21 Wrz 2016

Dopiero co zakończone w kalendarzu lato przynagliło mnie do jak najszybszego powspominania starych, dobrych, mokrych czasów. To znaczy nie lato mnie przynagliło, tylko jego koniec, z którym to końcem nigdy nie mogę się pogodzić. Tak mam od kiedy pamiętam.

Trzej przyjaciele z jeziora – można by zanucić o nas piosenkę na melodię słynnej „Trzej przyjaciele z boiska”. Nie harataliśmy w gałę, nie strzelaliśmy bramek, nie dokopaliśmy ruskim ani nawet Albańczykom, bo naszym boiskiem były szerokie lub nieco węższe wody olsztyńskich (i nie tylko) jezior, które przemierzaliśmy wzdłuż, wszerz i w poprzek, a także niekiedy wokół lub przynajmniej po łuku.

To przemierzanie było tylko w jednej trzeciej legalne, bo o ile pamiętam tylko ja z naszej trójki miałem tzw. żółty czepek. Tak nazywano w skrócie specjalną kartę pływacką, uprawniającą do bezkarnego płynięcia na przykład z Dybowa na Wierzbę na styku jezior Mikołajskiego i Śniardwy, czego w swoim czasie prawie dokonałem. Prawie, bo zawrócił mnie w połowie drogi jakiś kajakarz czy żeglarz, zwracając uwagę, że słabo widać mój łeb w falującej wodzie i łacno może on zostać  (ten łeb oczywiście) przecięty dziobem omegi czy innej venuski, a w najlepszym razie walnięty wiosłem kajakarza. Co w efekcie doprowadziłoby do skutku zamierzonego – czyli wyeliminowania takich pływających wariatów z przestrzeni wodnej.

Wróćmy jednak do naszej trójki. Z braku żółtych czepków (osobiście co prawda posiadałem, ale sam się nie będę wygłupiał, więc nie nosiłem) wybieraliśmy akweny położone z dala od czujnych oczu ratowników i policyjnych patroli. Co zresztą nie zawsze się udawało, bo nasza odrodzona ojczyzna bezpieczeństwo obywateli stawiała za cel nadrzędny i otaczała troską szczególną, więc nawet na odcinku nielegalnych pływaków nie odpuszczała i ścigała z całą stanowczością. Inna sprawa, że jakoś nie przypominam sobie, żeby policyjna motorówka dopadła na środku jeziora całą naszą trójkę, więc to było raczej polowanie na jednego tylko pływającego zwierza, czyli na mnie.

Z zapartym tchem śledziłem na Facebooku (kto nie ma, niech żałuje) wyczyn młodej olsztynianki Mai. Przepłynęła ona otóż wszystkie olsztyńskie jeziora wpław, aby zwrócić uwagę na problem czystości wód. Przy okazji powstał film „Wpław przez Olsztyn” dla jednej z telewizji.

Maja zaczęła z wysokiego „c” – od przepłynięcia Krzywego na całej długości – a to ponad 5,5 kilometra! Płynąłem kiedyś podobny dystans w innym jeziorze, więc wiem, co to znaczy. Potem zaliczała kolejno wszystkie pozostałe, nawet tak obecnie dzikie i niesprzyjające kąpielom, jak Podkówka czy Nowodworskie.

No i patrzę, czytam i oczom nie wierzę: toż to córka jednego z tych moich przyjaciół od nielegalnego przepływania wszystkich możliwych i niemożliwych głębi. Jak widać, niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Zobaczcie dzielną Maję w jej zmaganiach z olsztyńskimi jeziorami:

ukiel start

Tak się zaczęło – Majka na plaży w Łupstychu, przed nią ok. 5,5 kilometra Jeziora Krzywego.

 

ukiel  ukiel2 ukiel3

To też Jezioro Krzywe, czyli Ukiel, Majka płynęła oczywiście z asekuracją łodzi ratowniczej. O ile wiem, ani razu nie skorzystała z pomocy, nie licząc symbolicznego kubka gorącej herbaty.

 

sukiel sukiel1

 To już jezioro Sukiel, o którym kiedyś pisałem, że nie nadaje się do kąpieli. Jak widać kłamałem.

 

Maja i Ewa

 A to Majka z mamą, znaną dziennikarką radiową Ewą Domaradzką.

 

 Więcej o projekcie (i mnóstwo zdjęć) znajdziecie tutaj:

http://www.facebook.com/WplawprzezOlsztyn/?fref=ts

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z facebookowego profilu Ewy Domaradzkiej, pobrałem je za jej wiedzą i zgodą, a także za aprobatą samej Majki. Dziękuję.

 

25 Lut 2016

Jak obuchem uderzyła we mnie wiadomość o śmierci Magdy Masztalerz, trenerki pływania, mojej bardzo dobrej znajomej, która to znajomość ocierała się chwilami o przyjaźń.

