29 Kwi 2016

Ostatni przyszpiliła mnie telefonicznie wierna czytelniczka pani Irena L. i zażądała: napisz pan wreszcie, jak obiecałeś, o tym stole z powyłamywanymi nogami! Temat zresztą na czasie, bo to przecież czas majówek, czas spotkań, także przy stole.

Dobra, sami chcieliście, ale żeby zacząć, muszę ponownie wrócić do motywu mocno ostatnio zgranego: mojego osobistego ślubu mianowicie. Ślub jak ślub, każdy kto przeżył wie mniej więcej, jak to wszystko wygląda: śliczna panna młoda, kwiaty, obrączki, przysięgi, buzi, buzi i można wreszcie oddać się przyjemnościom, czyli hulankom i swawolom.

U nas impreza weselna odbyła się w skromnych warunkach wynajmowanego dwupokojowego mieszkanka, dość skromnie umeblowanego, za to z aż dwoma stołami. Niestety były to bardzo modne wówczas i diabelsko niewygodne tzw. ławy, przy czym jedna ława była rozkładana i dość wysoka, druga zaś nieduża i niska, z cienkimi przykręcanymi nóżkami. Przy jednej goście nijak by się nie zmieścili, a kiedy się jedną ławę przystawiło do drugiej, wyglądały bardziej jak schody niż jak połączone stoły biesiadne.

Od czego jednak powszechnie znana w świecie polska pomysłowość. Wypatrzyłem otóż w garażu moich teściów piękny, kwadratowy kawał drewna o długości niespełna metra. Policzyłem, że jeżeli potnę go na cztery kawałki, każdy będzie miał wysokość ok. 20 centymetrów – akurat tyle, ile wynosiła różnica poziomów między tymi nieszczęsnymi stołami.

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Przy pomocy ręcznej piły i teścia pociąłem kloc na cztery klocki, po czym w jeden z końców każdego klocka wbiłem długi gwóźdź z obciętym łebkiem. Już kumacie? Wystarczyło drugi koniec gwoździa wbić w nogi tego niższego stołu, co skutecznie przedłużało – cóż, że niezbyt trwale – ich długość. Teraz po zestawieniu obu stołów otrzymałem piękną powierzchnię biesiadną. Przykryta gustownym obrusem i bogato zastawiona jadłem i napitkami prezentowała się jak należy. Bieda w tym, że gdy jeden z biesiadników nieopatrznie oparł się o tę moją misterną konstrukcję, spowodował niezwykle głęboki przechył, powodujący niekontrolowanie zsuwanie się naczyń, w tym tych niedużych, ale jakże ważnych dla podtrzymania dobrego nastroju. Zniszczenia były jednak na szczęście nieduże, a po mojej reprymendzie ani ten, ani żaden inny z biesiadników już nie dotykał mojego podkutego klockami stołu, dzięki czemu dalsza część przyjęcia przebiegła w przyjemniej, niezmąconej żadnymi ekscesami atmosferze.

 

 

20160418_105107

 

Oto szczęśliwa para młoda, czyli my po 30 latach od tamtej pamiętnej uczty przy stole z poprzybijanymi nogami. Jubileuszowy tort stoi na solidnym stole redakcyjnym.

 

2

 

 A to sam tort – te jubileuszowe świeczki zdmuchnęliśmy wspólnie w domu.

27 Kwi 2016

Strach do sklepu wyjść po prostu. Kupuję chleb czy jakiś tam twarożek, a ekspedientka do mnie: dawno pan bloga nie aktualizował! Czytelnik osoba święta, więc czas na nowości, tym bardziej, że nazbierało się trochę.

Kwiecień to u mnie miesiąc rocznic; służowo i prywatnie. Najpierw trzeba było ogarnąć jubileusz Gazety Olsztyńskiej, mojej drugiej matki, do której zaprowadził mnie w swoim czasie mój pierwszy (i jedyny) ojciec. A ponieważ wszelkie przykazania ludzkie i boskie powiadają, że rodziców trzeba szanować i kochać jak siebie samego, więc zostałem w tej gazecie na dłużej.

Jakże słuszna to była decyzja; trochę posiedziałem, trochę się pokręciłem, trochę pochodziłem tu i tam – no i wychodziłem sobie małżonkę osobistą jak najbardziej. Tak się składa, że małżeńska nasza klamka zapadła w kwietniu, dokładnie 2 dni po setnej rocznicy wydania pierwszego numeru Gazety Olsztyńskiej, mojej drugiej – jako się rzekło – matki i w ogóle rodziny. Od tamtej pory ja i Gazeta obchodzimy niemal jednocześnie dwie rocznice: prywatną i służbową. Tę prywatną też poniekąd służbowo, bo ostatnio jubileuszowy tort kroiliśmy w obecności i wśród wiwatów przyjaciół z Gazety. I nam, i im trochę się to wszystko mieszało, bo przecież dwa dni wcześniej też kroiliśmy i pochłanialiśmy tort, tyle że trochę większy i wobec nieporównanie większej liczby świadków, którzy rychło zmienili swój status na konsumentów. Tamten miał wypisaną zielonym kremem liczbę 130, nasz na czekoladowo tylko skromne 30, co w przypadku małżeństwa oznacza rocznicę… no zgadnijcie jaką. Nie srebrną, nie złotą, ale perłową – o czym sam nie miałem pojęcia. Na rocznicę Gazety nie starczyło już drogich kamieni, dlatego nie sposób nazwać ją jednym słowem.

 

1986.04.16 order

To zdjęcie sprzed 30 lat z małym kawałkiem. Z okazji 100-lecia wydania pierwszego numeru Gazety Olsztyńskiej niektórym z nas przypinano ordery. Załapałem się na jeden. Na zdjęciu jestem z moją dobrą koleżanką, nieżyjącą już niestety Ludmiłą Kamińską-Bartochą, która otrzymała identyczne wyróżnienie.

 

Wspomnienia, ech wspomnienia. Wspominaliśmy sobie w gronie długoletnich pracowników to stulecie Gazety no i nagle pojawiło się pytanie: gdzie była impreza jubileuszowa – bo że była, to nikt nie miał wątpliwości. No i co powiecie? Każdy pamięta inaczej, a ja wcale nie pamiętam. Nie z tych powodów, o których myślicie pewnie z życzliwym lub złośliwym uśmieszkiem. Nie, ja po prostu nie byłem na tej imprezie, no bo miałem własną, ślubną, zwaną swojsko weselem. Może mniej szumną, ale za to dwudniową, bo część rodziny z jakichś tam powodów nie dojechała na czas. Bohaterem wieczoru był nie pan młody, nawet nie pani młoda; bohaterem był stół z powyłamywanymi nogami. O tym jednak już w następnym odcinku.

 

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.