22 Lis 2012

Niedawno Polską wstrząsnęła wiadomość o możliwości wygrania w Totka ponad 50 milionów złotych. Mnie to zainspirowało do takich oto wynurzeń, opublikowanych w moim kąciku felietonowym na łamach Gazety Olsztyńskiej.

W czasach mojej wczesnej młodości, to jest za króla Władysława Gomułki I, też można było zagrać w Lotto, tyle że wtedy mówiło się, że gramy w Totka. Pamiętam też hasło reklamujące grę w totka: Totalizator Sportowy buduje obiekty sportowe. Jakoś mało przekonujące, ale co tam jakieś starożytne reklamy, gdy dziś trójka szczęściarzy podzieliła między siebie 50 milionów, czyli tzw. dużych baniek.

Żeby była jasność: jestem tym czwartym, to znaczy nic nie wygrałem. Czyli też miałem szczęście, bo przecież pieniądze – jak wiadomo szczęścia – nie dają.

Totolotek rozgrzewał we wspomnianej wczesnej młodości nasze dziecięce umysły. Wieczorem – bywało – kiedyśmy leżeli już w łóżkach, snuliśmy z bratem marzenia o wielkiej fortunie. Wtedy maksymalnie wygrywało się milion, ale ten milion był tak abstrakcyjny, tak niedosiężny, jak te dzisiejsze 50 baniek.

No więc w tych naszych marzeniach pojawiał się motyw landrynek. Gdybyśmy otóż mieli wówczas ten mityczny milion, wydalibyśmy go na zakup gigantycznej ilości landrynek, czyli twardych cukierków o smaku owocowym lub cytrynowym. Te landrynki gromadziliśmy w marzeniach w specjalnie dla nich przeznaczonym pokoju. Kulminacyjnym momentem w naszych wizjach – na poły już sennych – była taka scena: otwieramy drzwi tego niezwykłego pokoju, a cukierki wysypują nam się pod nogi, ścielą się słodkim dywanem, nie dają się upchnąć z powrotem – bo przecież tyle ich, że aż kipią od tego bezmiaru.

Czasami powstawał spór: landrynki czy krówki – już wtedy wytwarzane w dobromiejskiej Jutrzence na chwałę przemysłu cukierniczego i ku zachwytowi małych i dużych łasuchów. Krówki miały tę przewagę nad landrynkami, że były w papierkach – a więc turlając się po podłodze pod naszymi nogami nie oklejały się kurzem i pyłem, które to zjawiska nie dawały się w naszym pokoju nigdy do końca wyeliminować. Jednak już zasypiając wracaliśmy do landrynek, które można było ssać, a więc dłużej pozostawały w naszych łakomych paszczach.

Dobrze, że nie wygrałem nawet trzeciej części z tych 50 milionów. Gdzie ja bym pomieścił te wszystkie landrynki?

 

07 Lis 2012

Z uporem godnym lepszej sprawy ciągnę wątek mojej psującej się lodówki (patrz wpis z 3 października). Czekam już z dwa miesiące aż sama się naprawi, a ona złośliwie nie chce…

Lodówkowe nieszczęście spotkało mnie za przyczyna mojej bezzasadnej szczodrobliwości. Miałem niegdyś lodówkę jak złoto, wcale się nie psuła, a że wyglądała trochę już dojrzale… Te refleksje natchnęły mnie do wspomnień osobistych jak najbardziej na dość ryzykowny temat początku mojego trwającego do dzisiaj szczęśliwego pożycia małżeńskiego. Wszystko zaczęło się od lodówki… Tak napisałem o tym w mojej stałej rubryce w Gazecie Olsztyńskiej.