 

Kiedy dokładnie 20 lat temu zostałem prezesem Okręgowego Związku Pływackiego w Olsztynie, zastałem środowisko pływackie zwarte, chociaż niejednolite. Magda Masztalerz, obok zmarłego w grudniu 2015 roku Edka Uścinowicza, była bez wątpienia tego środowiska ikoną i filarem. W mojej 8-letniej przygodzie z pływaniem Magda była mi zawsze ostoją i podporą.

Wręcz legendarna była jej sumienność i akuratność. Dla niej nie było „luźniejszego” treningu. Jedna z jej byłych podopiecznych Magdalena Mielnik, dzisiaj wybitna triathlonistka wspomina, jak kiedyś jej grupa postanowiła urządzić swojej trenerce urodziny na basenie. Dzieciaki pojawiły się na trening w ubraniach, z niespodzianką w zanadrzu. Magda na początku była wściekła, bo po prostu nie mieściło jej się w głowie, że można zawalić trening. W końcu jednak nawet ona odpuściła. Ona po prostu bardzo kochała te swoje dzieciaki, dla których na co dzień musiała być groźną i stanowczą panią trener.

 

Magdalena Masztalerz była absolwentką warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego (obecnie im. Józefa Piłsudskiego), trenerem I klasy, instruktorem ratownictwa WOPR. Całe swoje trenerskie życie poświęciła Olsztynowi, wychowała wiele pokoleń pływaków, medalistów Mistrzostw Świata i Europy juniorów i niezliczoną rzeszę medalistów Mistrzostw Polski. Była nauczycielką w Szkole Podstawowej nr 2, krótko nawet zastępcą dyrektora tej placówki, ale przede wszystkim szkoliła dzieci i młodzież w jedynym wówczas klubie pływackim – MKS Juvenia, na którego podwalinach zbudowano po latach Miejskie Towarzystwo Pływackie Kormoran, a dużo później także AZS UWM.

 

Magda nosiła panieńskie nazwisko Nowak. Jakoś miałem  szczęście do fajnych Nowaków w środowisku pływackim. Jeden z moich najbliższych przyjaciół nie tylko pływackich, ale też życiowych, to Jacek Nowak, świetny ongiś zawodnik, mistrz Polski, obecnie równie wybitny trener. Długie lata pracował z olsztyńską młodzieżą, 10 lat temu los przeniósł go do Gorzowa Wielkopolskiego. Inny mój przyjazny Nowak – to Janusz Nowak, wybitny, wielce zasłużony sędzia pływacki z Olsztyna. To właśnie on – wspólnie z Magdą i ze mną – odbierał Medal 90-lecia Polskiego Związku Pływackiego w 2012 roku. Wszyscy ci Nowakowie nie byli ze sobą spokrewnieni.

Właśnie z okazji tego wręczania spotkałem się ostatni raz z Magdą w przepięknej olsztyńskiej Aquasferze. Wyściskaliśmy się wówczas serdecznie, Magda opowiedziała mi o swoich zmaganiach z chorobą (była po niedawnej ciężkiej operacji), powspominaliśmy – jak to starzy działacze – dawne dobre czasy.

 

Nigdy już na pływalni nie zabrzmi jej charakterystyczny, trochę zachrypnięty głos (ach, te papierosy, nie umiała z nich zrezygnować), nigdy nie zobaczymy jej charakterystycznej sylwetki na brzegu basenu, gdy machaniem rąk i rytmicznym „hop, hop” dopingowała swoich zawodników do jeszcze większego wysiłku.

Magda Masztalerz zmarła 20 lutego w wieku 69 lat, uroczystości pogrzebowe rozpoczną się w sobotę 27 lutego o godz. 12.30 mszą świętą w kościele p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ul. Mickiewicza. Magda Masztalerz pochowana zostanie na Cmentarzu Komunalnym przy ul. Poprzecznej w Olsztynie.

 

To zdjęcie znalazłem na profilu fejsbukowym Jakuba, syna Magdy, pochodzi z lata 2015 roku. Magdę obejmuje słynny olsztyński bard Walerian Ostrowski.

MagdaM

 

A to Magda (pierwsza z lewej) w większym towarzystwie podczas tej samej imprezy w Karczmie Warmińskiej w Gietrzwałdzie.

 

Magda z FB Jakub Nowak

 

Tu Magda, jaką znaliśmy na co dzień, w krótkich chwilach wolnych od zajęć na basenie.

 

masztalerz1

 

 

 

 

16 Sty 2014

Pochwalę się jeszcze tym Egiptem, gdzie byłem w grudniu 2013 roku, a nie wczoraj, ale wspomnienia są wciąż żywe. Sami zobaczcie, czy warto wspominać.

Egipt to nie tylko bajeczna kraina piramid i monumentalnych starożytnych świątyń. To także – a dla niektórych przede wszystkim – wspaniałe miejsce wypoczynku przez cały rok, niekończące się lato i ciepłe morze. W kurortach położonych nad Morzem Czerwonym dodatkową atrakcją może być nurkowanie lub obserwowanie podmorskiej krainy z powierzchni. Wystarczy maska i płetwy.

