31 Sty 2013

Nie doszukujcie się w tym tytule jakichś dwuznaczności, a tym bardziej politycznych przekomarzań. Będzie o mozolnej drodze do zdobycia prawa jazdy.

Z tym mozołem to pewna przesada. Zapisałem się na kurs tylko dlatego, że wcześniej zapisałem się na zakup cudu polskiej motoryzacji – fiata 126p. W połowie lat 70. ubiegłego wieku wymyślono na fali gierkowskiej nowoczesności zielone książeczki oszczędnościowe, na których gromadziło się pieniądze na zakup samochodu. O ile pamiętam, można było wybrać między fiatem 126p,a jego większym bratem – fiatem 125p. Co ważne, państwo gwarantowało całą swoją powagą, że oszczędzający na zielonej książeczce obywatel samochód na pewno otrzyma. Trzeba pamiętać, że samochód był w mojej ówczesnej socjalistycznej ojczyźnie dobrem praktycznie niedostępnym. Kiedy chodziłem do podstawówki, tylko jeden z moich kolegów klasowych mógł pochwalić się, że jego rodzice mają samochód. Jego ojciec był tzw. prywatną inicjatywą (dziś powiedzielibyśmy: prowadził własną firmę), tolerowaną, ale niezbyt chętnie widzianą w socjalistycznej gospodarce.O ile pamiętam, miał zakład usług hydraulicznych.

Sam kurs na prawo jazdy wspominam bardzo przyjemnie. Szło mi zresztą nieźle, dlatego tym większą konsternację wzbudziłem w moim instruktorze, gdy nieco się pogubiłem już na starcie do jazdy egzaminacyjnej. A było tak:

 

Włączyłem prawy kierunkowskaz, po czym pewnym ruchem skręciłem w lewo. Usłyszałem z tyłu ciche chrząknięcie.

Tak zacząłem swoją egzaminacyjną jazdę krążownikiem szos marki fiat26 p, której ukoronowaniem miało być upragnione prawo jazdy. Co ciekawe, w ogóle tej pomyłki nie zauważyłem, a egzaminator milczał jak grób. Tylko to chrząknięcie – ale to był odgłos paszczą mojego instruktora, skurczonego na tylnym siedzeniu. Wtedy bowiem było tak, że kursantowi podczas jazdy egzaminacyjnej towarzyszył nie tylko surowy egzaminator, ale też przyjacielski zazwyczaj instruktor. Pewnie nawzajem się kontrolowali, żeby w razie czego mogli rozstrzygać wątpliwości i zażalenia kursanta.

Wyobraźcie sobie, że ten fatalny prawy kierunkowskaz mimo wszystko zaprowadził mnie do celu – czyli do prawa jazdy. Dostałem oczywiście później za swoje od mojego instruktora. Kiedy czekaliśmy pod drzwiami wysokiej komisji na decyzję w sprawie mojego prawa jazdy, musiałem wysłuchać jego długiej przemowy, w której słówka „kretyn” i „baran” należały do najłagodniejszych. Za chwilę jednak mu przeszło, bo całą trasę przejechałem płynnie i bez stłuczek, co zresztą było o tyle ułatwione, że wówczas samochód na ulicach Olsztyna był taką samą rzadkością, jak pomarańcze i schab w sklepach, a sygnalizacja świetlna stała chyba tylko pod ratuszem. Od kilkunastu lat nie jeździły już po moim mieście tramwaje, dzięki czemu nie musiałem podczas tej nerwowej jazdy rozstrzygać na bieżąco dylematów w rodzaju: czy na skrzyżowaniu z ruchem okrężnym mam pierwszeństwo przed tramwajem jadącym na wprost, czy też wprost przeciwnie.

