07 Lut 2017

Pamiętacie Henryka Panasa? To chyba pierwszy po wojnie pisarz z Olsztyna, o którym zrobiło się naprawdę głośno w całym kraju, a to za sprawą niezwykłej, chociaż dość niepokaźnej objętościowo książki „Według Judasza”. Sam autor doczekał się własnej biografii, którą spisali z trochę reporterskim, trochę z naukowym zacięciem dwaj olsztyńscy dziennikarze: Marek Książek i Janusz Soroka.

Tak się składa, że znam dobrze obu autorów, co więcej znałem też osobiście bohatera ich książki. Pan Henryk przyjaźnił się z wieloma moimi starszymi kolegami z redakcji Gazety Olsztyńskiej, szczególnie blisko był z Januszem Segietem, a to za sprawa wspólnej pasji: gry w szachy. Janusz Segiet był graczem wybitnym, wielokrotnym mistrzem województwa, pan Henryk zaś wysoko zaawansowanym amatorem. Rozgrywali swoje partyjki prawie zawsze w niewielkim pokoiku pana Janusza na końcu korytarza na 6. pietrze naszej ówczesnej redakcji przy ul. Towarowej 2. Sam siedziałem w pokoju obok, a ponieważ – bywało – miałem jakieś służbowe sprawy do Janusza Segieta, więc wpadałem co jakiś czas na Pana Henryka. Spotykałem go też przy innych okazjach, na przykład w nieoficjalnym klubie dziennikarzy w olsztyńskim Domu Środowisk Twórczych przy ul. Mickiewicza w Olsztynie.

Marek Książek i Janusz Soroka podjęli trud przedstawienia możliwie szczegółowo historii życia Henryka Panasa, poświęcając szczególnie dużo miejsca perypetiom wojennym w armii gen. Andersa. Po wojnie Henryk Panas przebywał dwa lata we Włoszech i w Anglii, po powrocie do Polski trafił jako nauczyciel do Wrocławia, potem do niewielkich Kamionek pod Giżyckiem, na koniec zaś do Olsztyna, gdzie w niejasnych okolicznościach kupił dom. Sam Panas twierdził, że dom kupił za pieniądze wygrane w Totolotka, co – jak wykazują autorzy jego biografii – budzi jednak spore wątpliwości.

Książek i Soroka zebrali naprawdę solidny materiał archiwalny, przeprowadzili też mnóstwo rozmów z ludźmi, którzy z Panasem się przyjaźnili, kolegowali lub po prostu zetknęli w życiu prywatnym i służbowym. Nie ma mowy jednak o gloryfikacji postaci Panasa, przytoczono m.in. jego dwuznaczną aktywność w początkach stanu wojennego (słynne wystąpienie w telewizji) oraz działalność w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Książek i Soroka nie brną jednak w tani dydaktyzm, nie oceniają postawy swojego bohatera, ograniczając się – moim zdaniem słusznie – do przedstawienia faktów.

Od śmierci Henryka Panasa upłynęło ponad 30 lat (zmarł 11 września 1985 roku). Miniony czas relatywizuje tło polityczne czasów, w jakich przyszło mu żyć, pozostawiając obraz Henryka Panasa – pisarza dużego formatu, którym słusznie możemy się wciąż chlubić jako „naszym” twórcą.

 

panas1

 

Okładka książki Marka Książka i Janusza Soroki, zdjęcie zrobił wybitny fotografik, przyjaciel i współpracownik Henryka Panasa Wacław Kapusto

 

Panas2

 

Osobista dedykacja od Janusza Soroki, który zaczynał karierę dziennikarską pod moim kierunkiem. Obok podpis Marka Książka, z którym też z niejednego dziennikarskiego pieca chleb jadłem.

 

01 Lut 2017

Rzecz będzie o inicjacji zimowej, bo jak wiadomo wszystko należy zaczynać na zimno. Niestety, ten swój pierwszy raz fatalnie spartaczyłem – jak wiele innych razów zresztą. A było tak.

Z naszej trójki to ja niestety byłem największym łamagą, co we wczesnym dzieciństwie przejawiało się podobno nieustającym rykiem, a później było już tylko gorzej. Płaskostopie, reumatyzm dziecięcy, wczesne okularnictwo – to kolejne etapy mojej społecznej degrengolady, prowadzącej nieuchronnie do partaczenia wszystkiego, co się tylko spartaczyć dało. Nic zatem dziwnego, że spartaczyłem – jak wszystko – także mój pierwszy raz.

Jak się zapewne już wszyscy domyślają, partactwo, o którym dzisiaj chciałbym z bólem przypomnieć, dotyczy mojej sztuki jazdy na łyżwach. Od samego początku, to znaczy od tego tytułowego pierwszego razu, wypracowałem sobie dość osobliwą technikę, opierającą się wyłącznie na próbach (nie zawsze udanych) utrzymania się na nogach podkutych łyżwami. Dla jasności: te łyżwy przypięto mi niemal siłą, nie bacząc na moje głośne protesty. „Nauczysz się” powtarzali jak mantrę moi przyjaciele (to wówczas zacząłem wątpić w szczerość ich przyjaźni). Tak czy owak łyżwy przypięto, po czym usiłowałem stanąć na lodowej tafli Jeziora Długiego, co każdorazowo kończyło się ucieczką do przodu. To znaczy łyżwy uciekały, ja zostawałem na lodzie. Przyjaciele wzięli się na sposób i we dwóch postawili mnie w pionie, którą to pozycję z najwyższym trudem utrzymywałem, ale w sposób słabo rokujący na najbliższą przyszłość. Także i na to znaleźli sposób moi prześmiewcy; jeden podtrzymywał mnie z boku, drugi zaczął pchać od tyłu. Jechałem! Po chwili na szczęście ten od pchania się zmęczył i odpuścił, dzięki czemu rymsnąłem jak długi na zbawczy lód.

Tak się skończyła moje pierwsza lekcja jazdy na łyżwach. Jak mówił nieodżałowany Kwinto: następnej razy nie było.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.