Na takie właśnie „nurkowanie” na powierzchni morza wybrałem się podczas grudniowego pobytu w Hurghadzie. Taka wyprawa – zależnie od opcji – może trwać cały dzień, a może też dwie – trzy godziny.

Jeżeli egzotyczny wypoczynek kojarzy nam się wyłącznie ze słodkim lenistwem – i tak nie musimy rezygnować z bajecznych podmorskich widoków. Podmorskie rafy koralowe i kolorowe podwodne stworzenia możemy podziwiać nawet na hotelowej plaży, zaledwie kilkanaście metrów od brzegu.

Na plaży przy naszym hotelu Sunrise Makabi Royal wystarczyło po wejściu do wody popłynąć kilkanaście metrów w kierunku lin ograniczających kąpielisko i zanurzyć twarz uzbrojoną w maskę lub nawet zwykłe okularki pływackie. Prędzej czy później trafialiśmy na niewielką rafę koralową z nieodłącznie przypisanymi do takich miejsc kolorowymi rybkami.

Plaza

Tu właśnie wychodzę z Morza Czerwonego po takim nurkowaniu. Maskę oddałem wcześniej, żeby ładnie wyglądać na zdjęciu.

 

To jednak tylko namiastka tego, co czeka nas na otwartym morzu. Nasz rejs rozpoczyna się w pobliskim Diving Center (centrum nurkowe), gdzie wyposażają nas w ręczniki, maski z rurką do oddychania i płetwy. Przez grzeczność nie pytaliśmy, kto przed nami trzymał w ustach naszą rurkę; pocieszamy się, że mocno słona woda Morza Czerwonego ma własności dezynfekujące.

Nasza grupa jest spora – ok. 70 osób – więc wyruszamy w morze podzieleni na trzy grupy aż trzema jachtami, każdy oczywiście z miejscową załogą. Zanim dopłyniemy na miejsce, odbywamy krótki kurs używania sprzętu i zasad bezpieczeństwa podczas pływania w morzu.

Trzy jachty

Nasze trzy jachty – jeden widziany „od środka” – zdjęcie zrobił mój przyjaciel Staszek Francuz z Wrocławia.

Ten filmik sam nagrałem amatorskim aparatem fotograficznym. Przepraszam za jakość.

 

Mniej więcej po pół godzinie jesteśmy na miejscu. Po kolei wskakujemy do wody; przy tej okazji krztuszę się niesamowicie słoną wodą. Dopiero po kilku zachłyśnięciach, kilkakrotnym zdejmowaniu maski i wylewaniu wody z rurki do oddychania, opanowuję jako tako technikę pływania z maską i rurką. Teraz już bez przeszkód mogę podziwiać podwodny bajkowy świat.

DSC_2958

 Część naszej grupy w wodzie. Wyglądamy dość pokracznie.

 

Jest wczesne popołudnie, słońce pada niemal prosto z góry, przejrzystość wody idealna. Ta doskonała przejrzystość nawet nieco przeszkadza, bowiem trudno ocenić, czy rozciągająca się pode mną rafa leży tuż pod powierzchnią, czy też na bezpiecznej głębokości kilku metrów. Instruktorzy przestrzegali, żeby broń Boże nie dotykać rafy, bowiem nawet drobne rozcięcia skóry goją się fatalnie.

Niepotrzebna obawa, rafa bezpiecznie pozostaje pode mną, a obok gromadzą się roje różnokolorowych ryb. Przepływam obok naszego instruktora; pokazuje ręką w głąb morza i woła: murena, murena!  Rzeczywiście, widzę podługowaty kształt – to murena śródziemnomorska, nieco podobna do naszego węgorza. Nie jest tak kolorowa, jak uwijające się wokół roje mniejszych ryb. Trudno ją zobaczyć także z tego powodu, że lubi chować się w różnych zakamarkach rafy.

DIGITAL CAMERA

 To właśnie ta murena. Zdjęcie wykonał nasz instruktor, kupiłem je – wraz z serią innych i amatorskim filmem – za 50 dolarów.

 

Po mniej więcej godzinie instruktorzy dają sygnał do wyjścia z wody na nasze jachty. Stąd długie drewniane łodzie o małym zanurzeniu zabierają nas na pobliską wyspę o jakże wymownej nazwie Paradise (Raj).

Lodzie na wyspe Paradise

Do raju przewieziono nas takimi łódeczkami.

 

Wysepka jest skalista i piaszczysta, prawie bez żadnej roślinności, nie ma jak schować się przed grudniowym upałem. Większość z nas korzysta z okazji, by popływać w morzu i poobserwować przybrzeżne rafy. Reszta się po prostu opalała lub pozowała do grupowych zdjęć. O tak:

Paradise (2) Paradise Paradise5

Po kolejnej godzinie-półtorej wracamy na jachty, żeby zdążyć wrócić do hotelu przed zmierzchem. W grudniu już ok. piątej po południu w Egipcie zapada zmrok. Po tym poznać afrykańską zimę; dzień jest krótszy o 4 godziny, niż np. w czerwcu.

