31 Gru 2013

Jako językoznawca – co prawda nie do końca spełniony w tym zawodzie – od lat zachodzę w głowę, dlaczego w naszym przebogatym języku słowa „zabawa” i „tańce” są niemalże równoznaczne.

Osobiście bawić się lubię, ale z tańcami mam problem co najmniej od lat czterdziestu, to jest od kiedy nie jestem już piękny i młody. Niektórzy co prawda twierdzą – wbrew oczywistym faktom – że uroda mi pozostała, ale to tym gorzej dla tematu naszych dzisiejszych rozważań. Zdarza się bowiem niestety, że na nielicznych imprezach z tańcami, w których zdarza mi się jeszcze uczestniczyć, podchodzi do mnie znajoma lub nieznajoma pani i proponuje wspólną wycieczkę na parkiet celem odbycia kilkunastu podrygów, szurnięć nogami i niezgrabnych potknięć – czyli tego wszystkiego, co w moim wykonaniu imituje taniec.

Dla jasności: nie jestem przeciwnikiem tańca w ogóle. Jeżeli tańczą na przykład moi dobrzy znajomi Krzysztof Wasilewski i Karolina Felska – osobiście rozkoszuję się tym wspaniałym widowiskiem. Zupełnie podobnie jest z widowiskami sportowymi. Kiedy gra na ten przykład Real Madryt (obowiązkowo z CR7 – chyba nie muszę objaśniać) – wówczas widowisko jest prawdziwą ucztą dla oczu, chociaż z kibicowskiego punktu widzenia jest mi obojętne, czy Real wygra czy też weźmie baty. Kiedy jednak na murawę wychodzą gwiazdy naszej narodowej reprezentacji i po 90 minutach wymęczą chlubny remis z – dajmy na to – Wyspami Owczymi, to taki taniec na boisku jak najbardziej przystaje do moich wyczynów na parkiecie. Ani ich, ani mojego występu nie da się po prostu oglądać.

Życząc wszystkim szampańskiej zabawy sylwestrowej obiecuję solennie, że na żadnej z nich nie zobaczycie mnie w tańcu, dzięki czemu wieczór i noc cała upłyną Wam w miłej, niczym niezmąconej atmosferze.

18 Gru 2013

Wstyd się przyznać, ale taka jest bolesna prawda: w Egipcie byłem po raz pierwszy w życiu. Wrażenie pierwsze: pustynia. Wrażenie drugie i trzecie: pustynia.

Ta pustynia jest szczególnie dobrze widoczna z okien samolotu- nic, tylko piasek i kamienie, kamienie i piasek, nader rzadko przecinane nitkami dróg. Jak oni tam żyją? A jednak: na powierzchni ok. miliona kilometrów kwadratowych mieszka prawie 90 milionów Egipcjan.

I jakoś wszyscy żyją, głównie dzięki takim jak ja – czyli turystom. Znalazłem się w grupie 100 dziennikarzy polskich, uczestniczących w VII Kongresie Polskich Mediów w Hurghadzie, na zachodnim brzegu Morza Czerwonego. Hotel Sunrise Royal Makadi, w którym nas goszczono, dysponuje imponującą liczbą 480 pokoi, co oznacza możliwość jednorazowego przyjęcia ok. 1500 gości. Takie giganty możemy co prawda znaleźć i w Polsce, choćby w grupie Gołębiewski. Tyle że takich lub podobnych hoteli w samej tylko Hurghadzie jest 250, a może nawet nieco więcej – i wciąż budują się nowe, równie imponujące! Każdy taki hotel to bez przesady osobne miasteczko, z kilkoma restauracjami, basenami, niezliczonymi punktami serwującymi napoje z procentami lub bez, a nawet własnymi aptekami – jak w naszym Royalu. Do tego własny kawałek morskiej plaży, przystanie ze statkami, którymi można popłynąć w głąb morza i ponurkować nad rafami koralowymi.

Widok z okna

Taki miałem widok z okna mojego apartamentu – to tylko fragment ogromnych przestrzeni naszego hotelu. W tym basenie zanurzyłem się tylko raz, na co dzień preferowałem basen o bardziej sportowej sylwetce, czyli prostokątny, z wytyczonymi torami.

Cały ten gigantyczny przemysł turystyczny jest perfekcyjnie zorganizowany – i to kolejna niespodzianka dla przybysza z Europy, który stereotypowo wyobraża sobie Arabów jako naród miłych bałaganiarzy, najchętniej posługujących się arabskim odpowiednikiem słynnego hiszpańskiego mañana. Nic z tych rzeczy; Egipcjanie już dawno zrozumieli, że turysta, zwłaszcza zagraniczny, przede wszystkim z Europy, to – mówiąc skrótowo – ich główny pracodawca. Bez turystyki nie ma rozwoju Egiptu, nie ma pracy, nie ma dochodów. Boleśnie to odczuli podczas ostatnich dwóch lat, kiedy to rewolucyjne wstrząsy w ich kraju spowodowały raptowny spadek liczby przyjeżdżających nad Nil turystów.

IMG_2699

Pusta plaża nad Morzem Czerwonym – kiedyś taki widok byłby nie do pomyślenia.

Egipcjanom żal tego miliona Polaków, którzy co roku odwiedzali ich kraj. Któryś z menedżerów hotelowych przedstawił nam wyliczenie, z którego wynikało, że każde łóżko hotelowe generuje tam aż 10 miejsc pracy. Można sobie zatem wyobrazić skalę zjawiska bezrobocia. Jak powiedział nam generał Ahmed A. Allah, gubernator Morza Czerwonego (cokolwiek to oznacza), po egipskiej rewolucji pracę w turystyce straciła tam mniej więcej połowa zatrudnionych.

