12 Lut 2015

Kilka razy na łamach mojej rodzimej Gazety Olsztyńskiej prostestowałem przeciwko protestom: zarówno tym górniczym, jak i tym rolniczym. Do mojej krytycznej oceny rolniczych protestów, toczących się w naszej słynącej z rolnictwa ojczyźnie wszak nie od dzisiaj i nie od wczoraj (pamiętacie zboże sypane na tory?) dołączył ostatnio były premier Włodzimierz Cimoszewicz i była wiceminister rolnictwa prof. Katarzyna Duczkowska-Małysz.

 

Raczej nie sądzę, aby wyżej wymienieni niegdysiejsi dygnitarze czytali moje wypociny, publikowane życzliwie przez Gazetę Olsztyńską, atoli ich oceny i wnioski są zdumiewająco zbieżne z moimi. Żaden to oczywiście dowód na ich słuszność, ale dobre towarzystwo jest nie do pogardzenia.

Premier Cimoszewicz szczególnie mocno zżyma się na pomysł wybicia pogłowia dzików w Województwie Podlaskim, natomiast pani wiceminister główny nacisk kładzie na gigantyczne dopłaty, jakie budżet państwa corocznie – według niej w nadmiarze i na oślep – kieruje do rolników.

Wczoraj rano odbyłem na ten temat poważną debatę w poważnym gronie rodzinnym. No i wymyśliliśmy sposób na ratunek.

Założenia są takie: mamy w ojczyźnie naszej od cholery jabłek, których sprzedać nie sposób. Z drugiej strony jabłkiem nietrudno skusić stworzenie wszelakie, co jasno wykazał pewien wąż w czasach bardzo zamierzchłych. No więc skoro – nomen omen – Adam się skusił, to tym bardziej skusi się niezbyt rozgarnięty, ale za to wiecznie nienażarty dzik.

Trzeba zatem zbudować ogólnokrajowy system, zajmujący się rozwożeniem i rozsypywaniem tych niesprzedanych, marnujących się jabłek w okolicach pól uprawnych, nawiedzanych przez dziki. Kiedy pręgowane leśne świnie wyruszą na żer, szukając kartofli czy buraków – zagrodzi im drogę wał usypany z pysznych polskich jabłek. Taki dzik musiałby chyba być zupełnie pozbawiony rozumu i węchu, żeby nie skorzystać, tym bardziej, że po te ziemniaki musiałby się nachodzić i naryć, a tu pyszne witaminki pchają się prosto do ryja.

Nasz pomysł (ściślej – mojego ojca, oddajmy mu sprawiedliwość) wymaga oczywiście dopracowania, ale od czegóż sztaby fachowców w różnych ministerstwach, agencjach, o organizacjach rolniczych nie wspominając. Te ostatnie póki co zajęte są oczywiście sprawą najważniejszą – to znaczy pilnowaniem, żeby blokada Warszawy była trwała i skuteczna, ale kiedy już pękną rolnicze kordony wokół stolicy, może warto od razu skierować zgromadzone tam ciągniki po te jabłka. W ten sposób unikną pustego przebiegu, co być może będzie początkiem nowego gospodarskiego spojrzenia na rolnicze problemy.

21 Lis 2013

Mądrej głowie dość dwie słowie – powiada staropolskie przysłowie. Wymądrzałem się otóż nie tak dawno na temat Otwartych Funduszy Emerytalnych – no i masz babo placek. Ktoś tam w rządzie – nie śmiem przypuszczać, że sam pan premier – czytał najwyraźniej te moje wypociny i uznał, że to głos ludowej mądrości.

