22 Paź 2014

Dawno nie pisałem tu o moim samochodzie, który jest dla mnie jak dobry przyjaciel. Ale jak wiecie, przyjaciele też mają swoje kaprysy – i wtedy nie ma zmiłuj. Trzeba delikatnie, łagodnie, żeby broń boże nie urazić. No więc z tym moim przyjacielem na czterech kółkach miałem takie oto przygody.

Zaczęło się parę tygodni temu w pracy. Mój kolega Bartek przyleciał aż z parteru na moje drugie piętro z pilnym komunikatem:

– Adam, twój samochód mruga.

Lecę na parking za budynkiem firmy, Bartek za mną, dobiegamy – nic nie mruga. Patrzę na Bartka podejrzliwie, bo może kawał mi taki wyciął, ale ten zaklina się, że światła mrugały jak szalone.

Wracamy do pracy, po jakimś czasie telefon. To Bartek.

– Znowu mruga, nagrałem na komórkę, sam zobacz.

Lecę na parking, samochód oczywiście stoi spokojnie, ale Bartek mnie dogania i pokazuje filmik na komórce. Na filmie auto mruga.

Uścisnąwszy Bartka ręce w podzięce jadę do warsztatu, który mam dosłownie dwa kroki od firmy. Chłopaki potrzymali dzień, noc i kawałek następnego dnia – nic nie znaleźli. Mruganie zaczyna się powtarzać coraz częściej.

Po kilku dniach umówiłem się do firmowego serwisu, gdzie – wiem to w ciemno – zapłacę jak za zboże za jedno spojrzenie elektryka. No ale może to będzie spojrzenie, które leczy…

W serwisie samochód postał dobę, znaleziono jakąś zaśniedziałą końcówkę jakiegoś kabelka –jakoby to przez tę śniedź tak mrugał. Podobno przez całą noc stał u nich na parkingu nie mrugnąwszy ani jednym światełkiem.

Zabuliłem jak za zboże(tu akurat bez niespodzianek) i pojechałem uradowany do domu, gdzie zabrałem się za dawno obiecaną żonie sałatkę śledziową z cebulką i ziemniaczkami. Kończyłem właśnie kroić cebulę, kiedy moje auto zamrugało do mnie z parkingu wszystkimi światełkami alarmowymi. Na to jego mruganie nie pomaga już teraz nawet wyłączenie alarmu (u mnie zresztą alarm jest bezgłośny – tylko tym mruganiem cholernym się objawia). Trzeba pójść do samochodu, otworzyć drzwi i zamknąć je ponownie – oczywiście już bez użycia pilota. Ba, ale jak próbowałem zamknąć zwyczajnie, kluczykiem, to się okazało, żę kluczyk nie mieści się w zamku, chociaż kiedyś się mieścił.

Dało mi to trochę do myślenia, ale nieuwieńczonego wnioskami końcowymi. Przez jakiś czas w ogóle zrezygnowałem z zamykania samochodu, słusznie rozumując, że nawet jak ktoś wejdzie do środka, to i tak nie uruchomi silnika – bo strzegą go różne tam blokady, immobilaisery czy jakoś tak. No więc najwyżej naświni mi w środku ten niedoszły złodziej i sobie pójdzie szukać łatwiejszego łupu.

Aż któregoś dnia Michał, facet,  który wie wszystko w kwestii elektroniki, komputerów i samochodów, chociaż jest „tylko” po studiach dziennikarskich (ale też po Technikum Elektronicznym) posłuchał w pracy mojego biadolenia i zawyrokował:

– To w zamku coś się dzieje. Spróbuj włożyć kluczyk i zamknąć, naciskając jednocześnie przycisk zamykania na pilocie.

Zrobiłem jak kazał, chociaż oczywiście kluczyk nie chciał się obrócić. Widocznie jednak wystarczyła sama jego obecność w tej dziurce. Od tamtej pory samochód nie mruga, mogę go spokojnie zamykać i otwierać pilotem. Z tego szczęścia dostałem takiego rozpędu, że wymieniłem najpierw reflektory, a potem wycieraczki (zafundowałem sobie oryginalne wycieraczki firmy Bosch, a co!).

W ten sposób umoczyłem w samochód wszystkie moje zaskórniaki, a nawet trochę więcej. No ale czego się nie robi dla przyjaciół?

05 Paź 2014

Pamiętacie tę przypowieść o Żydzie, który zamieszkał z kozą? Tak mu poradził mędrzec, któremu nieszczęśnik skarżył się na ciasne mieszkanie.

Po pół roku piekła w mieszkaniu z żoną, dzieciakami, teściową i kozą na dokładkę, mędrzec kazał Żydowi sprzedać kozę. I nagle w mieszkaniu zrobiło się przestronnie, czysto i przyjemnie.

U mnie wszystko jakoś samo poszło, bez mądrych porad mędrców. A zaczęło się od tego, że dziecko me najmłodsze po uwieńczonych sukcesem studiach przybyło do domu rodzinnego na wakacje. Nie samo; w towarzystwie narzeczonej (czyli przyszłej synowej) i trzech psów.

2piesow piec

Najpierw psów było pięć – to foty z kwietnia

 

3js i piesy

A to ja z tą gromadką – tylko cztery pozowały do zdjęcia, w lewym dolnym rogu widać łapę piątego

Całe to towarzystwo zamieszkało sobie wspólnie i zgodnie z rodzicami (to znaczy ze mną i małżonką moją przezacną i przeuroczą), tudzież teściową (małżonki mamusią zalet zgoła różnistych) oraz kotką marki ruda (dla znawców pers+angora).

14ruda na szafce

To właśnie Ruda – tu czeka na psy (chyba)

Dom mój został dokładnie w tej samej chwili najweselszym lokalem w całej okolicy, a to z uwagi na znane powszechnie antagonizmy na linii pies vs kot, które to antagonizmy usiłowaliśmy wszyscy przekuć w przyjaźń szczerą i dozgonną. Co też – nie uwierzycie – po jakimś czasie się udało, ale to z kolei skutkowało codzienną kilkukrotną galopadą dwunastołapego potwora (czyli wszystkich trzech psów naraz) w kierunku kotki, a po jej obwąchaniu (trzy nosy solidarnie jak jeden nos) takimż powrotem na łono kanapy w salonie. Nawiasem dodam – świeżo zakupionej, do tego w kolorze białym niestety.

12w fotelu

Fotele też są w kolorze białym – dla mnie nie ma tu miejsca

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że my oboje z małżonką (zalet niesłychanych, o czym już zdaje się wspominałem) zakochaliśmy się bez pamięci w tym dwunastołapym, trójnosym potworze, który właśnie opuścił nas na dłużej i po dalekiej podróży wylądował w rodzinnym Krakowie. Został nam się jeno kot, nie licząc teściowej (zalet różnistych – ale to już też podkreślałem)

W tym smutku i tęsknocie nieukojonej zastanawiamy się nad zakupem kozy.

1male

To maluchy jeszcze w stadium niemowlęcym prawie – odwiedziliśmy je w Krakowie

 

5male w kojcu

A tu nieco starsze – już w Olsztynie

 

9diament

Senior psiego rodu – Diament, trochę zmęczony

 

4na spacerze

Czasami trzeba wyjść z nimi na spacer – przed naszym blokiem w Olsztynie

10P1000284

A tu cała piątka odpoczywa po spacerze na kanapie w pokoju mojego syna

 

13zmeczona ruda

A Ruda wciąż odpoczywa

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.