10 Maj 2017

Urodziłem się jako okularnik, o czym jeszcze wówczas oczywiście nie wiedziałem, podobnie jak inni nowo narodzeni okularnicy. Nikt nie rozpoznawał we mnie okularnika, bo przecież nie miałem jeszcze przynależnego tej kaście atrybutu, czyli okularów właśnie.

 

Na rzeczony sprzęt musiałem sobie dopiero zapracować. Udało się dopiero po 11, a może  12 latach, kiedy to rozpoznano u mnie fatalną krótkowzroczność. Nie odnotowałem tego wiekopomnego zdarzenia w żadnym pamiętniku, bo za czasów mojego dzieciństwa pamiętniki służyły do wypożyczania koleżankom i kolegom, którzy wpisywali do nich mniej lub bardziej głupawe wierszyki, niekiedy ozdobione mniej lub bardziej koszmarnymi rysunkami.  Najczęściej poezja pamiętnikowa miała taki kształt:

 

Na górze róże, na dole fiołki, my się kochamy jak dwa aniołki.

 

Pomijając już żenujący poziom artystyczny tego rodzaju wypocin (chociaż zdarzały się pozytywne wyjątki), niosły one łatwą do podważenia treść. To rzekome kochanie polegało bowiem tylko na bliższej lub dalszej znajomości, niekiedy zresztą ku rozczarowaniu właściciela pamiętnika.

No więc jako okularnik nie prowadziłem pamiętnika moich traum i klęsk, zapamiętałem jednak, że bardzo  się wstydziłem mojego nowego wcielenia. Już mniej więcej po tygodniu okulary nosiłem tylko na pokaz, żeby się rodzice nie czepiali. Wychodziłem więc z domu w tych nieszczęsnych brylach alias cynglach (było tych nazw naprawdę sporo, a wszystkie obraźliwe jak nie wiem co), po kilku metrach rzeczony sprzęt ściągałem z nosa i w szkole pojawiałem się piękny jak dawniej.

Fundamentalny przełom nastąpił przed egzaminem do liceum. Jako ślepiec nie miałbym szans na odczytanie z tablicy tematów egzaminacyjnych, więc okulary wróciły na swoje miejsce na moim nosie, gdzie zostały do dziś. Ja się przez te 50 lat w ogóle nie zmieniłem, to tylko wciąż nowe modele okularów tak mnie odmieniają.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.