IMG_2788

Wieczór nad hotelowym basenem wkrótce po powrocie z tego rejsu. Na pierwszym planie ręczniki, których jeszcze nie zdążyliśmy oddać.

 

 Wspomniałem o zakupie zdjęć i filmu. Moja rada: jeżeli instruktorzy będą was zachęcali do zakupu filmu i zdjęć z waszej wyprawy – przyjrzyjcie się uważnie zamówieniu, które podsuną wam do podpisu. Wydawało mi się, że umawiam się na piętnaście (fifteen) dolarów, tymczasem na zamówieniu, które podpisałem, mrużąc oczy w ostrym słońcu, figurowało jak byk 50 (fifty) dolarów. Honorowo zapłaciłem. Za moje 50 dolców otrzymałem wspomniane zdjęcia i raczej amatorski film z podwodnymi widoczkami; raz czy dwa mignąłem w kadrze, chociaż w wielkiej masce i z rurką w zębach jestem raczej mało rozpoznawalny.

 

Przed wyjazdem straszono mnie, że woda w morzu będzie już chłodna. Owszem, jeżeli komuś potrzebna jest temperatura wody powyżej 30 stopni Celsjusza, to te 27-28 stopni, które nas powitały w Morzu Czerwonym rzeczywiście może uznać za dalece niewystarczające.

IMG_3237

 

01 Sie 2013

Korzystając z upalnej pogody poszedłem z kolegą Władkiem, zwanym popularnie Katarem, nad nasze redakcyjne jezioro (mamy takie, a co). Władek błyskawicznie zrzucił koszulkę i spodnie i zanurzył się w orzeźwiającej kąpieli. Ja niestety nie miałem tak łatwo.

Skórę i inne organy mam tak delikatne, że kiedy na przykład założę sandały bez skarpetek – a tak przecież noszą się ludzie w upalne dni – natychmiast doznaję obtarć, rychło przeobrażających się w krwawiące, bolesne rany. Co zaś do jeziora – każda nawet kilkuminutowa kąpiel kończy się silnym uczuleniowym katarem, dusznościami i nocnym rzężeniem.

Wątku sandałów nie będę rozwijał, zatrzymam się na tych nieszczęsnych kąpielach. Wynalazłem bowiem sposób na unikanie wspomnianych wyżej wielce nieprzyjemnych objawów choroby pokąpielowej.

Jak wiadomo katar zaczyna się, a czasem nawet kończy tam, gdzie niektórzy mają robotę, inni rząd, a niektórzy nawet wszystko – czyli w nosie. No więc żeby kataru nie dopuścić do siebie, trzeba wyłączyć nos z użytkowania ogólnego. Jest to – jak się okazało – łatwe, ale dość kosztowne. Osobiście wywaliłem na środki zapobiegawcze 7,50 (słownie złotych polskich siedem groszy pięćdziesiąt). Kupiłem mianowicie w Internecie – oczywiście z dostawą do domu – maleńką plastykową zatyczkę, za pomocą której można skutecznie odciąć dopływ i odpływ wszystkiego.

Wczoraj po raz pierwszy wypróbowałem ten wynalazek w praktyce. Moja wyprawa na plażę wygląda zatem tak: rozbieram się jak wszyscy, zakładam okularki pływackie jak nieliczni, na koniec – jako jedyny w całym chyba Kosmosie – zakładam na nos tę idiotyczną zatyczkę. I co powiecie? Po ostatniej kąpieli w towarzystwie ryb i kolegi Władka jestem zdrów jak – nomen omen – ryba. Dzięki zatyczce do mojego nosa nie mogły się dostać nie tylko rzeczone ryby, ale też najmniejsze nawet glony i drobnoustroje, czyli czynniki katarotwórcze.

Szkoda tylko, że musieliśmy tak szybko wracać do pracy. Trzeba było w końcu jakoś odpracować te ponadplanowo wydane 7,50.

 

07 Lut 2013

Olsztyńska Aquasfera to najpiękniejsza, najbardziej przyjazna pływalnia w Polsce. Dlatego stanowczo i zdecydowanie odradzam wszystkim korzystanie z jej uroków, szczególnie wieczorową porą.

Tak zdecydowane i pryncypialne stanowisko wypracowałem sobie po kilku wizytach w Aquasferze. Poznawałem ją stopniowo i systemowo. Najpierw było otwarcie – uroczyste, z pompą i widowiskiem typu „światło i dźwięk”.

 

Wyglądało to tak:

 

 

Podczas tego samego otwarcia mowę wygłosił mój kolega, wówczas jeszcze prezes Polskiego Związku Pływackiego Krzysztof Usielski. Wygląda trochę niewyraźnie, bo fotę robiłem z daleka, a poza tym być może już przeczuwał, że za parę miesięcy prezesem być przestanie.

