27 Maj 2015

Dzień Matki to dla mnie już niestety tylko wspomnienia. Kto chce, niech czyta, będzie trochę nostalgicznie, ale też trochę zabawnie.

Najdawniejsze zapamiętane wspomnienie z mamą: idziemy razem alejką w podgórskim uzdrowisku, mama w kwiecistej sukience, ja pięcioletni w odświętnym białym ubranku. Mama trzyma mnie za rękę, ale w pewnej chwili wyrywam się i biegnę przed siebie, bo ta moja dziecięca energia tak mnie rozpiera. Rozpiera, ale nie pilnuje dobrze, bo po chwili potykam się i ryję twarzą w parkową alejkę, a że akurat było świeżo po deszczu, moje odświętne białe ubranko zamieniło się w nieodświętne, czarne, wilgotne szmaty. Takie raczej do wyrzucenia, niż do odprania.

Te moje wyjazdy z mamą do wód były dość częste; szczególnie nawiedzaliśmy przepiękne skądinąd uzdrowiska Kotliny Jeleniogórskiej: Polanicę, Duszniki, Jedlinę – wszystkie z dodatkiem „Zdrój” w nazwie. Stąd zresztą blisko mieliśmy do Wałbrzycha, a ściślej do Szczawna (też Zdrój, a jakże), gdzie mieszkali moi dziadkowie – rodzice ojca. No więc wyprawa na wczasy łacno mogła zamienić się w wyjazd rodzinny lub na odwrót. Bywało nawet tak, że jechaliśmy całą rodziną na wczasy, po czym tą samą ekipą nawiedzaliśmy dziadków. Wyobrażacie sobie? Dwoje dorosłych plus trójka wisusów w niewielkim dwupokojowym mieszkanku. Jakoś się jednak mieściliśmy, a dziadkowie nigdy nie dali nam odczuć, że to jakikolwiek problem.

Z tego samego i trochę późniejszego okresu pamiętam mamę w moim domu rodzinnym przy ul. Morskiej w Olsztynie w willowym osiedlu Nad Jeziorem Długim. Mama gra na pianinie – a mieliśmy takie zabytkowe pianino, pięknie zdobione, ale bez jednej nogi. O tej nodze stale się mówiło, że trzeba dorobić, ale nigdy jakoś się nie udało. Zapewne przerastało to skromne możliwości finansowe naszej rodziny, bo przecież pianino zabytkowe, więc nogę trzeba by dorobić artystycznie w stylu epoki – a to zapewne kosztowałoby majątek.

No więc na tym beznogim pianinie mama wygrywała najróżniejsze melodie, w tym wspaniałe polonezy i etiudy Chopina czy niezapomniany Marsz turecki Mozarta – bo przecież mama nie była jakimś tam domorosłym grajkiem, tylko kształconym muzykiem po szkole. Marzyła też o jakiejkolwiek karierze muzycznej któregoś z nas – jej trzech synów, tego jednak akurat marzenia spełnić nie mogliśmy, już to z braku talentu, już to z lenistwa i braku cierpliwości do żmudnych ćwiczeń. Pod koniec życia doznała jednak i tej pociechy: moja córka, a więc jej wnuczka pokończyła muzyczne szkoły i rozpoczęła karierę – nie solową co prawda, ale w różnych chórach i zespołach kameralnych, z Chórem Katedry Wawelskiej na czele.

Kiedy odwiedzałem mamę pod koniec życia w jej mieszkaniu, zdarzało się, że już przed progiem witały mnie dźwięki Marsza tureckiego. Po tym, jak grała rozpoznawałem, w jakiej jest formie. Jeżeli w tempie i dynamicznie – dobry znak, wszystko w porządku. Jeżeli powoli, kulejąc, gubiąc niektóre dźwięki – oho, mama nie w formie, słabuje.

