03 Paź 2013

Zaczęło się od banalnej wizyty w królewskim mieście Krakowie, gdzie mieszka część mojego dość  licznego potomstwa. Tym razem gościł mnie syn, obdarzony – w odróżnieniu ode mnie – talentami inżynieryjno-technicznymi ze szczególnym uwzględnieniem elektroniki i informatyki.

Miał akurat gości w domu, więc skierował mnie na nocleg do siedziby swojej firmy, mieszczącej się w gustownym mieszkaniu w Nowej Hucie. Luksus: ogromne mieszkanie, w całości do mojej dyspozycji, piękna łazienka, wspaniale wyposażona kuchnia – czegóż chcieć więcej.

Syn wyposażył lokal w system ochrony elektronicznej, dodatkowo wzmocniony przez domofon prowadzący do klatki schodowej. Oczywiście skrupulatnie zapisałem kod uruchamiający i wyłączający alarm w mieszkaniu, a także kod do domofonu.

Należę niestety do gatunku ludzi, którzy tylko głęboko uśpieni nie przysparzają kłopotów sobie i innym. Kiedy obudziłem się po dobrze przespanej nocy, zachciało mi się świeżych bułeczek na śniadanie. Wychodząc do sklepu uruchomiłem alarm zgodnie z instrukcją mojego syna – inżyniera. Atoli wracając ze świeżym pieczywem – nie najwyższej zresztą jakości, co jest przywarą wszystkich krakowskich piekarń – powinienem rozbroić alarm w ciągu 15 sekund, wpisując na klawiaturze odpowiedni kod. Wklepałem dość nerwowo (mało czasu, psiakrew) cyfry, zapisane na karteczce, pomijając niektóre znaki, jak np. # czy*, których nie było na tej klawiaturze. Alarm zawył, nie bacząc na moje rozpaczliwe próby unieruchomienia. Powył sobie kilka minut, po czym ucichł, dzięki czemu usłyszałem, że dzwoni moja komórka.

– Tato, to ty wywołałeś alarm – bardziej stwierdził niż zapytał mój syn, którego już zdążyła zaalarmować firma ochroniarska.

Przyznałem się od razu, bo szczerość to podstawa w kontaktach z dziećmi. Potem okazało się, że z uporem godnym lepszej sprawy próbowałem wbić na klawiaturę alarmu kod z domofonu.

I tak miałem szczęście, że ochroniarze nie przyjechali, nie wyłamali drzwi i nie skuli mnie kajdankami, co przydarzyło się wczoraj pewnej mojej znajomej na jej własnej posesji. Też zapomniała wyłączyć alarm.

Zdarzenie, które opisałem, miało miejsce dwa lata temu, ale przecież to jest blog, a nie kronika czy – uwaga trudne słowo – diariusz. Dziś ta siedziba firmy, o której piszę, jest już prywatnym mieszkaniem mojego syna, firma zaś przeniosła się do lokalu znacznie większego – oczywiście także z alarmem. Natomiast z mieszkania syna alarm zniknął bezpowrotnie, dzięki czemu zaglądam tam od czasu do czasu bez strachu.

 

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.