28 Lip 2016

Do pierwszej od dawna wycieczki zagranicznej przygotowałem się jak należy. Nie tylko przejrzałem przewodniki i mapy, ale też wykosztowałem się na nową torbę turystyczną i nowiuśkie buty marki sfałszowany adidas. No i ten fałsz podczas całej wycieczki uwierał mnie mocno, nie tylko w sensie moralnym.

Otóż te nowe buty marki fałszowanej wyglądały podobnie, jak prawdziwe, ale były niestety jedynie wyrobami butopodobnymi. Odczułem to niezwykle boleśnie na własnej skórze, obrosłej rychło bąblami, otarciami, pęcherzami i odparzeniami pierwszego i drugiego stopnia.

 

Ja i Strauss II - Kopia

W tych fatalnych butach wybrałem się wówczas do Wiednia. Tu stoję sobie z Johannem Straussem synem, tyle, że on pozłacany, a ja zwyczajny, beżowy

 

To były – jak to pięknie mówią rodacy – pierwsze początki polskiego kapitalizmu. Kiedy przyszły początki drugi, a potem trzeci i czwarty, wymiotły te fatalne przywary początków pierwszych, z niewygodnymi butami na czele.  Od tej pory wygodne buty, choćby fałszowanej marki, można nabyć na każdym rogu ulicy (nie licząc ulic zakończonych rondem).

Niektórzy jednak twierdzą, że naprawdę wygodne buty trzeba sobie zamówić u szewca. Pamiętam, jak ze czterdzieści lat temu odwiedziłem mojego wuja w Warszawie, a on – oprócz nowo wydanych książek i nowo namalowanych obrazów (był z niego naprawdę wszechstronny arysta, chociaż samouk) pokazał mi nowe buty. Niczym specjalnym  się nie wyróżniały: zwykłe, w miarę eleganckie, brązowe półbuty dla pana w średnim wieku.

– Cóż w nich takiego nadzwyczajnego – ośmieliłem się zapytać.

– Pasują – odparł wuj.

Okazało się, że obstalował te buty u szewca, a za ten luksus zapłacił mniej więcej równowartość swojej miesięcznej pensji.

Od jakiegoś czasu można kupić markowe buty (nietanie, ale przecież nie za taką górę kasy), naprawdę eleganckie i wygodne. Zresztą i tak prawie cały naród chodzi w butach sportowych, nic więc dziwnego, że współczesny szewc ma coraz mniej roboty. Nie to, co dziadek mojego kolegi Wiesia, do którego biegaliśmy z każdym odklejonym obcasem w pantoflach mamy czy urwanym językiem w eleganckich butach ojca (jak każdy wie, taki język to świetny surowiec do produkcji procy). Dziadek Wiesia miał taki tik, że w rozmowie kręcił głową. Kiedy więc pytaliśmy, pokazując jakiś strzęp buta, czy da się to naprawić, dziadek kręcił głową, ale zanim zdołaliśmy wybiec z jego pachnącej terpentyną pracowni, brał nasze wspomnienie po bucie na swoje kopyto. Tu poklepał, tam wbił szydło, gdzieś coś podkleił lub przybił drewnianymi gwoździkami (są, na własne oczy widziałem) i buciki były jak nowe. I jeszcze jedno: nigdy nie widziałem, żeby dziadek Wiesia wpadł w szewską pasję, nie słyszałem też, aby klął jak szewc.

 

14 Lip 2016

Wbrew opiniom niektórych złośliwców nie jestem jeszcze w tym wieku, że mógłbym być naocznym świadkiem bitwy pod Grunwaldem. Zresztą gdybym nawet wówczas był w pobliżu, to niechybnie bym nie poprzestał na roli świadka. Jak nic chwyciłbym za miecz i pawęż.

Raz zresztą zdarzyło mi się wybrać na taką bitwę w wersji podwórkowej, którą młodzież z mojego osiedla zorganizowała w 550. rocznicę  bitwy pod Grunwaldem. Niestety okazało się, że z powodu młodego wieku, mikrego wzrostu i braku wprawy w robieniu mieczem mogłem odgrywać jedynie poniżającą rolę ludu cywilnego, oczekującego na powrót rycerzy z pola bitwy. Jak łatwo się domyśleć, ta trauma pozostała we mnie na długo i kolejne rocznice tej i innych ważnych bitew obchodziłem już tradycyjnie – w mojej kryjówce pod stołem.