Potem siadaliśmy – ona na kanapie, ja w fotelu, piliśmy herbatę lub – czasami – po szklaneczce piwa (mama dopiero pod koniec życia odkryła jego smak, generalnie w ogóle nie piła alkoholu) i po prostu byliśmy razem. W ten sposób jakby odprowadzałem Ją powoli w Jej ostatnią podróż.

Potem już nawet grać przestała, była coraz słabsza, a palce coraz częściej nie chciały słuchać muzycznych wskazówek, zakodowanych w głowie. Została więc tylko ta herbatka…

Szczęśliwi ci, dla których Dzień Matki to święto żywe.

26 Maj 2015

W moim wieku ludzie tak mają, że wszystko im się kojarzy z wszystkim. Mnie na przykład maj kojarzy się z maturą, jak zresztą prawie wszystkim z wyjątkiem niepoprawnych nieuków.

A skoro matura – to moja ukochana stara buda, czyli sławne LO im. Adama Mickiewicza w Olsztynie. A skoro liceum, to oczywiście poezja, którą tam zaraziła nas niezapomniana i niepowtarzalna prof. Natalia Żarska. A skoro poezja – to i poeci, których całkiem sporo poznałem w swoim dość długim już życiu. A skoro poeci – to grom z jasnego nieba: nie żyje mój przyjaciel Józef Jacek Rojek.

IMG_0598

 To właśnie Jacek Rojek w maju 2012 roku, po koncercie poświęconym pamięci Zbyszka Rojka. Koncert był też okazją do promocji książki Jacka i Zbyszka Rojków (nie byli rodziną) „Kto się boi braci Rojek”, poświęconej olsztyńskim satyrykom. Jacek właśnie wpisuje mi dedykację.

Maj toczy się dalej, jakby wcale nie zauważył odejścia Jacka. I pewnie potoczy bez zawahań dalej, aby przekazać pałeczkę czerwcowi.

A w czerwcu znów powrót do mojego liceum – i to dosłownie. Obchodzimy mianowicie jego 70-lecie w powojennej historii Olsztyna. Będą spotkania w auli pod słynnym obrazem Heinricha Gärtnera Ifigenia w Taurydzie (o którym całkiem niedawno wspominałem przy innej okazji), a także w podgrupach, czyli w klasach. Ciekawe, ilu nas się pojawi na tym niezwykłym spotkaniu. Kiedy dawno temu organizowałem zjazd koleżeński z okazji 25-lecia matury, moja klasa zjawiła się prawie w komplecie. Przyjechali nawet koledzy mieszkający w USA czy Kanadzie, o sąsiedzkich Niemczech nie wspominając. No więc teraz dawny kolega z klasy Paweł pyta mnie – jak wtedy – kto będzie na jubileuszu. Widocznie jakoś tak zapamiętał, że jak zjazd koleżeński to Adam (czyli ja) wie wszystko. Nie wiem niestety, ja w każdym razie na pewno będę. Nie będzie już natomiast większości naszych dawnych nauczycieli. Odeszli profesorowie Natalia Żarska, Eugenia Bogdan, Teresa Siecian, Maria Mirecka, Zenon Firgolski, a także niepodrabialny dyrektor Antoni Wiśniewski, zwany przez nas pieszczotliwie Łysym i jego zastępczyni Wanda Kaczkowska. Nieśmiało marzymy, że przyjedzie z Holandii nasza ukochana wychowawczyni Krystyna Hrynkiewicz, o której zawsze mówiliśmy per Krysia; nie przez brak szacunku bynajmniej, lecz z sympatii wielkiej i odwzajemnianej. Była na spotkaniu z okazji 25-lecia, była na naszym 30-leciu, chyba nie zawiedzie nas i teraz.

 12

To pamiątkowe zdjęcie ze spotkania z okazji 30-lecia matury, nasza kochana Krysia stoi pierwsza z prawej, delikatnie obejmuje ją dobrotliwy olbrzym Ludwik – dzisiaj Wojewódzki Lekarz Weterynarii w Olsztynie.

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.