16 Maj 2014

Automatyczne zmywarki do naczyń to wynalazek stosunkowo nowy, znacznie późniejszy, niż na przykład automatyczne pralki. Te ostatnie uważam za sprzęt absolutnie niezbędny, w odróżnieniu od zmywarek.

Mimo wszystko zmywarka – chociaż doskonale się bez niej obywam – zagościła w mojej głowie dosyć już dawno jako obiekt pożądania. Wciąż niespełnionego niestety.

Pierwsze niespełnienie miało aspekt materialny po prostu. Zakup tego cuda lat temu powiedzmy dziesięć to była inwestycja mocno dotkliwa dla przeciętnej – a więc i mojej – kieszeni. Plany zakupu zatem nawet nie powstały, kończyło się na gadaniu i rysowaniu strategii na mglistą, odległą przyszłość.

Z czasem atoli postęp techniczny nieuchronnie odciskał się na kosztach nowoczesnych technologii, co powodowało relatywne obniżanie cen różnych cudów techniki, jako to telewizorów, pralek, lodówek i zmywarek automatycznych właśnie. No więc co, kupujemy?!

No i dopiero się zaczęło. W tak zwanym międzyczasie nasze dorosłe dzieci pojechały studiować na najlepszym (podobno) uniwersytecie w kraju, co skutkowało m.in. wyrazistym zmniejszeniem liczby zanieczyszczanych w moim domu talerzy, szklanek, kubków oraz sztućców wszelakich. Zmywanie naczyń stało się tym samym czynnością stosunkowo prostą i szybką. Trzeba tu koniecznie dodać wyjaśnienie, że biegłość w zakresie dokładnego i szybkiego zmywania nabyłem we wczesnym dzieciństwie razem ze sztuką błyskawicznego obierania ziemniaków, które to umiejętności – na równi ze zdobytym wykształceniem uniwersyteckim – przydają mi się po dziś dzień. Zatem po co ta zmywarka?

Wreszcie kolejna kwestia, póki co decydująca; zainstalowanie rzeczonej zmywarki w mojej przyciasnej kuchence wymagałoby radykalnej przebudowy tejże, to znaczy usunięcia dwóch szafek, przeniesienia kuchenki gazowej (a może i zlewu), dopasowania nowego blatu itd., a taki ruch w kuchni bez wątpienia wpłynąłby ujemnie na całokształt życia domowego i zdrowie psychiczne każdego z członków mojej okrojonej – to prawda – ale wciąż zwartej w uczuciach rodziny. Nie mówiąc o kocie, który taką rewolucję w kuchni, związaną najpewniej z przemieszczeniem jego licznych misek i miseczek, zapewne kontestowałby w postaci strajku głodowego.

13 Maj 2014

Przeszło rok temu w mojej spółdzielni wymieniono wszystkie liczniki na supernowoczesne. Koniec z wyczekiwaniem na komisje, które odczytają i spiszą stan moich wodomierzy, koniec wizyt faceta z latarką, czołgającego się po podłodze w mojej toalecie i przeklinającego tego idiotę, który tak nisko liczniki umieścił.

Początkowo się bardzo ucieszyłem, bo okazało sie, że liczniki w mojej łazience pracują w kratkę: czasem liczą, a czasem im się nie chce – no i w tak zwanym bilansie ogólnym byłem chyba na plus, bo jeden z nich pokazał zero.

Nowoczesna elektronika od razu tę anomalię namierzyła i przyjechał majster.  Był uśmiechnięty i życzliwie nastawiony.

– No to ma pan w prezencie tę wodę za ten miesiąc  – powiedział rozpromieniony, jakby przyniósł mi tę wodę w paczce owiniętej kolorową wstążką z kokardką.

– Ale pewnie później mi jakiś domiar dołożą, że się nie pozbieram – wyraziłem umiarkowany pesymizm.

– No co pan, jaki domiar, nikt nic nie ma prawa doliczyć, ale teraz już uwaga: licznik rusza!

Zarechotał życzliwie, spakował klucze i sobie poszedł.

No i rzeczywiście. Niektóre liczniki ruszyły jak szalone do przodu, inne jakby bardziej dystyngowanie, ale jednak też na plus, a jeszcze inne (cztery mam, jakby się ktoś pytał) to szły do przodu, to zastygały w bezruchu. Nie wiedziałem, co o tym sądzić, ale finansowo wychodziłem mniej więcej na swoje, bo te superszybkie liczniki wyraźnie przesadzały z mierzonymi hektolitrami, ale za to te powolne (i jeden nieruchomy przez czas jakiś) wyraźnie zaniżały moje przepływy w wannach, umywalkach, zlewach i spłuczkach. No więc bilans był mniej więcej na zero.