Trzeba bowiem wiedzieć, że dzieckiem byłem tylko w miarę normalnym. Takie całkiem normalne dzieci bywają bowiem na ogół hałaśliwe i ruchliwe, ja natomiast we wczesnym dzieciństwie zajmowałem się głównie siedzeniem pod stołem i nierzucaniem się w oczy. Normalne dzieci latają po podwórzu z drewnianymi mieczykami i bawią się w wojnę, po czym z dumą obnoszą guzy, sińce i rany cięte, pozostające w nierozerwalnym związku z tego typu aktywnością. Ja mogłem najwyżej walnąć łbem – nadmiernie zresztą w dzieciństwie rozrośniętym – o kant lub nogę stołową podczas sięgania po kolejny tom baśni lub przygód Koziołka Matołka (uwielbiałem), a nieco później Winnetou czy innego Sokolego Oka.

Z tego chlubnego, niestety dość krótkiego, czasu mojej rycerskiej chwały pochodzi zdjęcie,  które mam w swoich archiwach.  Fotkę zrobiono dość dawno, a mistrzem obiektywu był mój najstarszy brat, który zresztą  nie tylko latał po domu i podwórzu z aparatem marki Lubitiel (lustrzanka, gdyby ktoś pytał), ale też własnoręcznie wywoływał klisze i robił odbitki za pomocą powiększalnika (marka nieznana). Wszystko to trwało w nieskończoność, powodując pewne perturbacje w życiu codziennym naszej rodziny, a to z powodu cyklicznego wyłączania z użytkowania jedynej w domu łazienki, przekształcanej za pomocą koca (łazienka z oknem  była, taki luksus) w fotograficzne laboratorium. Po tych alchemicznych doświadczeniach z pogranicza magii, po których brat wyłaniał się z ciemnych czeluści (to od tego koca) łazienki-laboratorium, zostawiał tam po sobie mokre płachty wiszących na sznurku gotowych już zdjęć oraz smród chemikaliów.

No i właśnie podczas jednej z takich sesji wyłonił się na papierze fotograficznym obraz rycerza w bojowej pozie, co prawda bez zbroi, ale za to w pełnym uzbrojeniu, z tarczą i mieczem. Niestety rycerz wygląda trochę komicznie, ponieważ spoza tej tarczy, wykonanej z dość tandetnej sklejki, wyłania się podgolony jasny łeb 8-latka, zaś komizmu dodawał ten mieczyk, wycięty niezgrabnie za pomocą piły o nazwie laubzega z resztek tej samej sklejki, która posłużyła jako materiał na puklerz. Jak łatwo się domyślić, rycerzem byłem ja sam, a zbroiłem się na okoliczność zbliżającej się okrągłej rocznicy Bitwy pod Grunwaldem. Co roku urządzaliśmy z tej okazji rycerskie pojedynki, a nawet regularne bitwy drużynowe, w których trup słał się gęsto. Tym razem miała to być wielka bitwa na sto mieczów, łuków, spis i kusz. Miałem nadzieję na udział w tych rycerskich zmaganiach, niestety – jak napisałem wyżej – nadzieje te spaliły na panewce.

W tym roku wybiorę się pod Grunwald bez oręża. Nie chcę znów przeżyć traumy odrzucenia.

 

06 Lip 2016

Niedawno wróciłem z podróży sentymentalnej na Kresy Wschodnie. Oczywiście każdy ma swoje kresy – moje to Wileńszczyzna, gdzie mój  dziad i pradziad żyli sobie – nomen omen – z dziada pradziada, aż przyszła wielka wojna i wszystko w pył obróciła.

Z tym życiem spokojnym to może trochę przesadziłem, bo o ile pradziad rzeczywiście gospodarzył jak umiał w niewielkim mająteczku w Sargunach pod Wiłkomierzem, o tyle już dziadek Franio wdawał się w różne wojenne awantury. Najpierw pod generałem Żeligowskim w 1920 roku zdobywał (lub może odzyskiwał) Wilno, a dwadzieścia parę lat później spiskował z partyzantami z wileńskiej AK, których całe rzesze przewinęły się przez skromną chałupę moich dziadków pod lasem, niedaleko stacji kolejowej Santoka na linii Warszawa – Petersburg.

 

Bujwidze kosciol

W tym koścele w Bujwidzach w 1925 roku brali ślub mój dziadek Franio z babcią Jadzią

 

Dziadek konspirował, a babcia w tym czasie gotowała ogromne gary barszczu czy kapuśniaku i żywiła tym „leśnych”. Moja mama i jej brat, jako małolaty, byli trzymani z daleka od tych niebezpiecznych konspiracji.