 

 

Potem przyszedł czas na sprawdzian praktyczny: mistrzostwa Polski juniorów, potem seniorów. Trenerzy i zawodnicy chwalili naszą pływalnię, mówili o specyficznej „nośności” wody. A ja nic, wciąż na trybunach. Nawet podczas wrześniowych zawodów dla seniorów, czyli wszystkich powyżej czterdziestki, pozostałem przyspawany do fotelika na widowni, choć dusza rwała się tam, na dół, do wody.

 

No ale co ja bym tam robił w rywalizacji np. z takim Mariuszem Gabcem, wielokrotnym mistrzem i rekordzistą Polski w pływaniu, który po blisko 30 latach wrócił do czynnego uprawiania sportu i kosi wszystkie możliwe nagrody w kategorii Masters.

 

 

Kiedy wreszcie zanurzyłem się w błękitnej wodzie Aquasfery, zagrały mi w głowie i duszy wszystkie niebiańskie trele. Ktoś powie: chrzanisz koleś, woda jak woda. Może i tak, ale w takim razie dlaczego Ty się ożeniłeś z Kasią, a ja z Ewą? Chemia, powiadasz. No właśnie, woda ma też swoją chemię, mierzoną nie tylko tradycyjnie zawartością tlenu i wodoru z niewielką (mam nadzieję) domieszką chloru i innych substancji uzdatniających.

Ech, co tu dużo gadać: Aquasfera pasuje mi najbardziej chyba z wszystkich pływalni, jakie w swoim życiu odwiedziłem (było tego trochę, oj było). Dlatego mam gorącą prośbę do wszystkich miłośników pływania: omijajcie tę pływalnię szerokim łukiem. Zostawcie ją dla mnie, macie przecież do wyboru całkiem sporo innych basenów. Chciałbym wreszcie spokojnie popływać bez tłoku i bez oglądania się na zegar. À propos: dotąd jeszcze nie zdołałem odnaleźć w pokaźnej przestrzeni pływalni urządzenia odmierzającego czas. Za którymś tam razem spojrzałem w bok – o, widzę zegar, jest 21.00, czas kończyć. Dopiero przy następnym pobycie zorientowałem się, że patrzyłem na wskaźnik głębokości wody: 2,10 metra. No więc gdzie jest ten zegar?

 

W Aquasferze nowoczesność aż bije po oczach. Tak jak na przykład w szatni, gdzie przykładasz swój czip do elektronicznego czytnika i na ekranie pokazuje się numer twojej szafki.

 

 

Ostatnio miałem szafkę numer 195. Kiedy ją otworzyłem, znalazłem w niej rzeczy innego pływaka. Kiedy przebierałem się po skończonym treningu, podszedł do mnie rosły brunet z barami tylko nieco węższymi niż bary Pudziana.

– To moja szafka – powiedział dość stanowczo, patrząc na mnie co najmniej podejrzliwie.

– Moja też, widocznie komputer się pomylił – odpowiedziałem raźno.

I tak we dwóch z barczystym brunetem wyciągaliśmy po kolei torby i koszulki z naszej wspólnej szafki. Sport zbliża ludzi.

 

02 Sty 2013

Coś mam chyba z głową nie w porządku, bo z nastaniem jesiennych szarug, słot i zimnych wiatrów naszła mnie ochota na kąpiele wodne. Jak to pogodzić z wrodzoną niechęcią do zimnej wody?

Początkowo chciałem się przełamać i ulec namowom jednego z przyjaciół – zapalonego od lat członka klubu morsów. Zrezygnowałem jednak, kiedy dowiedziałem się, że ludzie-morsy, w przeciwieństwie do miłych arktycznych zwierząt, które próbują naśladować, moczą się w zimnej wodzie – by tak rzec – statycznie, praktycznie stojąc w niej bez ruchu. Co więcej do takich eksperymentów nakładają czapki uszatki i ciepłe rękawice; w takim uzbrojeniu pływać się nie da, a właśnie pływanie jest dla mnie sensem i treścią kontaktu człowieka z wodą.

No więc pozostały mi tylko akweny kryte, a tych na szczęście w moim rodzinnym Olsztynie ostatnio nie brakuje. Przed laty każdą zimę wykorzystywałem na szlifowanie formy i kondycji, by latem przemierzać wzdłuż i wszerz otwarte akweny mniejsze i większe. Atoli urwało się to wszystko dość dawno temu, gdy okazało się, że nagle nabawiłem się nieuleczalnego uczulenia na wodę jeziorową. Każdy mój z nią kontakt kończy się katarem, kichaniem, rzężeniem i podobnie przyjemnymi objawami. Można to leczyć, ale leki otumaniają, otępiają i usypiają – a w takim stanie pływać też nie sposób. Postanowiłem więc wrócić na basen, który – daj Boże – przywróci mi dawną niewrażliwość także na jeziorowe alergie.

