26 Lip 2013

Rolety w mojej sypialni są co prawda nieco młodsze ode mnie, ale też nie lubią się za bardzo ruszać. Zatrzymały się na z góry upatrzonej pozycji i dalej nic – ani w górę, ani w dół. Specjalnie mi to nie przeszkadzało, ale moja kapryśna małżonka (dla jasności – wolna od innych wad) upierała się nie wiedzieć dlaczego, że powinny się jednak podnosić i opuszczać.

Chcąc nie chcąc zabrałem się zatem do tych nieszczęsnych rolet. Zacząłem od tego, że odpiąłem firankę z karnisza i uprałem w pralce automatycznej marki Bosch. Podczas gdy pralka miętoliła moją zakurzoną firanką, zdjąłem sam karnisz, który jak na mój gust trzymał firankę zdecydowanie za daleko od okna, pomniejszając znacząco wzmiankowaną wyżej sypialnię. Bezlitośnie za pomocą dość tępej piły skróciłem o połowę drewniane bolce, które – zamocowane w przykręconych do ściany uchwytach – trzymały karniszowy drąg w poziomie. Zachęcony sukcesem tej dość skomplikowanej operacji zestawiłem telewizor z komody, odsunąłem samą komodę i wyjąłem ukryte tam obrazy. Wymiotłem zza komody kilogram kurzu, po czym zabrałem się za mycie okien moim starym, wypróbowanym sposobem, to znaczy spryskując szyby specjalnym płynem i wycierając do sucha pogniecioną gazetą. Teraz miałem już z górki: trzeba było tylko wymyć ramy okien, parapet i komodę, po czym wszystkie te czynności powtórzyć w odwrotnej kolejności. No więc przykręciłem karnisz, zawiesiłem na nim upraną, pachnącą firanę, upchnąłem obrazy ponownie za komodą, dopchnąłem komodę do ściany pod oknem (uważając rzecz jasna na liczne kable telewizyjne), dźwignąłem z powrotem telewizor na górę. Koniec. Tylko drobiazg: te rolety dalej nie chcą się przesuwać.

Za to na parapecie okna podczas sprzątania odnalazłem ponadstuletnią książkę kucharską – jeden z białych kruków mojej biblioteki – którą od mniej więcej roku uznawałem za zaginioną.

Zacinające się rolety mogą być powodem nieoczekiwanych radości.

14 Lip 2013

Życie na emeryturze mogłoby wyglądać na przykład tak, jak na tym zdjęciu: egzotyczny kraj (tu akurat nie aż tak bardzo egzotyczna Turcja), piękne widoki, piękna małżonka przy boku. Tyle że to zdjęcie pochodzi z czasów przedemerytalnych jak najbardziej.

 

Otwarte Fundusze Emerytalne to temat ostatnio niemal dyżurny. Osobiście jestem im zdecydowanie przeciwny, chociaż zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że całe to mądre gadanie rządu i ministra finansów to w gruncie rzeczy zamach na kasę.

Ale istnienie OFE to też moim zdaniem zamach na naszą kasę. Który z tym zamachów jest mniej bolesny? Spróbowałem się z tym problemem zmierzyć w felietonie opublikowanym w Gazecie Olsztyńskiej.

Nie wiem jak wy, ale ja nigdy nie należałem do żadnego Otwartego Funduszu Emerytalnego. Na szczęście nie musiałem, chociaż mogłem. Wtedy jednak – to znaczy w 1999 roku – prywatyzacji mojej emerytury powiedziałem stanowcze NIE! Powoli, ale nieuchronnie fakty pokazują, że miałem rację, niestety.

W całej tej burzy w sprawie OFE, która ostatnio rozpętała się po raz nie wiadomo który, w dodatku tym razem z piorunami, chodzi oczywiście o kasę. Tyle że nie waszą, drodzy czytelnicy – przyszli emeryci.

Polskie Otwarte Fundusze Emerytalne zarządzane są przez Powszechne Towarzystwa Emerytalne, z których większość (jeżeli nie wszystkie – ale tego nie sprawdzałem) powiązana jest z zagranicznym kapitałem. To oczywiście w biznesie nic złego, problem jednak w tym, że OFE korzystają z różnych zabezpieczeń ze strony państwa, na przykład w sytuacji, gdy nie uda im się osiągnąć zysków. Mówiąc przystępnym językiem, ludzie zarządzający naszymi ciężko zarobionymi pieniędzmi szeroko korzystają ze znanej nam skądinąd zasady: czy się stoi, czy się leży… Ich płace i premie wcale albo prawie wcale nie zależą od wyników, uzyskiwanych przez fundusz.

Nie wierzycie? No to parę liczb. Na przykład w roku 2008 aktywa przyszłych emerytów stopniały o 22 mld zł, a zarządzający OFE pobrali tytułem opłat rekordową kwotę 1,8 mld zł. Z tej kwoty 740 mln zł to ich zysk. Dla porównania ZUS – gigant ubezpieczeniowy obarczony nieskończenie większą liczbą obowiązków – kosztuje nas rocznie ok. 3,5 miliarda. Tylko dwukrotnie więcej , niż OFE. Jestem głęboko przekonany, że przeniesienie środków z OFE do ZUS, co według niektórych byłoby przestępstwem porównywalnym ze zdradą stanu, przyniosłoby nam – przyszłym emerytom – same korzyści. Straciliby wymienieni wyżej kapitaliści – ale to już ich problem.

W lutym 2009 wypłacono pierwszą emeryturę z OFE w kwocie 23,65 zł. Wystarczy na parę kilogramów bananów, ale na pewno nie na palmę, pod którą mieliśmy – dzięki OFE właśnie – wypoczywać na emeryturze.

 

Co z tego wszystkiego wynika? Moim zdaniem to, że reforma emerytalna była nie do końca udana. Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego zasadniczej idei OFE – czyli utworzenie z części naszych składek emerytalnych rodzaju funduszy kapitałowych – nie można było zrealizować w ramach ZUS. Pewnie chodziło o to, że w obrębie państwowej instytucji nie można dokonywać operacji finansowych, przypisanych do gospodarki kapitalistycznej. No ale od czego inwencja naszych ustawodawców? Czy nie można było tego jakoś naprawić?

 

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.