Przypomnę, że w tej mojej pisaninie jechałem po OFE jak po łysej kobyle konkludując, że najlepiej byłoby całe to towarzystwo (a właściwie towarzystwa, OFE są zarządzane – jak  wiadomo -przez Powszechne Towarzystwa Emerytalne) rozpędzić na cztery wiatry, a kasę – jak pan Bóg przykazał – przelać do państwowego ZUS. Chyba że nadal chcemy tracić na przykład ponad 20 miliardów rocznie, jak to się przydarzyło w 2008 roku (wskutek fatalnego zarządzania i nietrafnych inwestycji OFE straciły łącznie 22 miliardy złotych) i jeszcze za takie genialne operacje finansowe płacić zarządom PTE ciężkie pieniądze (w tymże roku 2008 – ok. 1,8 miliarda złotych w ramach kosztów utrzymania, wynagrodzeń i premii).

Nie jestem ekonomistą, tylko zwykłym gryzipiórkiem, ale właśnie dlatego nie mam zamiaru snuć uczonych wywodów na temat ryzyka inwestycyjnego, stopy zwrotu w przedziale długookresowym i podobnych mętnych półprawd i prawd ukrytych. Podobno niektórzy potrafią całkiem przyzwoicie zarobić tak zwaną grą na giełdzie, ale osobiście wolę grę na fortepianie, a nawet na skrzypcach, że o gitarze nie wspomnę. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego na wszystkich giełdach świata faceci w szelkach (koniecznie czerwonych) latają jak opętani, wymachują rękami, wrzeszczą coś do komórek i podobno w czasie tych szaleńczych wygibasów zarabiają lub tracą miliony. Jeżeli tam byli faceci z naszych PTE, to oczywiście należeli do tej drugiej grupy.

W najnowszych pomysłach rządu najlepsze jest to, że aby pozostać w OFE, musimy podjąć jakieś działania. Nie robiąc nic – za trzy miesiące trafimy automatycznie do ZUS. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że za kilka lat będziemy słuchać opowieści o OFE jak bajki o żelaznym wilku, bowiem nicnierobienie to nasza specjalność.

Wszystko to, co powyżej, pisałem jeszcze przed zmianami w rządzie, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby nowy minister finansów, który wygląda mi na rozsądnego faceta, podjął jakiekolwiek działania, opóźniające tę słuszną reformę OFE. Tylko małe sprostowanie: to nie rząd, nie premier, nie stary czy nowy minister finansów; tę reformę wymyślił niżej podpisany skromny dziennikarz z Olsztyna, za co nie pobrał (tylko na razie, mam nadzieję) żadnej gratyfikacji.

31 Maj 2012

Amerykański prezydent Barack Obama z kamienną twarzą palnął to, co palnął, polski gość honorowy, były minister spraw zagranicznych z równie kamienną twarzą wziął tę gafę na klatę, bo raczej nie mógł inaczej. Z podniosłej uroczystości zrobiła się nieprzyjemna tragifarsa.

Amerykanie próbują zlekceważyć całe zajście, twierdząc – nie bez racji – że każdy może się pomylić. Pewnie, że może – u cioci na imieninach, ale nie na prestiżowym spotkaniu, mającym uhonorować jednego z największych współczesnych polskich bohaterów.

Polacy są szczególnie uczuleni, jeżeli chodzi o ten fragment narodowej historii. To, co dla amerykańskiego prezydenta jest tylko – wierzę w to głęboko – zwykłym przejęzyczeniem, leksykalną niezręcznością, dla nas urasta do rangi narodowej zniewagi, wypaczania historii, a nawet stawiania Polaków w dwuznacznym świetle wobec nazizmu i Holokaustu..

Jan Karski blisko 70 lat temu raportował brytyjskim i amerykańskim przywódcom przerażającą prawdę o Holokauście. Został wówczas zlekceważony przez prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta. Kilka dni temu, 11 lat po śmierci, Jan Karski został ponownie – choć tym razem mimowolnie – zlekceważony przez innego prezydenta. Żałosny chichot historii.

 

15 Kwi 2012

Staram się na ogół nie mieszać do polityki. Swoim gadaniem nic przecież nie zmienię, a udział w dyskusji politycznej nieuchronnie niesie ryzyko wykąpania się w szambie.

