16 Gru 2012

Moje przygody w stanie wojennym opisywałem już tu i ówdzie parokrotnie. Dotychczas jednak nie wspomniałem o niepośledniej roli, jaką w mojej traumie okresu stanu wojennego odegrał karp.

Stan wojenny jak wiadomo wprowadzono po to, aby nie dopuścić do obalenia siłą panującego wówczas jedynie słusznego ustroju socjalistycznego. Różnych „Michników i Kuroniów” – jak określała in gremio całą opozycję ówczesna władza, wsadzono od razu 13 grudnia do więzienia, a takim płotkom jak niżej podpisany pogrożono palcem i na razie tylko zwolniono z pracy. Zresztą – ciekawostka – nie było to normalne zwolnienie, tylko zsyłka na „urlop bezterminowy”.

Przebywając na rzeczonym urlopie pozbawiony zostałem – co oczywiste – nie tylko prawa do wykonywania zawodu, ale też części przywilejów pracowniczych, w tym możliwości zakupu wigilijnego karpia.

Starsi rodacy doskonale pamiętają, że w latach 70. i 80. ubiegłego wieku  mało rzeczy się kupowało, za to wiele załatwiało. Załatwiać trzeba było nie tylko talon na samochód czy przydział mieszkania, ale też zakup mebli, lodówki, pralki, maszyny do pisania i tysięcy innych rzeczy, wśród nich także karpia na wigilię.

U nas te karpie przyjeżdżały niemal wprost do redakcji. Zakup hurtowy załatwiali u znajomego dyrektora Centrali Rybnej nasi koledzy z działu socjalnego, wsparci autorytetem słynnego Prota, czyli ś.p. Staszka, szefa działu łączności z czytelnikami naszej redakcji. Ryby przyjeżdżały w kilku ogromnych metalowych wannach, a Staszek osobiście nadzorował ich właściwą dystrybucję, według listy, na którą zapisywaliśmy się wcześniej. Działało to jak normalny sklep: płaciliśmy od razu gotówką od „żywej wagi” karpia. Jak Stanisław rozliczał się z tego w Centrali Rybnej i w naszej kasie, z której brał zaliczkę na te karpie – nie mam pojęcia. Nie było żadnych faktur, żadnych rachunków, tylko ta koślawa lista, spisana na maszynie do pisania. Jedno jest pewne: kasa wszędzie się zgadzała. System działał przez ładnych kilka, a może i kilkanaście lat.

No i właśnie moja wcześniejsza niesubordynacja, skutkująca wzmiankowanym wyżej „urlopem bezterminowym”, spowodowała moje wypadnięcie z listy zapisów na karpie.

Przyznacie, że to mało znany epizod okresu stanu wojennego w Polsce.

09 Gru 2012

Ab ovo usque ad mala, czyli od jajka do jabłek – mawiali starożytni Rzymianie. Dlaczego u mnie wszystko musi być na odwrót?

Przytoczone wyżej łacińskie przysłowie w wolnym tłumaczeniu znaczy tyle, co „Od początku do końca”. Powiedzenie wzięło się z tradycji rzymskiej uczty, gdzie na początku podawano jaja, a na deser jabłka.

U mnie natomiast zaczęło się dokładnie odwrotnie, czyli od jabłek. Widać z tego jak na dłoni, że marny ze mnie spadkobierca starożytnej kultury łacińskiej. Te jabłka w ilości kilku skrzynek przytargał był do redakcji mój przyjaciel Staszek.

Oto jedna z tych skrzynek, przesypana do pudła po pomidorach:

– Chcesz może? Tyle tego, że się zmarnuje niechybnie – wysapał lekko spotniały (ciężkie te skrzynki były).

– Jak na marnację, to ja jak najbardziej – odpowiedziałem dziwnym językiem. Tak mam czasami, kiedy mnie zaskoczyć nieoczekiwaną propozycją.

Takim oto sposobem wszedłem w posiadanie pokaźnej góry jabłek. Zjeść tego nie sposób, przechować nie ma gdzie, ale przecież ludzie wymyślili kiedyś szarlotkę.

