26 Lut 2015

Pamiętam czasy, kiedy Olsztyn kończył się w miejscu, gdzie obecnie stoi gmach Izby Skarbowej. Dziś mało kto pewnie wie, że miejsce to miało swoją nazwę: Anielska Górka.

Wówczas chodziło się tam nie z zeznaniami podatkowymi, ale z kankami na mleko. Stało tam nieźle prosperujące gospodarstwo rolne, w którym można było kupić mleko prosto od krowy i jajka prosto od kury. To znaczy tak przypuszczam; sam nigdy nie sprawdziłem, bo mama posyłała mnie po mleko do sąsiadów na ulicy Morskiej, gdzie mieszkaliśmy i gdzie było całkiem sporo bydła i nierogacizny, o drobiu nie wspominając.

Gdzie Morska, a gdzie Anielska Górka? To wówczas przeciwległe krańce Olsztyna. Mimo to zadziwiająco często odwiedzałem okolice wspomnianego gospodarstwa, ale nie w celach aprowizacyjnych, lecz naukowych raczej. W pobliskiej Szkole Podstawowej nr 8 (obecnie Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy przy al. Piłsudskiego) mieściło się Państwowe Ognisko Muzyczne, w którym pobierałem lekcje gry na fortepianie. Ze skutkiem raczej żałosnym. Co prawda potrafię jeszcze zagrać gamę C-dur (i niektóre inne) oraz trójdźwięk toniczny tejże, ale już repertuar utworów na ewentualny popis (chociaż nie sądzę, aby ktoś mnie do takich popisów zmuszał) zawęził się drastycznie do jednego tylko prościutkiego utworu pod niebanalnym tytułem „Kukułeczka kuka”.

Mimo wszystko czas poświęcony nauce gry na fortepianie nie uważam za stracony. Przecież gdybym pobierał lekcje na ten przykład w domu lub w mojej „rodzinnej” Szkole Podstawowej nr 7 przy Alei Przyjaciół, z pewnością nie poznałbym wówczas tych odległych rejonów mojego miasta, a tym samym nie mógłbym dzisiaj pisać tak wiarygodnych wspomnień. Na przykład o krowach, które pasły się wdzięcznie na łące tuż przed wzmiankowaną szkołą, a którym przyglądałem się z niegasnącą ciekawością z okien, za nic mając upływający czas, w założeniu przeznaczony na lekcje muzyki. No więc w pewnym sensie to te krowy są winne temu, że moje postępy w nauce były tak mizerne, przez co – chwała Bogu – nie zostałem drugim Krystianem Zimermanem.

Te dość wyblakłe, ale wciąż niegasnące wspomnienia z dzieciństwa naszły mnie jakoś w związku z reaktywowanymi planami zabudowy ostatniego wolnego placu w tej części miasta – skweru przed Planetarium. A jakiż to związek ma nowoczesny Centaurus z tymi moimi krowami, kurami i fortepianem? Właściwie żaden, ale miło powspominać w nowych i nowoczesnych okolicznościach przyrody.

 

12 Lut 2015

Kilka razy na łamach mojej rodzimej Gazety Olsztyńskiej prostestowałem przeciwko protestom: zarówno tym górniczym, jak i tym rolniczym. Do mojej krytycznej oceny rolniczych protestów, toczących się w naszej słynącej z rolnictwa ojczyźnie wszak nie od dzisiaj i nie od wczoraj (pamiętacie zboże sypane na tory?) dołączył ostatnio były premier Włodzimierz Cimoszewicz i była wiceminister rolnictwa prof. Katarzyna Duczkowska-Małysz.

 

Raczej nie sądzę, aby wyżej wymienieni niegdysiejsi dygnitarze czytali moje wypociny, publikowane życzliwie przez Gazetę Olsztyńską, atoli ich oceny i wnioski są zdumiewająco zbieżne z moimi. Żaden to oczywiście dowód na ich słuszność, ale dobre towarzystwo jest nie do pogardzenia.

Premier Cimoszewicz szczególnie mocno zżyma się na pomysł wybicia pogłowia dzików w Województwie Podlaskim, natomiast pani wiceminister główny nacisk kładzie na gigantyczne dopłaty, jakie budżet państwa corocznie – według niej w nadmiarze i na oślep – kieruje do rolników.

Wczoraj rano odbyłem na ten temat poważną debatę w poważnym gronie rodzinnym. No i wymyśliliśmy sposób na ratunek.

Założenia są takie: mamy w ojczyźnie naszej od cholery jabłek, których sprzedać nie sposób. Z drugiej strony jabłkiem nietrudno skusić stworzenie wszelakie, co jasno wykazał pewien wąż w czasach bardzo zamierzchłych. No więc skoro – nomen omen – Adam się skusił, to tym bardziej skusi się niezbyt rozgarnięty, ale za to wiecznie nienażarty dzik.

Trzeba zatem zbudować ogólnokrajowy system, zajmujący się rozwożeniem i rozsypywaniem tych niesprzedanych, marnujących się jabłek w okolicach pól uprawnych, nawiedzanych przez dziki. Kiedy pręgowane leśne świnie wyruszą na żer, szukając kartofli czy buraków – zagrodzi im drogę wał usypany z pysznych polskich jabłek. Taki dzik musiałby chyba być zupełnie pozbawiony rozumu i węchu, żeby nie skorzystać, tym bardziej, że po te ziemniaki musiałby się nachodzić i naryć, a tu pyszne witaminki pchają się prosto do ryja.

Nasz pomysł (ściślej – mojego ojca, oddajmy mu sprawiedliwość) wymaga oczywiście dopracowania, ale od czegóż sztaby fachowców w różnych ministerstwach, agencjach, o organizacjach rolniczych nie wspominając. Te ostatnie póki co zajęte są oczywiście sprawą najważniejszą – to znaczy pilnowaniem, żeby blokada Warszawy była trwała i skuteczna, ale kiedy już pękną rolnicze kordony wokół stolicy, może warto od razu skierować zgromadzone tam ciągniki po te jabłka. W ten sposób unikną pustego przebiegu, co być może będzie początkiem nowego gospodarskiego spojrzenia na rolnicze problemy.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.