27 Paź 2016

Prawdziwy mężczyzna powinien zbudować dom, posadzić drzewo, mieć syna, a w stosownym wieku przejść zawał serca. Trele morele, okazuje się, że nawet głupiego zawału nie umiałem sobie załatwić.

Co do reszty to większość mam za sobą, jedynie z domem jakoś odkładam na później, co chyba skutkować będzie dożywotnią wegetacją w spółdzielczym mieszkanku z epoki późnego Gierka. Natomiast w kwestii zawału nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

Zaczęło się dość dziwnie: schyliłem się, kucnąłem i nagle coś zakłuło w środku, ale tak, że aż oddech odebrało. Potem trochę zelżało, ale ból pozostał.

Zawał – nie zawał. Bo jeżeli zawał, to długo nie potrwa, ale skoro trwa – to chyba jednak nie zawał.

Uspokojony tą krótką rozmową z najbliższą mi osobą (czyli z sobą samym) udałem się do codziennych obowiązków, zabierając ze sobą – acz niechętnie – swój ból.

Nazajutrz obudziłem się wciąż z bólem – ale sam fakt przebudzenia utwierdził we mnie przekonanie, niemal pewność: nie zawał. A skoro nie zawał, to nic pilnego – no i zapisałem się na wizytę u lekarza odpowiedniej specjalności za trzy dni. Dla jasności: u lekarza z opcji płatnej dodatkowym ubezpieczeniem, z takim zwykłym, „na NFZ”, chyba nie potrafiłbym się umówić. Raz próbowałem w kwestii pilnego zabiegu okulistycznego – i załatwiłem wizytę za pół roku. Z zawałem – nawet takim niepewnym jak mój – takie czekanie raczej nie wchodzi w grę.

Przychodzę więc z tym swoim bólem wciąż gniotącym mnie od środka, opowiadam panu doktorowi co i jak. Opukał, ostukał, zmierzył ciśnienie (górna granica normy), a nawet prądy w moim sercu. Nic, zdrowym. No ale boli! Jak boli – to środki przeciwbólowe.

No i co powiecie? Po trzech dniach zażywania tych środków ból minął i już – przynajmniej na razie – nie wrócił. Czuję się świetnie no i dzięki temu mogłem podjąć dalsze leczenie, bowiem – jak powszechnie wiadomo – trzeba mieć końskie zdrowie, żeby się leczyć.

Kolejne rutynowe badania odkryły z bezwzględną surowością: zdrowyś pan jak byk, przynajmniej póki co. Tylko to ciśnienie… Lepiej sprawdzić dokładnie.

Wsadzono mnie na rower, taki stojący w gabinecie, i kazano pedałować, przy czym lekarz dokręcał co jakiś czas śrubę. To tzw. próba wysiłkowa. Jak się pewnie domyślacie, próba nic nie wykazała – oprócz tego mojego końskiego zdrowia oczywiście. Nic dziwnego, że  lekarze zmartwili się już nie na żarty. Postanowili poddać mnie wymyślnym torturom, ukrytym pod niewinną nazwą holter.

To nic innego, jak poczciwy ciśnieniomierz, jakim tysiące ludzi mierzy sobie codziennie ciśnienie, od czego co prawda zdrowia nie przybywa ani trochę, ale za to powstają coraz to nowe tematy do rozmów z rodziną, sąsiadami i lekarzami oczywiście. Tenże prosty aparat połączony jest długą plastykową rurką z aparatem na baterie, który będzie nam to ciśnienie mierzył w sposób ciągły, przez całą dobę. Całość włącza się co 20 lub 30 minut z charakterystycznym warkotem – jakby odlatywał mały helikopter.

Dosyć to wszystko niewygodne, bo całą tę instalację trzeba nosić na sobie bez przerwy, co utrudnia nawet zwykłą kąpiel w wannie, że nie wspomnę o ulubionej przeze mnie codziennej kąpieli w basenie. Za to w nocy o dziwo spałem jak suseł, ale mój przenośny helikopter – chociaż schowany pod kołdra – budził swoim warkotem spoczywającą obok moją wierną w zdrowiu i chorobie małżonkę.

Wyniki będą znane za tydzień. Mocno się boję, że będą prawidłowe, co będzie się zapewne wiązało z kolejnymi badaniami i jeszcze bardziej wymyślnymi torturami.

 

18 Paź 2016

Dzisiaj będzie o tym, jak łatwo i bezboleśnie zarobić na czysto 500 złotych, przy czym nie ma to nic wspólnego z programem 500+. Tam bowiem – jak wiadomo – wcale nie dostaje się tych pięciu stów za darmo. Trzeba się przedtem solidnie napracować, chociaż w wielu przypadkach ta praca w zadziwiający sposób łączy się z przyjemnością.

W moim przypadku zaczęło się od dziwnego chrobotu w prawym przednim kole mojego czarnego jak smoła krążownika szos. Chrobot natężał się w miarę pokonywanego dystansu, ale postanowiłem jakoś dociągnąć do pracy, bo tuż przy naszej skromnej, ale gustownej siedzibie, stoi sobie równie skromny, choć nieco mniej gustowny warsztat samochodowy.

– Co z twoim kołem, przecież powietrze zupełnie zeszło – powitał mnie pan Krzysztof, jeden ze współwłaścicieli, z którymi jestem od lat zaprzyjaźniony.

– No właśnie – wydukałem z głupią miną – a ja myślałem, że łożysko może.

Chłopaki z warsztatu pokiwali głowami nad moją głupotą (nie pierwszy raz, boję się, że to kiwanie wejdzie im w nawyk) i zabrali się za wymianę koła.

– Opona już do niczego, alufelga pokrzywiona – wyliczał bezlitośnie pan Krzysztof. – Wyprostujemy tyle, ile można, oponę załatamy i założymy, ale czym prędzej trzeba kupić nową oponę, a felgę wyprostować w specjalistycznym zakładzie.

Może i jestem mało kumaty w kwestiach nowoczesnej techniki samochodowej, ale wiem tyle, że jak wymieniamy oponę w jednym kole – to musimy wymienić i w drugim. Taka symetria – ponoć nasze auta żyć bez niej nie mogą. No a dwie nowe opony – to jak nic sześć stówek (przypominam – nie żaden fiacik, ale czarny bolid wielkości średniego czołgu).

Z tą lekko skrzywioną felgą i felerną oponą pojechałem kuśtykając do domu. Nie pytajcie mnie, jak samochód może kuśtykać – mój potrafił.

W domu atoli poczułem uderzenie geniuszu. Przecież podobny przypadek miałem niecały rok temu – złapałem gumę, zmasakrowałem po swojemu oponę i wymieniłem obie. Ale ta druga była dobra – no więc została w piwnicy. Teraz będzie jak znalazł.

Wywlokłem zapomnianą oponę z piwnicy – ten sam fason i krój, pasuje idealnie. W specjalistycznym warsztacie za marną stówę wyprostowali mi felerną alufelgę, założyli nową (powiedzmy – prawie nową) oponę i mój bolid ozdrowiony pomknął w siną miejską dal.

Jak widać bardzo łatwo można zarobić pięćset złotych. Wystarczy w przypadku nagłego uderzenia geniuszu zejść do piwnicy.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.