18 Mar 2016

Kiedy niemal dokładnie 50 lat temu odbył się premierowy pokaz Faraona w reżyserii Jerzego Kawalerowicza, byłem uczniem Alma Mater pierwszego stopnia, czyli szkoły podstawowej na willowych peryferiach Olsztyna.

Tamże gromadziła się w celach naukowych rozmaita zbieranina dzieciaków w krótkich i długich spodniach, a także rajtuzach i pończochach, których wówczas nie obejmowała jeszcze dyskryminacja płciowa.

 

ja w ponczochach

To właśnie ja (pierwszy z lewej) w pończochach, który to szczegół garderoby powodował mój wstyd dziecięcy nieutulony. Te młode typki obok to moi bracia Przemysław i Krzysztof

 

Cała ta populacja, podskakująca, wiercąca się, biegająca, wrzeszcząca wniebogłosy i generalnie dość nieznośna, była co prawda żywym i barwnym, ale jednak tylko tłem dla nas, szkolnej arystokracji. Miałem bowiem to szczęście (a może nieszczęście – do dziś nie mogę się zdecydować), że znalazłem się w eksperymentalnej grupie uczniów, objętych wprowadzaną właśnie reformą oświaty. Reforma polegała na tym, że musieliśmy o rok dłużej pobierać nauki w podstawówce, aby już dojrzalsi i mądrzejsi awansować (jak się uda) do liceum ogólnokształcącego. Będąc w klasie ósmej mieliśmy zatem już przeważnie po 15 lat, co nie bez słuszności uznawaliśmy za wiek prawie dojrzały.

Podobnie rozumowały nasze nieocenione nauczycielki, co wyrażało się w próbach zapoznania nas z poważnymi sprawami dorosłych ludzi. Taką poważną sprawą był właśnie wchodzący na ekrany Faraon, będący przedmiotem dumy narodowej już choćby z uwagi na oscarową nominację. Postanowiono otóż, że całą klasą pójdziemy na seans do niezapomnianego, dawno nieistniejącego kina Polonia.

 

7 klasa

A to moja klasa z podstawówki, to zdjęcie z czasów, gdy byliśmy w klasie siódmej, ale tuż przed wakacjami, więc prawie już ósmoklasiści. Ten niewyraźny łeb w kółku – to chyba ja (sam nie jestem pewny), obok mnie moi przyjaciele do dzisiaj: z mojej lewej strony Krzysiek, z prawej – Wiesiek. Czwarta od prawej siedzi (też chyba) nasza pani dyrektor, ta która była wzywana na dywanik w sprawie Faraona

 

Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie nieodpowiedzialność niejakiej Brylskiej Barbary, aktorki zresztą, która pokazywała na ekranie trochę więcej, niż tylko powabną szyję i ramiona. No i te właśnie – nieliczne skądinąd – sceny z eksponowanymi wdziękami wspomnianej Barbary B. były powodem, dla którego na dywaniku w bardzo ważnym gabinecie stanęła nasza dystyngowana, nieocenionych walorów umysłu i charakteru dyrektorka szkoły. Żadnego kina ostatecznie nie było, a oglądanie wdzięków Barbary B. musieliśmy odłożyć – teoretycznie przynajmniej – o rok (film był od lat 16).

 

brylska

 

A to właśnie Barbara Brylska w stroju niedbałym. W filmie ta niedbałość ma charakter postępujący (źródło: http://www.filmweb.pl)

 

Nie muszę chyba dodawać, że te represje, jakim poddano naszą dyrektorkę, nie zniechęciły nas, a raczej wprost przeciwnie, do rychłego (czyli poniekąd przedwczesnego) zapoznania się z epickim obrazem starożytnego Egiptu oraz – niejako przy okazji – studiowania niektórych fragmentów aktorki Brylskiej Barbary.

09 Mar 2016

Bardzo, no naprawdę bardzo Państwa przepraszam, ale dzisiaj niestety będzie na temat. Czyli całkiem inaczej, niż zazwyczaj, do czego przywykli moi nieliczni, ale za to wierni czytelnicy.

U mnie bowiem jest na ogół tak, że piszę nie tylko nie na temat i od rzeczy, ale nawet wprost przeciwnie, zatem prawie nigdy nie wiadomo, o co chodzi – a nie chodzi o pieniądze bynajmniej.
Tym razem więc krótko i na temat: Dzień Kobiet, czyli nasze narodowe opętanie, lekko tylko łagodzone przez politykę i wydarzenia sportowe. Ponieważ jak wiadomo w polityce nic się nie dzieje, a w sporcie ciekawe jest właściwie tylko to, że nasz junior ze Szczytna Konrad Bukowiecki leje mistrza dwóch olimpiad Tomasza Majewskiego w pchnięciu kulą, więc święto panieńskie – o, pardon – święto pań jest raczej nie do pobicia.

Osobiście nie angażuję się zbytnio w tradycyjne świętowanie, a to dlatego głównie, że napoje tradycyjnie występujące w naszej kulturze jako dominujące przy tego typu okazjach dawno już wyparłem ze swojej diety nie tylko codziennej, ale nawet odświętnej. Umówmy się zresztą tak po męsku: dlaczego niby ja mam kochać i uwielbiać panie bliskie memu sercu (a nawet dalekie – bo tradycja wszak obejmuje cały naród deklinacji żeńskiej) akurat 8 marca, a nie – dajmy na to – 23 lipca? Dlaczego mam kupować i roznosić kwiatki marki goździk (zwane niekiedy przez rodaków bezpretensjonalnie „gwoździkami”) w wersji bezgłówkowej dokładnie w 68. dniu tego roku, a nie – dajmy na to – w 168? Słucham, o co chodzi? O tę wersję bezgłówkową? No jak to, nie znacie? Przecież jeszcze do niedawna każdy normalny facet kupował swojej drugiej połowie już rano goździk wybranego koloru, po czym świętował Dzień Kobiet w różnych trudnych okolicznościach przyrody. Gdy po ciężkim dniu w końcu trafiał pod rodzinną strzechę, piękny, pachnący kwiatek zamieniał się w lekko wyschniętą łodyżkę – główka kwiatka odpadła w drodze z pracy do pubu, gdzie z kolegami trzeba było przecież strzelić piwko „za zdrowie pań”.

Proszę się nie obrażać, drodzy panowie, to przecież takie moje żarty tylko, jak zwykle niezbyt udane. Świąteczne celebry z okazji Dnia Kobiet są całkiem przyjemne i do rzeczy, chociaż raczej przestrzegałbym na przyszłość przed zakupem wzmiankowanych goździków. Nigdy nie wiadomo, czy nie trafimy na wersję bezgłówkową.

 

A to mój bezpretensjonalny, całkiem prywatny upominek na Dzień Kobiet, czyli kwiatek dla Ewy. Nie muszę chyba dodawać, że ta Ewa – to moja niezastąpiona, od 30 lat wciąż ta sama piękniejsza i lepsza druga połowa.

1

 

Moja Ewa uwielbia i kolekcjonuje storczyki, czyli orchidee. Do kolekcji brakowało już tylko takiej z żółtymi kwiatkami. No wiec pojechałem, kupiłem i postawiłem jako dodatek do codziennego śniadania.

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.