Z przyzwyczajenia, starego sentymentu, ale też poniekąd z wyrachowania, wybrałem krytą pływalnię przy ul. Głowackiego, pierwszą w Olsztynie, otwartą bodaj w 1967 roku. Tamże organizowałem i otwierałem w swoim czasie – jako prezes Warmińsko-Mazurskiego Okręgowego Związku Pływackiego – niejedną imprezę pływacką, znam obiekt jak własną kieszeń, co jest o tyle ważne, że jako krótkowidz poruszam się – po pozostawieniu w szatni odzieży i okularów – poniekąd po omacku.

Tych walorów nie ma dla mnie wspaniała, supernowoczesna Aquasfera, która wciąż czeka na mój pływacki w niej debiut. Mam nieodparte wrażenie, że nie jest to czekanie specjalnie natarczywe.

Moje wyczyny w basenie nie mają nic wspólnego z tak zwanymi zobowiązaniami noworocznymi. Katuję się tym pływaniem już ładnych parę miesięcy i nie zamierzam przestać. Aby do lata…

29 Lip 2009

No jest! Jest medal! Korzeń, czyli Paweł Korzeniowski jednak złapał formę i ma srebro na pływackich Mistrzostwach Świata w Rzymie. Przegrał tylko z kosmicznym Michaelem Phelpsem, który popłynął – uwaga, uwaga! – 1:51,51! Dla jasności: motylkiem, nie kraulem. Korzeń miał 1.53.23, co jest wyśmienitym rekordem Polski.

Mnie jednak zastanawia co innego. Wieloletni szef wyszkolenia Polskiego Związku Pływackiego Jan Wiederek, komentując wyczyn Phelpsa, powiedział to, co nurtuje wielu specjalistów. Co się stanie z kosmicznymi rekordami świata po 1 stycznia 2010 roku? Przypominam, że po tej dacie nie będzie można pływać w superszybkich syntetycznych kostiumach. Kto wie, czy władze światowego pływania nie podejmą decyzji o anulowaniu rekordowych osiągnięć, ustanowionych po jakiejś tam dacie. Pamiętacie, jak było z rekordami w rzucie oszczepem? W 1984 roku Niemiec ze śp. NRD Uwe Hohn rzucił 104,80.  Ten nieprawdopodobny rekord nie został nigdy pobity. Działacze złapali się za głowy, zaczęli myśleć i wymyślili: trzeba zmienić konstukcję oszczepu, żeby szybciej spadał na ziemię. Reformę przeprowadzono w 1987 i oszczepy zaczęły latać bliżej. To samo można zrobić z pływaniem: kosmiczne rekordy zamrozić i wrócić do wyników z epoki normalnych gaci.

A na koniec zagadka: kto z Polaków miał w Rzymie kostium Arena X-Glide, który od przyszłego roku będzie zakazany? Odpowiedź – Korzeń właśnie. Phelps płynąl w zwykłych pływackich gatkach. Ten prosty przykład pokazuje wyższość ducha nad materią.

27 Lip 2009

No i stanęło na moim, niestety. Pływackie mistrzostwa świata w Rzymie są piękne i rekordowe, ale zasługa to Francuzów, Niemców, Amerykanów, Serbów, Szwedów, Południowych Afrykańczyków i paru jeszcze innych nacji. Nasi zajmują miejsca pod koniec pierwszej pięćdziesiątki.

Prorokowałem to w tym miejscu we wpisie „Szkoda kostiumu” z 8 lipca. Oczywiście nie tylko o kostiumy chodzi. Polskie pływanie może nie tonie, ale na pewno to już nie czasy, zapoczątkowane przez Wojdata, Szukałę i Podkościelnego. Po nich pałeczkę przejęła Alicja Pęczak, a po niej nowa fala polskiego pływania, w której główne role odgrywają do dziś weteran Bartosz Kizierowski (jednocześnie sprawdzający się jako znakomity trener) Otylia Jędrzejczak, Paweł Korzeniowski i Mateusz Sawrymowicz, a także cała plejada niewiele im ustępujących mistrzów drugiego planu, jak choćby Przemek Stańczyk ze Szczecina czy Marcin Babuchowski z Łodzi. Na razie jedyne miejsce finałowe dla Polski wywalczył w Rzymie skoczek z trampoliny Andrzej Rzeszutek. Zobaczymy, co będzie dalej, chociaż ani na Otylię, ani na Kizierowskiego liczyć nie możemy, bo po prostu nie startują. Może Łukasz Gąsior coś pokaże, no i jest jeszcze Korzeniowski na 200 delfinem. A może nasi pojechali tam po prostu na wakacje?

Wygląda na to, że będę musiał znów zostać działaczem związku pływackiego. Możecie się śmiać, ale za czasów mojego prezesowania w Olsztynie (1996 – 2004) polskie pływanie odnosiło największe sukcesy. Ale na poważnie; czy Bartnikowski jest działaczem, czy nie jest – dla polskiego pływania nie ma to najmniejszego znaczenia. Pozostaje mi jednak satysfakcja: moi przyjaciele – trener pływaków olsztyńskiego Kormorana Jacek Puciło i były olsztyniak, dziś gorzowianin Jacek Nowak wyprowadzają swoja pływacką młodzież na coraz szersze wody. Sukcesy moich przyjaciół są moimi sukcesami – i tej maksymy będę się trzymał.