W kwestii szwankującej lodówki nie otrzymałem – mimo rozpaczliwych apeli – żadnych wskazówek od moich wiernych (?) czytelników. Muszę radzić sobie sam. Mam w zapasie drugą lodówkę, znacznie mniejszą – to ostatki bogactwa po zlikwidowanym niedawno mieszkaniu teściowej. No więc mam dylemat: wstawić tę małą lodówkę i męczyć się stale z niedoborem miejsca na napoje chłodzące i mrożone pieczywo (to moja specjalność), czy kupić drugą lodówkę. Stoi tych lodówek w każdym sklepie z tysiąc, większe i mniejsze, jedne białe, inne srebrne, jeszcze inne czarne. Mnie to bogactwo wyboru przytłacza osobiście. Pamiętam naszą pierwszą lodówkę, którą przywiozłem sobie z podróży przedślubnej z moją niedościgłych zalet małżonką. Było z nią dość zabawnie – z lodówką oczywiście, nie z małżonką. Pojechaliśmy otóż do pięknej górskiej mieściny o nazwie Szczyrk. Jechaliśmy – jak to za środkowego PRL-u – pociągami i autobusami PKS. Jedna z przesiadek była w Katowicach; w parogodzinnym oczekiwaniu z nudów zwiedzaliśmy okoliczne sklepy, a w jednym z nich… prawdziwa lodówka. Sprzęt nieosiągalny na nizinach, ale w górniczych Katowicach do wzięcia jak najbardziej. W dwóch czy trzech modelach do wyboru. W obliczu czekającego nas wkrótce wspólnego pożycia wysupłaliśmy całą zgromadzoną na urlop kasę i sprzęt lodówkowy zakupiliśmy. Ba, nawet przechowali nam te parę dni – do naszego powrotu do Olsztyna. Wieźliśmy tę lodówkę w charakterze bagażu podręcznego na korytarzu pociągu Katowice – Kraków, a że nieco się spóźniliśmy, szukając bagażowych, którzy wnieśliby cenny sprzęt do wagonu, końcowe rozliczenia robiliśmy dosłownie w biegu. Wychylając się wbrew przepisom z rozpędzającego się pociągu płaciłem tragarzom żywą gotówką za usługę. Na dworcu w Krakowie nadaliśmy nasz cenny nabytek na bagaż do Olsztyna – i słuch po niej zaginął. Na szczęście rychło okazało się, że pojechała po prostu innym pociągiem, bo do tego, którym my jechaliśmy, ktoś zapomniał podłączyć wagon bagażowy. Ta lodówka marki Snaige (produkowana na Litwie, wówczas jeszcze w ramach ZSRR), służyła nam przez lat chyba 15, po czym – wciąż w niezłym stanie – oddaliśmy ją potrzebującym znajomym. Sami zaś nabyliśmy wspomniane na wstępie psujące się cudo. No więc może znów wybiorę się na zakupy do Katowic?

Nie o wszystkim oczywiście napisałem w tych ciasnych szpaltach, udostępnionych w Gazecie, tu więc mogę nieco wątki rozwinąć.

Po pierwsze zatem sam wyjazd. Byliśmy już z obecną moją nieporównanej urody i przymiotów umysłu małżonką zmówieni w kwestii planów matrymonialnych. Ustaliliśmy termin ślubu na 18 kwietnia, a tu na początku kwietnia przychodzi do mnie ktoś z działu socjalnego i wciska niemal siłą skierowanie na tygodniowe wczasy w Szczyrku. To taka mieścina na Podhalu, ze skocznią narciarską (nie skorzystałem), trasami zjazdowymi i innymi górskimi atrakcjami. Wyjazd był prawie za darmo,  bo fundusz socjalny pokrywał znaczną część kosztów, ale że termin niespecjalnie atrakcyjny, nie było chętnych. Wiele nie myśląc wziąłem skierowania – i tak pojechaliśmy w naszą podróż przedślubną.

Po drugie – zakupy. We wzmiankowanym sklepie w Katowicach było tyle bogactwa, że aż kręciło się w głowie. Niewiele myśląc spłukałem się niemal do ostatniego grosza, kupując wzmiankowaną lodówkę, a do kompletu dywan 3 na 4 metry w gustowną kratkę. Dywan tarabaniłem pod pachą najpierw z Katowic do Krakowa, potem na półce w przedziale nocnego pociągu relacji Kraków – Olsztyn.

Po trzecie – stara lodówka. Oddałem ją z kilkoma innymi rzeczami (m.in. wygodny tapczan) koleżance, będącej w trudnej sytuacji życiowej i materialnej.  Mam nadzieję, że wszystko to służy jej do dzisiaj.

Po czwarte – czy kupię nowa lodówkę. Kupię, kupię na pewno – na razie przygotowuję się mentalnie. Trzeba pojechać do sklepu, wybrać, zamówić przywóz, załatwić wywóz starej lodówki… Ech los, ech życie…

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.