25 Wrz 2015

Lato kojarzyło mi się w tym roku raczej z ciężką harówą, związaną z generalnym remontem mieszkania, niż z atrakcjami typowej letniej kanikuły. Udało mi się jednak wyrwać na chwilę w Bieszczady, gdzie pełną piersią oddychałem górskim powietrzem.

No i od tego oddychania, a może z przemęczenia wynikłego z łażenia po niskich – ale jednak – górach naszły mnie takie oto refleksje.

W góry, w góry miły bracie… Przypomniałem sobie to proste, ale jakże kultowe zawołanie, zaczerpnięte z tytułu książki znanego popularyzatora przyrody Bohdana Dyakowskiego. Z tymże zawołaniem udałem się w blisko 800-kilometrową podróż w Bieszczady (z przystankiem w Krakowie) w konfiguracji 1+2+2, czyli z dwoma synami i dwoma wnukami. Moja nieoceniona druga połowa, o której – bywa – wspominam niekiedy na tych łamach, została na straży domowego ogniska, kota i licznych spraw służbowych.

Bieszczady nie są może tak imponujące, jak na ten przykład Alpy czy choćby Tatry, ale to akurat okoliczność jak najbardziej mi sprzyjająca, bowiem ma się już swoje lata i skakanie po różnych tam Giewontach czy nie daj Boże Rysach to już raczej nie dla mnie. A taka na ten przykład Połonina Wetlińska (1228 m n.p.m. przy schronisku) – jak najbardziej, chociaż też były trudne chwile.

 

To właśnie Połonina Wetlińska, na fotce jestem z synem Markiem i wnukami Mikołajem (stoi tyłem) i Wiktorem

Polonina Wetlinska

 

Sam sobie wydałem się wręcz bohaterem, ale tylko do czasu, kiedy na szlaku spotkałem matkę z dzieckiem w wieku mniej więcej 6 miesięcy, umieszczonym w nosidełku, a obok wspinające się pozostałe dzieci w wieku od 4 do 7 lat. Przestałem się zatem dziwić, że własne wnuki wyprzedzały mnie na każdym podejściu kiedy chciały i jak chciały. Ech, młodość…

Kolejne zdziwienie czekało mnie w Ustrzykach Górnych, które – nie wiedzieć dlaczego – wyobrażałem sobie jako spore miasteczko, tętniące życiem codziennym i turystycznym. Tymczasem Ustrzyki G. (są też Dolne – znacznie większe i bardziej przystające do moich wyobrażeń) to w gruncie rzeczy skrzyżowanie dróg i szlaków pieszych, prowadzących w różne, przepiękne skądinąd, zakątki wspomnianych Bieszczadów. Wszystko.

Przed sklepem w Ustrzykach Górnych, prawie nic więcej tam nie ma

IMG_20150826_160645

 

Dlatego też na miejsce zakwaterowania wybraliśmy całkiem sporą – zwłaszcza w porównaniu do wspomnianych Ustrzyków G. – wieś Wetlina. Pamiętacie te klimaty ze starej piosenki Trubadurów? „Woła mnie, woła mnie jesienią, wiatr od Połonin, od Wetliny…”. Grywało się w młodości na rosyjskiej siedmiostrunowej gitarze.

Tak śpiewali o mojej Wetlinie Trubadurzy, druga piosenka na tej płycie

 

 Zrobiliśmy sobie fotkę przed naszą kwaterą w górnej części wioski, nawet adres widać. Stoję z synami Markiem (ten wyższy) i Krzysztofem oraz wnukiem Wiktorem. Wnuk Mikołaj robi zdjęcie

IMG_20150825_154712

 

Mnóstwo innych konotacji z tymi Bieszczadami, bo to przecież i Edward Stachura, i film Ogniomistrz Kaleń z niezapomnianą rolą Wiesława Gołasa, i Marek Hłasko ze swoją Bazą Sokołowską, zaadaptowaną na mocny, męski film Baza Ludzi Umarłych. No i mój ulubiony Mieczysław Orłowicz, którego na Warmii i Mazurach znamy i cenimy za jego jeszcze przedwojenny Ilustrowany przewodnik po Mazurach Pruskich i Warmii.

No i właśnie w tych Bieszczadach dopadł mnie niespodziewany koniec lata, zupełnie jak w znanym tekście Jeremiego Przybory z Kabaretu Starszych Panów. Ale to już zupełnie inna historia.

Nie mogłem się oprzeć – znalazłem dla Was nagranie fragmentu Kabaretu Starszych Panów z odcinka zatytułowanego Niespodziewany koniec lata

23 Wrz 2015

Pierwszego kota sprowadziłem do domu osobiście, ratując nieszczęsne, na wpół skostniałe na mrozie zwierzę przed niechybną śmiercią. Odchowałem toto, wyleczyłem, wysterylizowałem – no i kot z wdzięczności prysnął przez otwarte drzwi balkonowe i tyle go widzieliśmy.

Niespecjalnie za bydlęciem tęskniłem, ale moje bardzo nieletnie wówczas dzieci odebrały ucieczkę kota jako osobistą tragedię, co wyrażały szlochem nieustającym. Wynalazłem więc skądś następnego nieszczęśnika, czarnego jak smoła, który okazał się być kocią damą po przejściach. Wzmiankowane przejścia miała najwyraźniej z kocimi dżentelmenami, którzy porzucili damę, gdy okazało się, że zaszła w ciążę. Ciąża okazała się – jak to u kotów – ciążą mnogą, w tym przypadku pięciokocią. To jak dla mnie zdecydowanie za dużo, podjąłem zatem uwieńczone sukcesem starania o przekazanie kocich niemowlaków w – jak to się mówi – dobre ręce.

Kiedy już pozbyłem się wszystkich kociąt, znów odezwał się we mnie duch humanitaryzmu (ciekawe, jak to się nazywa w odniesieniu do kotów) i przygarnąłem jakiegoś wyleniałego, zmarzniętego dachowca, pomiaukującego cichutko pod drzwiami. Wkrótce potem moja niezaprzeczalnych zalet małżonka, będąc w zmowie i w porozumieniu z własną matką, a moją teściową, kupiła na wystawie i przytargała do domu piękną rasową kotkę w charakterze prezentu dla mojej nieletniej wówczas córki. Wiadomo, do czego zdolne są teściowe, ale żeby własna żona…

IMG_0145

Długi czas miałem w domu taką parkę, zajmowały się głównie spaniem

Wszystko to już odległa historia, dwa starsze koty odeszły do kociego raju (mam nadzieję), ale ta rasowa pozostała z nami na dobre i złe. Wczoraj była na operacji w kociej klinice, a my się martwimy, czy aby choróbsko zostanie wycięte jak należy i nasza piękna, kochana Ruda (takie ma imię, mało wyszukane, przyznacie) będzie mruczała na kanapie jak dawniej. Klan kociarzy to naprawdę dziwni ludzie.

ruda po operacji

To właśnie nasz Ruda po operacji, przy okazji pani weterynarz obcięła jej mocno skołtunioną sierść

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.