Z drugiej jednak strony nie mówić nic? Ludzie mogą pomyśleć, żem głupek albo – co gorsza – tchórz. Lech Wałęsa powiadał, że boi się tylko pana Boga i żony Danusi. Pan Bóg się nie odezwał, ale pani Danusia – owszem. Więc ja nie będę ryzykował i nie powiem, czego lub kogo się boję. Chcecie – czytajcie, chcecie – komentujcie.

Widmo katastrofy smoleńskiej wisi nad Polską jak mgła, ale nie łudźmy się, że jak mgła rozwieje się za pierwszym powiewem ożywczego wietrzyku. Żadna wichura, żaden tajfun nawet tu nie podoła.

Polityczne zawirowania wokół tego ogromnego narodowego nieszczęścia, jakie na nas wszystkich spadło dwa lata temu, zapewne prędko nie ustaną. Widzę jakieś potworne wynaturzenie w tym chorobliwym wyścigu: z jednej strony do jak najszybszego przejścia nad katastrofą do porządku dziennego, z drugiej zaś – do wyłapania i przykładnego ukarania „zbrodniarzy”, którzy – wedle najbardziej skrajnych sformułowań – mają „krew na rękach”.

Jeżeli pominiemy złą wolę (której wszak wykluczyć nie można u żadnej ze stron) widzę jedno tylko wytłumaczenie tego nierozwiązywalnego zapętlenia. To gigantyczne nieporozumienie, pomieszanie z poplątaniem. Wielkie nieszczęście budzi w nas naturalną potrzebę znalezienia winnego. W tym przypadku łatwo o niebezpieczne uproszczenia: winny jest rząd, jego szef i ministrowie. Jakże łatwo i bezkarnie można przekraczać w takim rozumowaniu granicę absurdu. Stąd teorie spiskowe o zamachu, helu, wybuchach, dobijaniu rannych i inne brednie.

Nieporozumienie, o którym mówię, polega na szukaniu jasnych, ostrych powiązań, dających się sprowadzić do syndromu zbrodni i kary. Skoro nieszczęście jest wręcz niewyobrażalne w swych wymiarach, to i przyczyna musi być jakaś przerażająco niesłychana. Nie mieści się w wielu głowach, że tą przyczyną mogło być jakieś drobne zaniedbanie lub po prostu błędy pilotów i nawigatorów. Publicyści piszą, że zawiniła polska i rosyjska bylejakość, postawa z cyklu „jakoś to będzie”. Może tak, może nie, być może pełną prawdę poznamy za kilka miesięcy lub lat, być może nie poznamy jej nigdy. Może przynajmniej poznamy sposób na smoleńską mgłę.

Wszystko to, co powyżej, nie jest niczym nowym. Wydaje mi się, że podobnie myślą miliony spokojnych, rozsądnych ludzi. Jan Pietrzak rzucał kiedyś z estrady taki żart: „Program partii (chodziło oczywiście o PZPR- ab) programem narodu. Dlaczego nie odwrotnie?”

Ten żart Jana Pietrzaka pozostał wiecznie żywy, chociaż PZPR już dawno jest nieboszczką.