Przyszedł atoli czas zapłaty! Kolejny rachunek za wodę, a w nim całkowicie nowa pozycja: RYCZAŁT AWARYJNY. Ni mniej ni więcej tylko 30 metrów sześciennych gorącej wody mi doliczono z sufitu, co kosztuje mnie dodatkowo coś ponad 820 złotych

Pokazuję ten mój niesłychany rachunek w spółdzielni, proszę o wyjaśnienia,  ale nie spotykam się ze zrozumieniem, raczej z politowaniem miłej pani z biura obsługi mieszkańców.

– No przecież miał pan awarię licznika i  płacił pan mniej jakiś czas, zgadza się? A jak pan ma takie wymagania, żeby więcej wiedzieć, to musi pan napisać podanie.

Zbieram siły na to podanie, może nawet podyktuję od razu odpowiedź: „uprzejmie wyjaśniamy, że ryczałt awaryjny naliczono zgodnie z art…. pkt…. regulaminu naliczania opłat za zużycie wody w związku ze stwierdzoną o pana awarią liczników o numerach fabrycznych xxxx oraz yyyy”.

Szkoda, że majster nie miał racji z tym domiarem.

07 Maj 2014

Temat jakby trochę już przebrzmiały, ale nie aż tak bardzo. Dopiero kilka dni temu minął termin składania zeznań podatkowych, czyli PIT-ów po prostu. U mnie jak zwykle z pewymi komplikacjami. Sami zobaczcie.

Stojąca przede mną kobiecina zmaga się z elektronicznym systemem rejestracji petentów.

– Może w czymś pomóc? – pytam z troską, ale w tym samym momencie jej palec natrafia na właściwy przycisk i automat wysuwa numerek.

Staję teraz sam przed automatem i czekam, aż system wróci do stanu wyjściowego. Po chwili słyszę jakby echo własnych słów:

– Może w czymś pomóc?

To przechodząca akurat urzędniczka, widząc bezradnego (?) starszego (?) pana przed elektroniczną tablicą próbuje wybawić mnie z nieistniejącej opresji. Na szczęście na ekranie pokazały się odpowiednie komunikaty, naciskam więc czym prędzej właściwy przycisk i wtapiam się w kolejkę.

No ale co ja tu właściwie robię w tej kolejce w urzędzie skarbowym? Dlaczego akurat mnie system elektroniczny pokazał środkowy palec podczas próby wysłania rocznego zeznania podatkowego drogą elektroniczną? Oczywiście system zrobił to bardzo elegancko, pokazując na ekranie mojego komputera komunikat: „walidacja zakończona z błędami”. Ki diabeł ta walidacja? „Nie wszystkie wymagane pola zostały wypełnione lub wystąpiły inne błędy” – dodał uprzejmie mój komputer. Jakie to błędy – już takich szczegółów system nie zdradził.

Na próbę wyrzuciłem dane z jednej rubryki i kazałem systemowi sprawdzić prawidłowość wypełnienia formularza. Natychmiast wskazał mi to puste miejsce. Więc dlaczego nie chce pokazać tego błędu, który uniemożliwia mi wysłanie zeznania?

Dla treningu pomagam mojej 85-letniej teściowej złożyć jej zeznanie przez Internet. Sukces! Potem osobiście wypełniam i wysyłam zeznanie mojego najmłodszego syna. To samo, wszystko ok.

Wracam ostrożnie do własnego formularza. Najpierw przeglądam po raz czterdziesty czwarty (lubię tę liczbę, miłośnicy literatury pewnie wiedzą, dlaczego) wszystkie rubryki, potem wpadam na genialną myśl; wchodzę jeszcze raz na właściwy adres w Internecie, pobieram nowy formularz i wypełniam go od nowa ze szczególną starannością. Efekt? Pewnie się domyślacie. „Walidacja zakończona z błędami”.

Sympatyczny i bystry urzędnik w urzędzie skarbowym przyjął moje zeznanie bez mrugnięcia okiem. Teraz czekam na moje 6 złotych zwrotu. A może urzędnicze szkiełko i oko znajdzie wreszcie błąd w tej nieszczęsnej walidacji?

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.