16 Lip 2015

Jechali z Warszawy dość długo, bo trzeba było uważać na bezcenny sprzęt: nowoczesny radiotelefon z własnym zasilaniem akumulatorowym. Takie cuda miało tylko wojsko no i oni. Wielkie to jak spora walizka, ciężkie jak nieszczęście – no bo ten akumulator. Ot taki poprzednik współczesnej komórki.

Był lipiec 1960 roku, zbliżała się 550. rocznica Bitwy pod Grunwaldem, Czerkawscy jechali z Warszawy, aby w pobliżu Pól Grunwaldzkich organizować polową redakcję Polskiej Agencji Prasowej. On był kierownikiem tej eskapady i przez całą drogę pokrzykiwał na żonę za kierownicą, żeby była ostrożna i uważała. Przytrzymywał tę gigantyczną radiostację, żeby nic się jej broń Boże nie stało, bo to przecież sprzęt firmowy czyli państwowy, przy tym wręcz bezcenny. No i od tego przytrzymywania i przytulania się do skrzynki porobiły mu się dziury w spodniach, bo kwas z akumulatora trochę się jednak rozpryskiwał, kiedy samochód podskakiwał na warmińsko-mazurskich wybojach.

W tych dziurawych portkach zobaczył swojego szefa mój ojciec, podówczas młody dziennikarz PAP, oddelegowany z kilkoma kolegami na miesiąc pod Grunwald z zadaniem codziennego relacjonowania przygotowań do jubileuszowych uroczystości grunwaldzkich i oczywiście samej uroczystości 15 lipca. W skład ekipy, która zajęła całe piętro budynku gminnych władz, wchodzili też kierowcy służbowych aut i kilka teletypistek, obsługujących dalekopisy, takie ówczesne machiny do łączności ze światem w dobie przedinternetowej.

Podczas całego ich pobytu – a więc cały miesiąc – lało jak z cebra, co znacząco utrudniało wykonywanie codziennych obowiązków dziennikarskich. Mimo to relacje płynęły w Polskę, ba – w cały świat! Okrągła rocznica grunwaldzka była wydarzeniem o skali co najmniej europejskiej.

Kilka dni przed rocznicą przyjechał na Pola Grunwaldzkie Aleksander Zawadzki, wówczas przewodniczący Rady Państwa, druga osoba w kraju po Władysławie Gomułce. Z tym dygnitarzem, skądinąd sympatycznym, zwyczajnym facetem mój ojciec spożywał śniadanie dosłownie na trawie.

A same uroczystości – sami rozumiecie. Towarzysz Gomułka wygłosił długie, płomienne przemówienie, które później panie teletypistki pracowicie przepisały i wysłały w świat.

Mojemu 90-letniemu ojcu rocznica grunwaldzka do dziś kojarzy się z dziurawymi spodniami kolegi Czerkawskiego.

 

01 Lip 2015

Powiedz mi co czytasz, a powiem ci, kim jesteś. Ja chyba jestem jednak trudnym przypadkiem, bo czasem czytam dość – nomen omen – przypadkowo.

Z lekkim zachwytem połknąłem na przykład obie wydane dotychczas książki mojej przyjaciółki Wioletty Sawickiej i czekam na trzecią, obiecaną bodaj na wrzesień. To literatura rodzinno-obyczajowa, reprezentowana m.in. przez słynną serię „Nad rozlewiskiem”. To się wręcz połyka, bo lekkie, łatwe i przyjemne.

dedykacja

To właśnie jedna z tych książek z bezcenną dedykacją autorki

 

Nie można tego powiedzieć natomiast o innym moim znajomym Mariuszu Sieniewiczu, nad którego „Walizkami hipochondryka” ślęczałem ze trzy wieczory, a może nawet kawałek czwartego. Jako żywo przypomniały mi się – z zachowaniem proporcji – lektury „Lotu nad kukułczym gniazdem” czy późniejszego „Obłędu” Jerzego Krzysztonia. Z zachowaniem proporcji, powtarzam. Mariusz nie jest Kenem Kesey`em (to ten od „Lotu…”) ani też Jerzym Krzysztoniem, co w tym drugim przypadku jest raczej zaletą. „Walizki” polecam nie tylko ze względu na znajomość z Mariuszem

No i po tych wszystkich powiewach współczesnej świeżości wróciłem do starego, poczciwego Prusa, którego – informuję na wszelki wypadek – nie znałem osobiście niestety. Ten Prus nawinął mi się pod rękę, kiedy przenosiłem domową bibliotekę do wynajętego mieszkania, aby własne przygotować do generalnego remontu. Wrogom nie życzę – ani remontu, ani targania tych cholernych książek. Wcale się nie dziwię wielu rodakom, którzy zamiast opasłych, zakurzonych tomów trzymają na półkach kryształy, wazoniki i figurki górala z napisem „Pamiątka z Tatr”. Tak samo nieprzydatne – ale łatwiej przenieść lub wynieść w razie – nie daj boże – remontu.

Sami zobaczcie, jak to wygląda

P1020402

To część mojego księgozbioru, przeniesiona do mieszkania przyjaciół

Wracając jednak do tego Prusa; mam samych nowel trzy tomiszcza, nie licząc tych wszystkich Lalek, Faraonów czy Emancypantek. Ba, Prus furda, ale jakże smaczna przedmowa do całości pióra samej Marii Dąbrowskiej. Kto dziś czyta wstępy do dzieł literackich? Ja czytam, ale pewnie jestem jakimś marginesem czytelniczym. Zresztą na margines (co prawda w dobrym towarzystwie) spycha mnie już sam fakt czytania książek.

Ciężka to lektura; jak wynosiłem to wszystko z domu, mało mi kręgosłup nie trzasnął. Wniosek więc prosty: czytajcie klasykę, ale nie wyrzucajcie jej z domu, bo to wielce szkodliwe dla zdrowia.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.