IMG_2820

Przemawia do nas generał Ahmed A. Allah, gubernator Morza Czerwonego (cokolwiek to oznacza), z lewej (w okularach) minister turystyki Egiptu Hisham Zaazou.

Wracając do tych 10 miejsc pracy na jedno łóżko; u nas takie proporcje byłyby nie do pomyślenia. Trzeba jednak wczuć się w miejscowe realia. Płace są tam stosunkowo niskie (średnie zarobki to równowartość ok. 200 dolarów), życie dość kosztowne (litr mleka kosztuje w przeliczeniu 8 złotych, ale – dla równowagi – litr benzyny około złotówki), więc praca w turystyce, gdzie przecież zawsze może coś dodatkowo kapnąć od bogatych “bladych twarzy” jest wielce pożądana. Obsługa hoteli jest dwu- a może i trzykrotnie liczniejsza, niż w Europie. Jak żartował prezes Stowarzyszenia Polskich Mediów Marek Traczyk, znawca świata arabskiego, tam jeden jest od krojenia pieczywa, inny od jego umieszczenia na tacy, a trzeci od wniesienia tej pełnej tacy na salę restauracyjną. Oczywiście jest w tym żarcie sporo przesady, ale prawdą jest, że turysta tam praktycznie nigdy na nic nie czeka. Dzięki temu nawet w tych gigantycznych hotelach, rozłożonych na ogromnych przestrzeniach, każdy czuje się osobiście dopieszczony.

IMG_2837

Sen polskiego emeryta: wakacje pod palmami, relaks w basenie, tuż obok miły barek z drinkami…

Podczas naszych spotkań z przedstawicielami egipskich władz różnych szczebli najczęściej używanym słowem było “bezpieczeństwo” – odmieniane przez wszystkie przypadki. Gospodarze wychodzili ze skóry aby przekonać nas, że w Egipcie turysta jest całkowicie bezpieczny. Niepokoje społeczne, walka polityczna – wszystko to dzieje się w zupełnie innym wymiarze, który do turystyki nie przenika. Co prawda sami gospodarze nie zalecają indywidualnych wycieczek do Kairu – na co zdecydowała się niewielka grupka uczestników naszego kongresu – ale już basen Morza Czerwonego pozostaje spokojnym, przyjaznym turystycznym rajem. Co osobiście sprawdziłem i własnym podpisem zaświadczam.

Ten film nakręcił mój młody kolega z Gdańska Mikołaj Polak z radioeuro2016.pl. Widzimy tu najsłynniejsze zabytki Luxoru (świątynia w Karnaku, świątynia Hatszepsut), a także niektóre ciekawe miejsca w Hurghadzie, m.in. największy (i najnowszy) meczet, kościół koptyjski (odłam katolicyzmu), migawki z przejażdżki quadami po pustyni, wizytę w wiosce beduińskiej i wieczorek artystyczny w wykonaniu tancerzy i fakira.

12 Gru 2013

Główny Inspektorat Transportu Drogowe przysłał mi niedawno raport nr 130987007A, z którego jasno wynika, żem przestępca wykroczeniowy. Pędziłem otóż podobno przez miasto stołeczne Warszawa jak szalony, przekraczając bariery  może jeszcze nie dźwięku, ale już na pewno przyzwoitości i przepisów.

Trzeba tu dla pełnego obrazu sprawy wspomnieć, że ilekroć przejeżdżam przez miasto stołeczne Warszawa, czuję się jak przybysz z dalekiej i głębokiej prowincji, którym de facto jestem w rzeczywistości. Tym niezbyt miłym uczuciem napełnia mnie każdorazowo fakt, że zawsze mój bolid drogowy wlecze się w ogonie stołecznej awangardy drogowej, co naraża mnie na nerwowe potrąbywanie, groźne osaczanie przez inne bolidy, a także na nieprzyjazne gesty (palec – głowa – pięść) i równie nieprzyjazne epitety. Tych ostatnich na szczęście nie słyszę, bowiem rzadko wydostają się zza szczelnie zamkniętych półprzezroczystych szyb bolidów z rejestracją zaczynającą się na literę W.

To właśnie tej mojej cesze – to znaczy powolności zgoła niewarszawskiej – zawdzięcza wzmiankowany GITD to, że jego urządzenie rejestrujące Fotorapid CM nr 099 zdołało uchwycić w kadrze obłą, dość już nienowoczesną, ale za to dystyngowaną sylwetkę mojego czarnego bolidu. Gdyby jeszcze zdołało uchwycić także wszystkie te bolidy o sylwetce znacznie bardziej nowoczesnej, za to mniej dystyngowanej, które mnie wyprzedziły, wyprzedzają lub za chwilę wyprzedzą, wówczas budżet naszego kraju nie wymagałby terapii szokowej ministra Jacka Vincenta R. Mandaty od właścicieli i kierowców wzmiankowanych bolidów, z których każdy bez wyjątku przekraczał dozwolona prędkość w stopniu zdecydowanie wyższym, niż mój, z łatwością wypełniłyby czarną dziurę budżetowa. Gdyby wspomniane urządzenie nr  099 popracowało w tym miejscu nieco dłużej – wkrótce w ogóle nie musielibyśmy się martwić o wypłacalność kulejących dziś finansowo instytucji użytku publicznego.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.