12 Paź 2012

 

Tak zapamiętałem dwie najważniejsze nauczycielki mojego życia. Dzisiejszy stały felieton w Gazecie Olsztyńskiej poświęciłem właśnie im. 

Moje wspomnienie z pierwszego kontaktu ze szkołą nie jest zbyt przyjemne niestety. Rozryczałem się otóż nieprzytomnie i nie chciałem puścić maminej spódnicy, mimo nalegań ze strony jej właścicielki, a także natarczywych nagabywań pań i panów nauczycieli. O ile pamiętam, od spódnicy w końcu mnie odspawano i jakoś trafiłem do szkolnej ławki, gdzie zasiadłem z moim przyjacielem Wiesiem.

I wtedy do klasy wszedł anioł. Wyglądał jak starsza pani, mówił aksamitnym, miękkim głosem i wkrótce okazało się, że wszystkich nas kocha bezgranicznie – jak to anioł. Na użytek ziemian anioł przybrał nazwisko Julia Kręcicka.

Moja pierwsza pani z klasy pierwszej A była damą w nieco już podeszłym wieku (jak na dziecięce standardy oczywiście, miała może ok. 55- 60 lat), przez co kojarzyła mi się (bardzo pozytywnie oczywiście) z moją babcią. Miała siwe włosy, mieszkała kilka domów ode mnie przy tej samej ulicy Morskiej. Jej mąż Franciszek – wysoki, szczupły, także siwy, z charakterystycznym siwym wąsikiem – był kierownikiem mojej szkoły. Dziś ma w Olsztynie swoją ulicę.

Ma swoją ulicę także pani profesor Natalia Żarska, moja nauczycielka języka polskiego w I Liceum Ogólnokształcącym im. Adama Mickiewicza w Olsztynie. Ostra jak żyletka, błyskotliwa jak Einstein, wszystkowiedząca jak Wikipedia. Z prof. Żarską można było porozmawiać nie tylko o literaturze, ale też o fizyce, astronomii czy matematyce, nie wspominając oczywiście sztuk wszelakich – od architektury i rzeźby antycznej po współczesne kino. To ona uświadomiła nam, czym się różni jamb od trocheja i anapestu, a każdy z nich od amfibrachu. Wiedzą tą szpanowałem później na studiach polonistycznych – inni studenci nie mieli o tym pojęcia. Po maturze spotykaliśmy się kilka razy z panią profesor, bywaliśmy u niej w domu (ul. Mickiewicza – naprzeciwko liceum), była też gościem zjazdu koleżeńskiego z okazji 25-lecia naszej matury.

Z okazji Dnia Nauczyciela (pardon: Dnia Edukacji Narodowej) życzę wszystkim uczniom, aby spotykali na swojej drodze same panie Julie i Natalie.

 

To właśnie wspomniane w tekście spotkanie naszej klasy z I Liceum Ogólnokształcącego w Olsztynie z okazji 25-lecia matury, rok 1996. Stanęliśmy do zdjęcia na tle budynku naszej szkoły przy ul. Mickiewicza. Profesor Natalia Żarska to ta siwowłosa, uśmiechnięta dama na krześle.

Pięć lat później spotkaliśmy się ponownie. Pani profesor już nie było wśród nas – zaczęliśmy spotkanie od odwiedzin na jej grobie w alei zasłużonych olsztyńskiego cmentarza komunalnego.

 

11 Paź 2012

Podobno mamy kryzys kapitalizmu, a do tego kryzys euro. No więc ja w ramach walki z kryzysem proponuję, żeby tym szybko dewaluującym się euro płacono nam tu i teraz nasze pensje i emerytury.

Żeby ułatwić przeliczanie naszych pensyjek na euro, proponuję przelicznik jeden do jednego, to znaczy na przykład za dwa tysiące złotych – dwa tysiące euro. Co Wy na to?

Byłoby miło, ale nie kosmicznie, bo zaczęlibyśmy zarabiać raptem cztery razy więcej, niż teraz. Gdyby taką operację przeprowadzić na przykład czterdzieści lat temu… Jak to kiedyś z dolarami bywało – napisałem taki kawałek do Gazety Olsztyńskiej.

 

Cinkciarzy żal

Kiedy zaczynałem pracować i zarabiać, moja pensja – całkiem wówczas przyzwoita na polskie warunki – stanowiła równowartość ok. 30 dolarów amerykańskich. Tyle mniej więcej kosztował w Pewexie komplet dżinsowy marki Wrangler, marzenie każdego młodzieńca.

Pewex – młodzi mogą nie pamiętać, więc wyjaśniam – to specjalne sklepy tzw. eksportu wewnętrznego w Polsce, gdzie płaciło się dolarami lub inną tzw. twardą walutą. Dysponowali nią legalnie ci, którzy mieli rodzinę za granicą, a nielegalnie wszelkiej maści cinkciarze, przemytnicy i inni kombinatorzy.  Były jeszcze tzw. bony towarowe banku PEKAO, kolejna polska specjalność: pieniądz, który nie był pieniądzem. Bony można było wykorzystać tylko w sklepach Pewexu, za granicą miały wartość makulatury. W bonach otrzymywali część wypłaty pracownicy zatrudnieni za granicą, na przykład na budowach prowadzonych przez polskie przedsiębiorstwa.

