30 Mar 2015

Bez fałszywego wstydu, ale i bez równie fałszywej skromności wyznać muszę, że zapleczem kulinarnym naszego zaskakująco długotrwałego stadła zajmuję się osobiście jak najbardziej, co wynika przede wszystkim z rażących dysproporcji w obciążeniu obowiązkami zawodowymi.

Jako emeryt pracujący poniekąd na pół gwizdka mam zdecydowanie więcej czasu, niż druga, o ileż lepsza połowa naszego stadła, pracująca od rana do nocy bez żadnej przesady. Czas ten wykorzystuję m.in. na miotanie się po kuchni, brząkanie garami i przypalanie różnych rzeczy, z czego czasami – o dziwo – kluje się coś nadającego się od biedy do zjedzenia. Moja zapracowana i niewybrzydzająca małżonka chwali atoli te moje dokonania; osobliwie lubuje się przy tym w późnonocnych kolacjach, polegających na szybkim chapnięciu tego, co się akurat nawinie w lodówce i okolicach.

Któregoś dnia ukończywszy wieczorne porządki w kuchni postanowiłem jeszcze ugotować kaszę gryczaną na dzień następny. Będzie się pięknie komponowała z przygotowanym wcześniej gulaszem wołowym w sosie chlebowym (próbowaliście? Polecam).

Kasza gotowa, lodówka w miarę pełna, wybija 23:00, a moja niezastąpiona i niepodrabialna żona już po powrocie, nie tylko przebrana i wyluzowana, ale i głodna trochę, co rzadko jej się zdarza przed 23:00 właśnie.

– Kochanie, może coś ci podgrzeję – ofiarowuję swoje usługi.

– Sama coś tam chapnę – wygłasza nieodmienną od lat formułę i pędzi do kuchni aż furkoczą poły gustownego szlafroka frotte w kolorze różowym.

Po chwili wraca z miseczką pełną jakiejś dziwnej brei i zaczyna zajadać.

– Dziwny jakiś ten rosół – krzywi się lekko, ale nie przestaje wiosłować w miseczce.

– A skąd wzięłaś rosół? – dopytuję z niepokojem, bo jako żywo żadnego rosołu nie mieszałem ani nie przypalałem.

– No jak to skąd, trochę makaronu stało w lodówce w tej misce, gorący rosół stał na kuchence. Tylko jakiś dziwny…

Moja nadzwyczajnych zalet lepsza połowa, buszując w półmroku (to jej znak rozpoznawczy) po kuchni, uznała, że jeszcze gorąca, lekko brązowa woda, w której gotowałem kaszę gryczaną – to rosół. Zalała tym kiszoną kapustę (może i wyglądała jak makaron nitki), którą trzymałem w szklanej miseczce w lodówce.

Przy tak pozytywnym nastawieniu konsumenta do posiłków nawet ja mogę uchodzić za niezłego kucharza.

 

06 Mar 2015

Kanał – każdy wie, ale ta słitfocia? Młodszym tłumaczyć nie trzeba, ale już na ten przykład mój ojciec (pozdrowienia) czy nawet starszy brat (uściski) mogą się nieco pogubić.

Wyjaśniam zatem: słitfocia to odmiana selfie, czyli takie zdjęcie, strzelone samemu sobie aparatem fotograficznym (najlepiej byle jakim) lub komórką z ręki. Na zdjęciu mogą być też inne osoby, a nawet obiekty architektury zabytkowej i współczesnej też. A dlaczego słit? Od angielskiego słówka „sweet”, czyli słodka.

To tyle definicja encyklopedyczna (?), zatem do rzeczy. Słitfocia modna ostatnio jest szalenie, a to z uwagi na powszechną dostępność i możliwość błyskawicznego pochwalenia się zdjątkiem w Internecie. No ale czy to jeszcze jest sztuka zwana fotografią? Nie podejmuję się rozstrzygać.

Te słitfocie przyszły mi na myśl w związku z informacją o konkursie fotograficznym na zdjęcia z Kanału Elbląskiego. A z kolei ten konkurs ma bezpośredni związek z planowanym w nadchodzącym sezonie otwarciem Kanału Elbląskiego dla turystów. Naprawdę, wszyscy będziemy – z przeproszeniem – wpuszczeni w ten kanał, będziemy mogli pływać z Ostródy do Elbląga i z powrotem, a także robić skoki w bok różnymi odnogami. Co więcej, wszyscy możemy być współtwórcami wielkiej wystawy fotograficznej ze zdjęciami Kanału. Temu właśnie ma służyć wspomniany konkurs.

Osobiście mam do Kanału Elbląskiego stosunek ciepły i sentymentalny. Zdarzyło mi się z dwadzieścia lat temu przepłynąć całą trasę, co jest wyzwaniem dla naprawdę wytrwałych (taki rejs trwa ponad 11 godzin), ale też bywałem oczywiście na i przy kanale wielekroć wcześniej i później. Nie byłem jedyny; w dobrych czasach po kanale pływało 50 – 60 tysięcy osób rocznie. Jestem więc dziwnie spokojny o efekty wspomnianego konkursu, ogłoszonego przez Stowarzyszenie Miłośników Kanału Elbląskiego NAVICULA. Niech każdy z turystów, podziwiających uroki żeglugi po kanale, prześle tylko jedno zdjęcie. Ekspozycję fotograficzną w gotowej już i przygotowywanej do otwarcia Izbie Historii Kanału Elbląskiego będzie można wymieniać codziennie przez ładnych kilkanaście lat. Właśnie odgrzebałem kilka własnych słitfoci; może i ja mam szansę na nagrody, których spory zestaw obiecują organizatorzy.

A oto niektóre wspomniane foty.

rejs

Prawie rok temu, w kwietniu 2014 roku, oddano do użytku po remoncie śluzę Ostróda. Z tej okazji odbyliśmy krótki promocyjny rejs z Ostródy z Jeziora Drwęckiego przez tę śluzę na jezioro Pauzeńskie i z powrotem. Ten pan w ciemnych okularach na pierwszym planie to starosta powiatu ostródzkiego Włodzimierz Brodziuk.

rejs2

Prezes Żeglugi Ostródzko-Elbląskiej Jarosław Barczuk (stoi pierwszy z lewej) w rozmowie z kapitanem statku Ostróda Tadeuszem Soboczyńskim i burmistrzem Ostródy Czesławem Najmowiczem

rejs3

Odnowione wnętrze statku

rejs4

Starosta powiatu ostródzkiego Włodzimierz Brodziuk (w okularach) pomaga ustawić trap

rejs6

Kapitan Tadeusz Soboczyński na stanowisku, czyli w sterówce statku Ostróda

rejs5

Wypływamy ze śluzy, wrota otwierają się powoli, aby poziom wody w śluzie podnosił się stopniowo

rejs7

Jezioro Pauzeńskie

rejs8

Pamiętkowe zdjęcie po zejściu ze statku. Pierwszy z lewej kapitan Tadeusz Soboczyński.

A tu filmik ilustrujący wyjście statku ze śluzy

:

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.