Egzamin teoretyczny, czyli testy, zdałem oczywiście wcześniej – bo to zaliczenie, podobnie jak na studiach, było warunkiem sine qua non (czyli niezbędnym) dopuszczenia do egzaminu zasadniczego, czyli rajdu ulicami Olsztyna. Nie mam pojęcia, czy wszystkich pytań było wówczas do wyboru trzysta czy trzysta tysięcy, w każdym razie musiałem bezbłędnie (lub prawie bezbłędnie – system dopuszczał chyba jedną lub dwie pomyłki) rozwiązać 50-punktowy test.

Pamiętam pytanie – pułapkę, w którą łapało się wielu kursantów: przed jakim znakiem nie można się zatrzymać? Odpowiecie?

Rzecz działa się w roku 1977, a już wiosną 1978 odebrałem z Polmozbytu w Ostródzie (dlaczego nie w Olsztynie? Otóż rozczaruję Was, kochani: nie wiem, nie mam pojęcia!) moje nowe, żółte cudo, zwane pieszczotliwie maluchem, a przez kierowców nieco większych fiatów 125p – bucikiem. Pojechałem nim do Olsztyna przez Olsztynek (dlaczego taką okrężną drogą – znów Was rozczaruję: nie mam pojęcia, tak wyszło) z zaciągniętym ręcznym hamulcem. Mimo to dojechałem, co świadczy wymownie o wyższości polskiego fiacika nad  różnymi tam fordami czy volkswagenami.

02 Sty 2013

Coś mam chyba z głową nie w porządku, bo z nastaniem jesiennych szarug, słot i zimnych wiatrów naszła mnie ochota na kąpiele wodne. Jak to pogodzić z wrodzoną niechęcią do zimnej wody?

Początkowo chciałem się przełamać i ulec namowom jednego z przyjaciół – zapalonego od lat członka klubu morsów. Zrezygnowałem jednak, kiedy dowiedziałem się, że ludzie-morsy, w przeciwieństwie do miłych arktycznych zwierząt, które próbują naśladować, moczą się w zimnej wodzie – by tak rzec – statycznie, praktycznie stojąc w niej bez ruchu. Co więcej do takich eksperymentów nakładają czapki uszatki i ciepłe rękawice; w takim uzbrojeniu pływać się nie da, a właśnie pływanie jest dla mnie sensem i treścią kontaktu człowieka z wodą.

No więc pozostały mi tylko akweny kryte, a tych na szczęście w moim rodzinnym Olsztynie ostatnio nie brakuje. Przed laty każdą zimę wykorzystywałem na szlifowanie formy i kondycji, by latem przemierzać wzdłuż i wszerz otwarte akweny mniejsze i większe. Atoli urwało się to wszystko dość dawno temu, gdy okazało się, że nagle nabawiłem się nieuleczalnego uczulenia na wodę jeziorową. Każdy mój z nią kontakt kończy się katarem, kichaniem, rzężeniem i podobnie przyjemnymi objawami. Można to leczyć, ale leki otumaniają, otępiają i usypiają – a w takim stanie pływać też nie sposób. Postanowiłem więc wrócić na basen, który – daj Boże – przywróci mi dawną niewrażliwość także na jeziorowe alergie.

Z przyzwyczajenia, starego sentymentu, ale też poniekąd z wyrachowania, wybrałem krytą pływalnię przy ul. Głowackiego, pierwszą w Olsztynie, otwartą bodaj w 1967 roku. Tamże organizowałem i otwierałem w swoim czasie – jako prezes Warmińsko-Mazurskiego Okręgowego Związku Pływackiego – niejedną imprezę pływacką, znam obiekt jak własną kieszeń, co jest o tyle ważne, że jako krótkowidz poruszam się – po pozostawieniu w szatni odzieży i okularów – poniekąd po omacku.

Tych walorów nie ma dla mnie wspaniała, supernowoczesna Aquasfera, która wciąż czeka na mój pływacki w niej debiut. Mam nieodparte wrażenie, że nie jest to czekanie specjalnie natarczywe.

Moje wyczyny w basenie nie mają nic wspólnego z tak zwanymi zobowiązaniami noworocznymi. Katuję się tym pływaniem już ładnych parę miesięcy i nie zamierzam przestać. Aby do lata…

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.