19 Lis 2014

Nowiuśki samochód, jakim od jakiegoś czasu pomyka ulicami Olsztyna moja nieocenionych walorów i zasług małżonka (wiem, jeżeli własna, to powinno być „żona”, ale czyż „małżonka” nie brzmi dumnie?) ma równie wiele zalet, co jego właścicielka, atoli wyposażony został w opony tylko do jazdy letniej.

Zapytałem nieśmiało o te zimowe w salonie, ale odpowiedziano mi, że tak dobrze nie ma i wzmiankowane zimówki mogę sobie kupić – w promocji , a jakże. 650 za sztukę.

Podziękowałem uprzejmie i zacząłem buszować po Internecie. Mam! Piękne nowe opony w naprawdę przystępnej cenie. Zamawiam.

Wypełniam jakieś formularze, ale muszę cofnąć, bo zapomniałem zaznaczyć opcję „4 sztuki”. Cofam, zaznaczam gdzie trzeba, przechodzę do płatności – ki diabeł? Chcą mnie obciążyć za sztuk pięć. Te cztery, które zamawiam plus ta jedna, którą omyłkowo zacząłem kupować wcześniej. Anuluję oczywiście całą transakcję, wypełniam formularz starannie jeszcze raz, próbuję zapłacić… Tak, zgadliście! Tym razem system obciążył mnie za 9 opon!. Te cztery, które zamówiłem, plus tamte pięć, które anulowałem.

Nie chcę! Anuluję! Jeszcze raz. Tym razem cofam się do prapoczątku, to znaczy jeszcze raz wybieram sprzedawcę i wypełniam formularz. W systemie widzę tamten poprzedni wybór – 9 cholernych opon – ale udaję, że nie widzę. O dziwo udaje mi się zapłacić za cztery.

Drrryń! Dzwoni sprzedawca opon.

­- Ile pan tych opon w końcu zamówił, bo u mnie to wygląda, jakby pan kupował cały magazyn?

– Sorki, wiem, namieszałem, potrzebuję tylko cztery, ale wie pan, jak pierwszy raz wybrałem to system mnie zmylił, musiałem cofnąć i …

– Dobra, już wiem – nie pozwolił mi dokończyć, chociaż byłem dopiero w połowie wywodu. – Wysyłam cztery.

W ten sam sposób kupiłem felgi do nowiuśkiego, pięknego autka mojej małżonki. Tym razem udało mi się zamówić aż 12!

Nie chcę Was zanudzić, ale z tymi felgami było jeszcze śmieszniej. Znalazłem takie, jakie chciałem, po czym znaną już metodą schrzaniłem opłatę. Cofnąłem, wypełniłem formularze – ale okazało się, że nie mogę kupić, bo towaru zabrakło. A zabrakło dlatego, że system policzył jako zakupione te, które błędnie zamówiłem. No więc sam sobie podkupiłem felgi, których już nie było.

Zmęłłem w ustach dość szpetne przekleństwo, po czym znalazłem innego dostawcę i kupiłem cztery porządne felgi już bez wpadek i trudności. Do tego pierwszego zadzwoniłem, próbując mu mętnie i chyba bez powodzenia wytłumaczyć moje problemy. Pewnie uznał mnie za wariata albo hochsztaplera.

Dalszy ciąg jest niestety taki, że dostałem ostrzeżenie od portalu, na którym znalazłem te cholerne felgi, których nie kupiłem. Ten sprzedawca, u którego zamówiłem, ale nie kupiłem, bo już felg nie było, mocno się zdenerwował i poskarżył się na mnie jako na niesolidnego klienta. Specjalnie mu się nie dziwię; sam się zastanawiam, czy aby na pewno jestem sprawny na umyśle.

 

09 Lis 2014

Jako człek postępowy i nowoczesny przelewy bankowe wykonuję oczywiście w internetowym serwisie transakcyjnym w jednym z banków internetowych, z którym związałem się mniej więcej 10 lat temu.

Mam tam aż cztery rachunki, w tym jeden podstawowy, którym posługuję się na co dzień. Trzy pozostałe służą mi do celów doraźnych, na jednym na przykład trzymam stale kwotę mniej więcej 100 zł, bo tyle płacę w ratach za ubezpieczenie komunikacyjne, którą to płatność firma ubezpieczeniowa pobiera sobie sama.

Ostatnio bank dokonał całkowitego przemodelowania serwisu transakcyjnego, w którym teraz pełno kolorowych obrazków, wodotrysków i innych cudownych funkcji, ale przelać parę groszy nie da się niestety tak łatwo. Okazało się bowiem, że akurat ten rachunek ze 100-złotową zawartością ustawił mi się jako konto domyślne do wykonywania wszystkich przelewów. Jak łatwo się domyśleć, czasami muszę przelewać kwotę wielokrotnie wyższą. Próbuję przelać z innego konta – tego, na które wpływają moje dochody – nic z tego. Jak bym nie kręcił, jak nie kombinował, zawsze do przelewów chętne jest tylko to nieszczęsne 100-złotowe subkonto. Nie pomogły długotrwałe, wyczerpujące konsultacje z paniami i panami konsultantami z bankowej infolinii, którzy próbowali mi pomóc, podsuwając mnóstwo dobrych rad.

Teraz żeby wysłać komuś jakąkolwiek kwotę muszę najpierw wykonać tzw. przelew własny, czyli przelać kasę z mojego konta głównego na to, które bankowi z nieznanych przyczyn bardziej się podoba i dopiero stąd już bez przeszkód wysyłać moje pieniądze w świat.

Jedyna pociecha, że moje pieniądze są całkowicie bezpieczne, nikt ich nie ruszy – nawet ja sam.

 

Ta historia ma jednak niespodziewany ciąg dalszy. Otóż w desperacji ostatecznej postanowiłem wysmażyć list (elektroniczny rzecz jasna) do banku, w którym zamierzałem precyzyjnie, ale nie bez złośliwości, wypunktować wszystkie słabe strony tego nowego, kolorowego serwisu z wodotryskami. Byłem już na ukończeniu, żółć pięknie się złociła w moich wywodach, atoli raz jeszcze zajrzałem na swoje konto, aby zaczerpnąć pożywki dla jeszcze kilku mocnych argumentów. Patrzę – i oczom nie wierzę. Na moje rachunki mogę się ponownie logować w starym systemie, do któregom przywykł i w którym wszystkie operacje można przeprowadzić w dowolnej chwili z dowolnego rachunku.

 

Prawdopodobnie bank miał dość mojego marudzenia i wielogodzinnych debat z konsultantami. „Szkoda czasu i atłasu” – pomyślał sobie zapewne jakiś menedżer w centrali i kazał uruchomić stary system specjalnie dla tego pieniacza Bartnikowskiego.

Troje moich dzieci ma konta w tym samym banku. Sprawdziłem; żadne z nich nie ma już dostępu do starego serwisu – a ja mam. Można?!

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.