02 Gru 2009

Miało być na tym blogu wesoło, szyderczo, tymczasem dzisiaj znów na poważnie. Zmarł Staszek Wieczorek, mój dawny kolega redakcyjny.
Z obecnego składu redakcji tylko ja i Marek pracowaliśmy z nim w ówczesnej gazecie. Marek akurat na urlopie, no więc chyba jasne było, kto pójdzie na pogrzeb, złoży wieniec w imieniu redakcji i napisze potem kilka słów w Gazecie. Tak od lat żegnamy zmarłych kolegów – chociaż tyle możemy dla nich zrobić.
Zapamiętałem Staszka głównie z jednego epizodu, który w pewnym sensie nas do siebie zbliżył. Sierpień 1981, trwa strajk drukarzy Olsztyńskich Zakładach Graficznych. Władza próbuje strajkujących zastraszyć, mediuje Episkopat, włącza się Lech Wałęsa, ale drukarze trwają przy swoim. Wskutek strajku Gazeta Olsztyńska musi być drukowana poza Olsztynem. Kierownictwo Gazety próbuje rozmawiać z drukarzami, a ja i kilku kolegów podejmujemy własną, oddolną inicjatywę. Piszemy oświadczenie (znane później jako „List 11”), w którym popieramy drukarzy. Domagamy się opublikowania listu w Gazecie. Oczywiście wobec tamtejszej gazety, organu partii rządzącej, takie żądanie to czysta utopia. List ukazuje się w drugim obiegu, a jego autorzy trafiają na czarną listę. Wśród sygnatariuszy listu jest Staszek Wieczorek. Dla nas, młodych, był to wyraz młodzieńczego buntu i ułańskiej fantazji, dla niego – doświadczonego dziennikarza, zaangażowanego działacza partyjnego był to wyraz niesłychanej odwagi, pójście pod prąd, położenie na szali całej dotychczasowej kariery. Wówczas nabrałem do Staszka ogromnego szacunku. Obaj uwierzyliśmy, że nasz kraj może już od zaraz wyglądać inaczej – i obaj się pomyliliśmy. Staszek zapłacił za to bezpowrotnym usunięciem z Gazety, ja „tylko” kilkumiesięcznym zawieszeniem w prawach wykonywania zawodu.
A co się stało z resztą sygnatariuszy „Listu 11”? Część nie żyje, jeden jest dziś znanym publicystą bardzo znanej gazety. W „Olsztyńskiej” jestem ostatni z tej listy, ale wtedy był ze mną także Staszek.

22 Lip 2009

Nawet nie zauważyłem, że dzisiaj jest 22 lipca. Kiedyś nie mógłbym nie zauważyć. Kto ciekaw niech sprawdzi, co dawniej oznaczała ta data: 22 lipca

Dla mnie ta data nie ma specjalnie negatywnych konotacji, bo towarzyszyła mi od dziecka. 22 lipca zawsze było święto; my dzieci w PRL nie kojarzyliśmy tego zupełnie z polityką, już bardziej z czekoladkami. Bo przecież słynna firma cukiernicza E. Wedel w Polsce Ludowej została przechrzczona na ZPC im. 22 Lipca (d. E. Wedel). Dziś jest znów na odwrót, czyli wrócił Wedel. Powinnio więc być tak: E. Wedel (d. 22 Lipca, d. E. Wedel). Nie upieram sie, byłoby chyba zbyt duże zamieszanie, ponadto żart jest w stylu Borata, czyli nieco obrazoburczy i mógłby zbyt wielu zirytować. Nie wierzycie? To zobaczcie, co wyczynia borat

Wróćmy jednak do 22 lipca. Nie ma już ulicy w Olsztynie pod patronatem tej daty – a może w innych miastach jeszcze się gdzieś zachowała? Byłoby cudnie. Pamiętam, że jako dziecko przechadzałem sie gdzieś na Wybrzeżu (to chyba był Słupsk albo Koszalin) ulicą Władysława Gomułki, wówczas I sekretarza jedynie słusznej partii. W szkole mnie uczono, że ulice mogą otrzymać imię tylko osoby nieżyjącej, ale dla Gomułki uczyniono wyjątek. Jak na ironię po śmierci jego imię zniknęło z ulic.

22 lipca to także data uchwalenia Konstytucji PRL, co prawda pod czujnym okiem Wielkiego Brata ze wschodu, ale zawsze to jakaś tam konstytucja. Władze PRL starały się, żeby ta data kojarzyła się z czymś dobrym; dlatego właśnie 22 lipca 1983 roku ostatecznie zniesiono w Polsce stan wojenny, wprowadzony 13 grudnia 1981. I to chyba moje ostatnie skojarzenie z tą kultową datą. Czy komuś dziś jeszcze z czymś się ona kojarzy?

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.