19 Maj 2016

Od kiedy niejaki Izaak Newton odkrył i sformułował powszechne prawo ciążenia, waga rzeczy materialnych jest – zdawałoby się – dość łatwo mierzalna. Nic bardziej mylnego.

Od jakiegoś czasu jestem – warto się pochwalić nową specjalnością – wybitnym znawcą wag i ważenia. Studiów w tym zakresie co prawda nie ukończyłem, ale zdobyłem całkiem niemałą praktykę, a ta – jak wiadomo – w życiu ważniejsza jest od najlepszych nawet uniwersytetów.

Praktykowanie rozpocząłem całkiem niewinnie w pewnym przybytku, nazwanym – jak na urągowisko – centrum zdrowia i urody. Ja i uroda! Co do tego elementu nie mam najmniejszych złudzeń, ale zdrowie, zdawało mi się, całkiem, całkiem, zwłaszcza biorąc pod uwagę wiek mocno zaawansowany i zaniedbania rażące na odcinku diety i aktywności fizycznej. Tymczasem cóż pokazuje nam cudowne urządzenie, które waży nie tylko kilogramy żywej wagi, ale też nasycenie tłuszczem, wodą, minerałami, muskulaturę i coś tam jeszcze? Ano pokazuje, żem okazem zaniedbań i zaniechań, raczej ruina niż okaz rześkości i zdrowia.

Biorę się więc za siebie, co objawia się przede wszystkim zakupem podobnie zdrowotnej wagi, tyle że w wersji domowej. Zmierzy mi w zaciszu własnej łazienki te wszystkie zawartości, o których wyżej. Niestety, waga zmierzyła raz, a potem przestała. Pokazywała samą masę całości, bez analizy i rozkładu na czynniki pierwsze.

„To pewnie dlatego, że kupiłem tani model” – pomyślałem z lekką pogardą dla własnego skąpstwa, po czym zamówiłem nową wagę, tym razem produkt renomowanej firmy zagranicznej, mniej więcej dwukrotnie droższą, ale jeszcze mieszczącą się cenowo w moich dość ograniczonych niestety  możliwościach finansowych. Kiedy już kupiłem tę drugą zorientowałem się, że ta pierwsza wcale nie jest zepsuta, tylko wymaga odpowiedniej postawy ważonego pajaca, czyli mnie. Trzeba otóż stopami dotykać metalowych fragmentów, pod którymi kryją się elektrody – ja zaś wyczyniałem przedziwne łamańce, żeby broń Boże tych właśnie blach nie dotknąć, bo zimne były.

Mam teraz dwie wagi super-hiper i trzecią zwykłą. Żeby było ciekawiej, każda pokazuje co innego, zaś jeszcze co innego odczytujemy na wadze we wspomnianym centrum zdrowia i urody. Na wszelki wypadek zrezygnowałem na razie z wizyt w tym centrum, ale nadal mam do rozstrzygnięcia wcale niebagatelny dylemat: którą z tych domowych wag wybrać. Której uwierzyć? To pytanie – nomen omen – najwyższej wagi.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.