Nie pytajcie, czemu to wszystko miało służyć, bowiem moja odpowiedź brzmi: nie wiem. Co komu szkodziło, żeby Polacy mogli mieć i wydawać dolary? Odpowiedź brzmi ponownie: nie wiem. Tu ciekawostka: twardej waluty nie można było legalnie sprzedawać i kupować, ale wolno ją było posiadać. Osobiście kupiłem nielegalnie 100 ówczesnych marek zachodnioniemieckich –na co wywaliłem moje ówczesne dwie pensje –i założyłem jak najbardziej legalnie rachunek dewizowy we wspomnianym Banku PEKAO.

No i co się porobiło proszę Państwa? Nie ma Pewexu, nie ma cinkciarzy, są za to powszechnie dostępne dolary, euro i inne funty szterlingi. O ile jeszcze wczoraj pchaliśmy się do europejskiego Eldorado, jakim jawiła nam się strefa euro, dzisiaj wobec kryzysu w Grecji, Hiszpanii i Bóg wie gdzie jeszcze, do wspólnej waluty mamy stosunek – rzekłbym – wstrzemięźliwy. No chyba że nagle zaczną nam płacić w euro w przeliczeniu jeden do jednego. Ale na to się jakoś nie zanosi.

A swoją drogą nawet mi do głowy wówczas nie przyszło, że kiedyś średnia pensja w Polsce sięgnie tysiąca dolarów. No i proszę – stało się. Jeszcze trochę i dogonimy Amerykę, bo Europie już depczemy po piętach.

03 Paź 2012

Poradźcie mi: kupować nową lodówkę, czy przetrzymać humory tej, którą mam od lat bodaj 12?

Borykam się z tym dylematem już chyba z miesiąc, a zaczęło się tak, jak to opisałem w swoim felietonie w Gazecie Olsztyńskiej.

Szron na ściance lodówki przybrał rozmiary wręcz karykaturalne. Chcąc nie chcąc wdrożyłem domowe śledztwo. Najpierw wziąłem w obroty osobistą małżonkę, ale trochę bez wiary, jako że do lodówki zagląda raczej rzadko. No więc na pewno nie ona. W poszukiwaniu kolejnej ofiary zawiesiłem ciężki wzrok na teściowej. – Mamo, drzwi lodówki otwieramy na krótko, bo się oszrania – o tak właśnie – pokazałem z wyrzutem wnętrze z wrośniętym w lodową ścianę kubeczkiem markowego jogurtu o smaku owoców leśnych. Strzał był bolesny, ale też nietrafiony; teściowa w lodówce buszuje tylko nieco częściej, niż moja nieoceniona małżonka, a przy tym przestrzega regulaminu zamykania drzwi. Już tylko dla porządku, aby nikogo nie pominąć, udzieliłem reprymendy kotom, po czym z ciężkim sercem niespełnionego Sherlocka Holmesa zabrałem się za rozmrażanie. Po tej czynności lodówka wpadła w trans i chłodziła bez najmniejszej przerwy, co gwarantowało ustawiczne chłodzenie, ale już nie samoodszranianie niestety. Szron wkrótce znowu zaczął niebezpiecznie przybierać na wadze (ale jak zważyć ścianę szronu w lodówce?). No więc winna nie małżonka, nie teściowa, nie koty nawet – tylko chyba termostat. Wezwany fachowiec popatrzył chwilę, po czym energicznie zdjął przednią klapę, maskującą delikatne mechanizmy termostatu. Najpierw wykluczył awarię termostatu, po czym wcale niedelikatnie wyrwał z lodówkowych trzewi jakąś cienką rurkę, włożył ją z powrotem na miejsce, zatrzasnął klapę i walnął w nią raz i drugi pięścią. – Będzie działać albo nie, ma już swoje lata. Należy się 65 złotych i 21 groszy. Fachowiec był bowiem fachowcem-vatowcem, więc w fakturach wszystko musiało się zgadzać co do grosza. Lodówka działa, oszrania się jakby mniej, chociaż przerwy w pracy robi sobie tylko w poniedziałki, środy i czwartki, a i to najwyżej na pół godziny w ciągu doby. Może i kupię sobie nową, tylko to oznacza całkowitą rewolucję w kuchni. Poczekam z tym do rewolucji w portfelu.

Na razie odkryłem, a właściwie podpatrzyłem u fachowca, możliwość ręcznego sterowania. Trzeba znaleźć taki mały dzyndzelek – ten, którym ustawia się temperaturę chłodzenia – przekręcić w pozycję zero i kręcić dalej, aż lodówka wyłączy się z charakterystycznym cichym trzaskiem. Nie pracuje przez jakąś godzinę, czasem dłużej, po czym sama się włącza. Genialne, tylko palce trochę bolą, bo pokrętło diablo niewygodne do kręcenia. Technika domowa to jak widać bolesny problem.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.