A wracając do mistrzostw w Rzymie: obradująca w przeddzień zawodów FINA, czyli międzynarodowa federacja pływania uchwaliła, że jednak kostiumy nowej generacji, o które było tyle krzyku, nie będą dozwolone. Zakaz obowiązywać będzie od 1 stycznia 2010 roku. Nasi działacze mieli więc rację, nie dopuszczając kosmicznych kostiumów do użytku. Szkoda jednak tych utraconych medali…

15 Lip 2009

Człowiek istota przekorna. Kiedy usiłowano mnie przekonać do pisania bloga, zaparłem się na nie. Jak już się zgodziłem, próbowano mnie namówić, żebym zajął się pływaniem, bo rzekomo na tym się świetnie znam. Jak to jest naprawdę – patrz wpis Papiery na pływanie.

Oczywiście znów sie zaparłem, po czym … uruchomiłem blog o pływaniu właśnie. Innymi słowy: nie chcem,  ale muszem. Ale już nawet chcę, bo okazuje się, że mam pewną grupkę wiernych czytelników (wąską co prawda, ale nie od razu Kraków…).

Osoby niezainteresowane tematyką pływactwa śródlądowego, a chcące mimo to obcować z moją twórczością, pragnę uspokoić. Spróbuję zmierzyć sie także z inną tematyką, wielkiej i małej polityki nie wyłączając.  Odsyłam też do papierowej Gazety Olsztyńskiej, w której co piątek ogłaszam prawdy o życiu i poglądy na świat w rubryce Moim zdaniem. Na zachętę felieton z 3 lipca.

Dom publiczny na Mazurach
Kiedyś przeklinało się kogoś słowami: obyś cudze dzieci uczył. Dziś jak chcemy kogoś tak urządzić, żeby popamiętał, życzmy mu: obyś miał dom na Mazurach.
Mając dom na Mazurach mamy po prostu przerąbane. To już nie jest nasz dom – to jest dom, z przeproszeniem, publiczny. Wszelka publiczność bowiem wali do nas drzwiami i oknami, powołując się już to na pokrewieństwo, już to na nieistniejącą (jak nam się zdawało) zażyłość. Jedyną wymierną korzyścią przebywania pod naszym dachem licznych (choć nieproszonych) gości jest to, że zaczynamy stołować się w domu, co jak wiadomo jest zdrowsze, niż korzystanie z niesprawdzonej kuchni baru czy restauracji, położonych w pobliżu naszego miejsca pracy. Pozornie jest też tańsze – niestety ten walor nie znajduje tu odbicia, bowiem posiłki w domu musimy przygotować dla kilku/kilkunastu (niepotrzebne skreślić) osób, natomiast w barze czy restauracji bywaliśmy najczęściej samowtór, jedynie z ulubioną koleżanką/kolegą (niepotrzebne j.w.) z pracy.
Pomijając już nawet koszty i uciążliwość, wynikającą z konieczności dzielenia się z gośćmi naszą łazienką, kuchnią i innymi przestrzeniami naszego domu, najbardziej dotkliwe jest wypełnianie obowiązków, wynikających z naszej znanej szeroko w świecie gościnności. Ta zaś zmusza nas do biesiadowania do rana, śpiewania po północy sprośnych piosenek ku uciesze nie znających nas od tej strony sąsiadów, jednym słowem do zarywania nocy. Rano musimy niestety podjąć kolejne wyzwania w pracy, bowiem w przeciwieństwie do naszych drogich gości mamy urlop dopiero w sierpniu.
Jedyna pociecha, że w czasie urlopu możemy odreagować, udając się na drugi koniec Polski do krewnych lub znajomych, posiadających dom. Na pewno się ucieszą.

 Miałem zamiar już tym wpisem oderwać sie od przyspawanej do mnie tematyki pływackiej, ale jeszcze się nie da. Bo pytają: jak to jest z tym bezpiecznym pływaniem? Jak nauczyć sie pływać? Dlaczego ogarnia nas paniczny strach, gdy tylko nie możemy sięgnąć stopą zbawczego dna?

Byłbym ostatnim idiotą, gdybym usiłował kogokolwiek nauczyć pływać drogą korespondencyjną. Nie da się. Trzeba znaleźć instruktora lub trenera i kawałek wody. Może być jezioro, kryta lub odkryta pływalnia. Są jednak i tacy, którzy umieją pływać „trochę” i pytają co robić, żeby mieć z pływania uciechę, ale przeżyć. Tym trochę umiejącym doradzam jak najszybsze opanowanie dwóch prostych umiejętności: leżenie na wodzie na plecach oraz oddychanie w wodzie.