Tu trzeba wyjaśnić, że kuchnia generalnie nie ma dla mnie tajemnic z wyjątkiem tej jednej: jak  to jest, że z bezkształtnej brei z mąki, jajek, wody, cukru, jakichś tam proszków i diabli wiedzą czego jeszcze, powstają pyszne, pachnące keksy, makowce, serniki i szarlotki właśnie. Mięso upiec, udusić, usmażyć, z ziemniaczkami podać – proszę bardzo, ale te ciasta…

No i okazało się, że nie taki diabeł straszny, a także że nie święci garnki lepią. Szarlotka wyszła jak ta lala. Przyniosłem na spróbowanie Staszkowi, a przy okazji pół redakcji się pożywiło. Byli pod wrażeniem.

– Daj przepis – zakrzyczeli zgodnie.

No więc dałem, a nowymi umiejętnościami podzieliłem się także z czytelnikami Gazety i w Internecie. Teraz już mogłem. Żeby zostać kucharzem całą gębą, brakowało mi tych ciast w CV.

Zobaczcie, jak robiłem szarlotkę pierwszy raz w życiu (ale nie ostatni).

Obrałem 10 jabłek, a mogłem z 12, a nawet więcej.

Wykroiłem tzw. gniazda, pokroiłem najpierw na ćwiartki, a potem te ćwiartki – w  plasterki i wrzuciłem do garnka.

Najpierw gotowałem z odrobiną wody pod przykryciem na średnim ogniu (nie mieszałem) przez kilkanaście minut, potem dodałem szklankę cukru, dwie łyżeczki cynamonu i gotowałem jeszcze z 10 minut, co jakiś czas mieszając.

W tym czasie przygotowałem mieszaninę 2 łyżek mąki ziemniaczanej z sokiem z połówki cytryny, dobrze wymieszałem i dodałem do jabłek. Ten dodatek nie jest konieczny, ale fajnie zagęszcza masę jabłkową.

 

Teraz uwaga: krótki kurs robienia kruchego ciasta.

Najpierw składniki:

  • 4 szklanki maki 

  • łyżeczka proszku do pieczenia 

  • szklanka cukru pudru 

  • 1 1/2 kostki masła 

  • 6 dużych żółtek 

  • 2 łyżki gęstej kwaśnej śmietany 

Mąkę, cukier puder i proszek do pieczenia przesiać do dużej miski. Masło pokroić na małe kawałki, dodać do mąki i wymieszać aż masa będzie grudkowata. Dodać żółtka i kwaśną śmietanę i wyrobić ciasto (można zrobić to w malakserze). Ciasto podzielić na dwie części 1/3 i 2/3. Zawinąć w folię i schłodzić w lodówce (co najmniej kilka godzin) lub w zamrażarce (około godziny). 

Zabieramy sie do pieczenia.

Rozgrzać piekarnik do 180 st. C. Formę (34cm x 23cm) posmarować masłem lub wyłożyć papierem do pieczenia. Ja zrobiłem jedno i drugie, wyglądało to tak:

Do tej formy trzeba zetrzeć na tarce z grubymi oczkami większą część ciasta. Lekko wgnieść ciasto, tak aby powierzchnia była w miarę jednolita i podpiec w piekarniku przez około 8 minut. Wyjąć z piekarnika, lekko przestudzić. Powinna wyglądać tak:

Teraz największy bajer. Podczas zapiekania tej pierwszej warstwy ciasta ubijamy szybko pianę z 6 białek, które zostały nam od tych żółtek, użytych do ciasta. Pod koniec ubijania wsypujemy stopniowo pół szklanki cukru, a na sam koniec – budyń w proszku o dowolnym smaku. Wychodzi nam coś takiego:

Na ciasto nakładamy warstwami: najpierw trochę tartej bułki, potem masę jabłkową, tę pianę z budyniem, a na wierzch ucieramy przez tarkę resztę ciasta. Staramy się, żeby było rozłożone na całej powierzchni. Formę wkładamy do piekarnika na ok. godzinę, aż ciasto się ładnie zarumieni. Posypujemy na wierzch cukrem pudrem. Powinno wyglądać jakoś tak:

Spróbujcie, ja już mam za sobą kilka podejść – wszystkie udane! Rozdawałem tę szarlotkę na prawo i lewo – wszyscy się szczerze zachwycali.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.