś blisko lub daleko i znów się zadręczamy: po cholerę się tu pcham? A co będzie, jeżeli trzeba będzie mimo wszystko na chwile wpaść do roboty? Cóż to takiego wielkiego ta Hiszpania (Włochy, Francja, Chorwacja – niepotrzebne skreślić). Po tygodniu lub dwóch takiej psychicznej szarpaniny nadchodzi wreszcie upragniony czas powrotu.

W tym roku twardo sobie postanowiłem – żadnej zagranicy. Ale nie wiem, czy dotrzymam, bo odwiedził mnie niedawno przyjaciel z dzieciństwa i młodości, mieszkający od prawie 30 lat we Francji. Wiecie jak to jest z dawno niewidzianymi kumplami: czasami rozmowa aż kipi i ciągle nam mało, czasami wręcz przeciwnie: skrępowanie, brak tematów, poczucie obcości. Z Krzysztofem było super, powspominaliśmy stare dzieje, coś tam wypiliśmy na rozluźnienie, no po prostu nie mogliśmy się rozstać. Później pojechałem do syna i wnuków do Krakowa, a jeszcze później chciałem się jeszcze raz spotkać z moim francusko-polskim przyjacielem. Niestety, odpisał, że już jest u siebie w Strasburgu. I że mam do niego przyjechać, bo jeszcze jest o czym pogadać. No i żeby koniecznie z żoną, którą był zachwycony.

No więc teraz nie wiem, co robić. Nie jestem z tych, którzy zwalają się ludziom na głowy, ale z drugiej strony on naprawdę szczerze zaprasza. A Strasburg piękny, jest co oglądać. Chyba jednak pojedziemy.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.