 

Swiatniki

 

To właśnie ten dom moich dziadków, oczywiście po wielu przeróbkach, aktualnie zresztą też w remoncie. Ten młody człowiek obok mnie jest obecnie właścicielem. Być może jest moim dalekim kuzynem, bo jego matka, z którą właśnie rozmawiam przez telefon,  jest z domu Lipińska – tak jak moja mama

 

Do tej chałupy z partyzancką przeszłością jeszcze wrócę, na razie jestem w Wilnie i rozmyślam nad fenomenem tego niezwykłego miasta. Jakie właściwie jest Wilno? Geograficznie i politycznie oczywiście litewskie – tak zdecydowała współczesna historia tych ziem. Nasza tradycja historyczna i literacka odpowie: oczywiście polskie! Tu przecież mieszkał i studiował Adam Mickiewicz (Litwini powiedzą przekornie: Adomas Mickievicius).

No ale z drugiej strony tenże Mickiewicz pisał w swoim arcydziele: Litwo, ojczyzno moja… Ba, ale za czasów Mickiewicza Litwę zamieszkiwali mniej więcej po równo Polacy i Litwini, narody połączone wielowiekową unią w Rzeczpospolitą Obojga Narodów, z domieszką jeszcze kilku innych nacji. Więc Mickiewicz pisząc swoją Inwokację myślał tak naprawdę o Polsce.

 

Mickiewicz wie3zienie 1

Zrekonstruowana „Cela Konrada”, w rzeczywistości cela, w której więziono młodego Mickiewicza znajdowała się w budynku obok, gdzie obecnie jest hotel

 

Podobnie przecież później poeci opiewali piękno na ten przykład Mazowsza, Podhala czy Pomorza. Wszak to wszystko „to Polska właśnie”, cytując wielkiego Stanisława Wyspiańskiego.

Na pewno nie jest Wilno rosyjskie, chociaż cała Litwa przez ładnych kilkadziesiąt lat stanowiła część Związku Radzieckiego. Tomas Venclowa, litewski poeta, eseista, publicysta, wykładowca w amerykańskich uniwersytetach, przyjaciel Czesława Miłosza (wspólnie napisali pamiętny Dialog o Wilnie), pisze w swoim eseju Opisać Wilno, że nie sposób jasno określić przynależność kulturową tego miasta. On sam, Litwin przecież, przyznaje, że w całych dziejach Wilna przeważały na przemian żywioły litewskie i polskie.

Dla mnie Wilno jest przede wszystkim miejscem sentymentalnie bliskim, chociaż jako miasto – tu będę bluźniercą poniekąd – wcale mi się nie podoba. Zbyt dużo w nim chaosu, zbyt wiele widocznych zaniedbań. Ale wystarczy wejść do skromnego muzeum Adama Mickiewicza przy zaułku Bernardyńskim (Bernardinų g. 11), urządzonego w dawnym mieszkaniu lekarza Jana Życkiego, aby zanurzyć się w początki polskiego Romantyzmu.

 

Muzeum Mickiewicza

 

Niewielkie Muzeum Adama Mickiewicza przy Uniwersytecie Wileńskim

 

Tu student Uniwersytetu Wileńskiego Adam Mickiewicz podnajmował przez kilka miesięcy 1822 roku jeden pokój, tu pisał poemat Grażyna, tu napisał także zbiór Ballady i romanse, który powszechnie uważa się za literacki początek polskiego Romantyzmu.

A co z tymi moimi sentymentami? Podobnie jak zapewne połowa mieszkańców Warmii i Mazur, mam w Wilnie i okolicach miejsca związane z przeszłością mojej rodziny, czyli – jak to się poetycko mówi – z moimi korzeniami. W niewielkich Świątnikach w parafii Bujwidze urodziła się moja śp. mama, w Sargunach pod Wiłkomierzem mieli majątek moi pradziadowie Jagiełłowiczowie (a więc być może wywodzący się z rodu króla Jagiełły). W rodzinnej wsi mojej mamy kilka rodzin nosi jej panieńskie nazwisko: Lipiński. Jeden z Lipińskich był moim przewodnikiem po polach i zabudowaniach, należących niegdyś do mojego dziadka.  Z pewnością wrócę tu, aby głębiej pokopać w poszukiwaniu tych rodzinnych korzeni. Wrócę też do dalszego ciągu tych rozważań, które ułożą się zapewne w sentymentalno-rodzinny pamiętnik.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.