O leżeniu już pisałem. Wbrew pozorom to umiejetność dość trudna do opanowania, ale niezbędna dla naszego poczucia bezpieczeństwa. Niektórzy powiadają, że oni leżeć nie mogą, bo toną. No pewnie, że toną, jeżeli nie potrafią porządnie się wyprostować i leżeć jak deska na wodzie. Najmniejsze zgięcie tułowia powoduje nieuchronnie zanurzenie w wodzie naszej twarzy; teraz wystaje z wody tylko czubek głowy, a nim oddychać się nie da. Rzecz w tym, że zawsze nad powierzchnię wystaje taka sama (licząc procent wagi) część naszego ciała. My sami musimy sprawić, by była to twarz, a nie np. tyłek czy wspomniany czubek głowy.

Teraz druga umiejętność: oddychanie w wodzie. To jedna z pierwszych umiejętności wpajana dzieciom podczas nauki pływania.  Najpierw uczymy samego zanurzania głowy przy wstrzymanym oddechu, później wydychania powietrza z zanurzoną głową, na koniec odkręcania głowy na bok ponad powierzchnię wody w pozycji tzw. strzałki. Dopiero potem instruktor zabiera się za naukę właściwych ruchów pływackich – najpierw nóg, potem rąk. Tą właśnie metodą usiłowałem nauczyć pływać mojego przyjaciela, w czym miałem nawet pewne sukcesy. Niestety, przyjaciel zaniechał samodzielnych treningów, które mu zaleciłem i zatrzymał się na etapie strzałki.

Oddychanie w wodzie trzeba ćwiczyć nieustannie, w warunkach domowych nawet w wannie. Nie zrażajcie się początkowymi niepowodzeniami, uczuciem duszenia, zachłystywaniem się wodą. Przez to wszystko trzeba przejść.

Jak komuś nie wychodzi, niech wypożyczy łódkę, kajak lub rower wodny. Ale uwaga: załóżmy kapoki. Nawet jeżeli umiemy (lub wydaje nam się, że umiemy) pływać. Umiejący pływać też toną.

13 Lip 2009

Próbowałem o pływaniu pisać w tonie lekkim i żartobliwym, a tu masz: znów tragedie, znów toną. I będą nadal tonąć niestety. To prawie tak, jak z wypadkami drogowymi; wiadomo, że będą, wiadomo, że zginą ludzie i wiadomo, że wcale tak nie musi być. Ale będzie.

I znowu jak mantrę wszyscy powtarzają: przyczyną był alkohol. No nie, nieprawda! Przyczyną było to, że jeden z drugim nieszczęśnik wlazł lub wpadł po pijaku do wody i utonął, bo nie umiał pływać, albo pływał zbyt słabo. Albo spanikował i nie potrafił nad paniką zapanować. Albo po ciemku zmylił drogę (pijacka kąpiel nocą – rozrywka wielce popularna) i pływał rozpaczliwie w kółko, aż  łyknął raz i drugi wody i nie mógł złapać tchu. Jednak co prawda, to prawda: toną przeważnie pijani, bo po pijaku tracimy nad sobą kontrolę i próbujemy wyczynów, na które w stanie trzeźwości absolutnie nas nie stać. A z wodą nie ma żartów, niepokornych szybko nauczy pokory – najczęściej z tragicznym finałem.

Pisze mój przyjaciel w komentarzu: napisz o basenach, że trzeba budować ich więcej i tam uczyć młodych pływać. Ba, gdybyż tak od każdego westchnienia na blogu czy w gazecie przybywało pływalni krytych i odkrytych, gdybyż to każdy z nas – skrybów codziennych i niedzielnych – miał taką moc sprawczą, to ja osobiście odrywałbym się od klawiatury tylko w niedziele i święta państwowe. W Olsztynie zaległości mamy wieloletnie, bo kiedyś jakiś idiota na bardzo wysokim stanowisku stwierdził, że budowanie krytych pływalni w mieście jedenastu jezior to czysty nonsens. Ta brednia poszła w świat i nawet dość normalni ludzie powtarzali: po co wam pływalnie, skoro macie jeziora? Powoli mądrzejemy i budujemy pływalnie kryte nie tylko w Olsztynie, ale też np. w Giżycku, o którym można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że cierpi na brak jezior w okolicy. Pływalnie atoli służą głównie sportowcom, chociaż – pochwalmy się – to właśnie w Olsztynie powstała koncepcja powszechnej nauki pływania w szkołach podstawowych. Z takiej właśnie pływackiej szkółki wyszły moje dzieci – i dziś jestem o nie spokojny nad wodą. Ale nawet w tych szkółkach nie uczą, ile można wypić, żeby się nie utopić. Wóda generalnie nie jest dobrym partnerem żadnego sportowego wyczynu – pamiętajmy o tym, gdy po kilku głębszych chcemy zaimponować towarzyszom biesiady skokiem na główkę lub długodystansowym motylkiem. To już lepiej wypić jeszcze po jednym.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.