27 Sie 2012

Po przejściu na emeryturę zrobiłem sobie kilkudniowe wakacje i… wracam do pracy. Te kilka dni spędziłem m.in. z przyjaciółmi z Francji.

We Francji, a konkretnie w Strasburgu, mieszka od 30 lat mój przyjaciel z podwórka, szkoły podstawowej i liceum. Niedawno odnowiliśmy przyjaźń i jest fajnie. Zobaczcie, jak wspólnie wybraliśmy się do Sopotu.

Zdrowy rozsądek przegrywa z najnowszymi technologiami niestety. Technologia GPS, ożywiona głosem samego Krzysztofa Hołowczyca, wskazywała mi mianowicie kierunek południowy jako jedynie słuszny, podczas gdy ja chciałem jechać na północ zdecydowanie. Nie posłuchałem więc Pana Krzysztofa i pojechałem po swojemu.

Gdy jednak po chwili znalazłem się w nigdy dotąd nieodwiedzanych zaułkach pięknego, miłego memu sercu Gdańska, postanowiłem znów zdać się na mojego elektronicznego przewodnika. Wkrótce wychynąłem na znajome mi rewiry, więc znów diabeł podszepnął, aby kierować się własnym rozsądkiem i rozeznaniem. I tak w kółko, zmieniałem decyzje w zależności od sytuacji doraźnej. Aż się dziwię, że pan Krzysztof, zamknięty za niewielkim ekranikiem urządzenia nawigacyjnego, nie powiedział mi kilku mocnych słów od siebie, na przykład: Adam, ty kretynie, może byś się w końcu zdecydował.

Na szczęście obok siedział inny Krzysztof, przyjaciel z Francji, a przedtem z osiedla w Olsztynie i ze szkolnej ławy w podstawówce i liceum. Zgodnie z kilkuletnią tradycją odwiedził mnie latem celem wspólnego spędzenia miłych chwil. Ta wycieczka do Gdańska i Sopotu miała być tych miłych chwil dodatkowym umileniem. Gwoli ścisłości trzeba dodać, że nasze żony, gaworzące bez zbędnych przerw na tylnym siedzeniu, nawet nie zauważyły mojej rozpaczliwej tułaczki.

Krzysztof natomiast z podziwu godną cierpliwością i pogodą ducha znosił moje rozpaczliwe miotanie się po głównych i pobocznych ulicach grodu nad Motławą, aż wreszcie rzekł z niezmąconym spokojem:

– Adam, może posłuchaj go do końca.

Posłuchałem mojego przyjaciele Krzysztofa, posłuchałem też Krzysztofa Hołowczyca, dzięki czemu już po chwili nasze pokrętne ścieżki zostały wyprostowane i dojechaliśmy szczęśliwie wprost pod sopockie molo.

Nie darmo święty Krzysztof jest patronem zbłąkanych kierowców.

Wycieczka do Sopotu w obiektywie

Spacerujemy po sopockim molo, Krzysztof to ten wyższy i przystojniejszy z nas dwóch, w środku jego urocza małżonka Bożenka. Nie pytałem ich o zgodę na publikację zdjęć, ale chyba mi wybaczą.

Próbuję coś przestawić w aparacie Bożenki. Na szczęście bez powodzenia.

Bożenka była zafascynowana widokiem statku wycieczkowego Pirat, stylizowanego na okręt piracki

Na pierwszym planie moja Ewunia, dalej Bożenka i Krzysztof. Mnie na szczęście nie widać.

Meduza nie chciała pozować, tylko szybko się zmyła.

Można wykąpać się w morzu bez zamaczania nóg.

Ewunia i Bożenka – nasze piękniejsze połowy.

 

 

17 Sie 2012

Dokładnie 38 lat i 38 dni temu w redakcji Gazety Olsztyńskiej przy ul. Towarowej 2 w Olsztynie pojawił się długowłosy, szczupły blondyn w okularach i nieśmiało przysiadł na brzeżku krzesła w gabinecie naczelnego redaktora.

Ponieważ wszystko było wcześniej przygotowane i omówione, ta rozmowa z ówczesnym naczelnym Jerzym Szymańskim trwała może ze dwie minuty. Nieco dłuższa była rozmowa z ówczesnym sekretarzem redakcji, niezapomnianej pamięci Andrzejem Bałtroczykiem. Skierował nieśmiałego młodzieńca do działu reporterskiego z zadaniem tropienia ważkich problemów dziur w chodnikach i braków w zaopatrzeniu w pieczywo.

Tak narodził się dla świata dziennikarskiego wasz ulubiony felietonista, którego dwieście sześćdziesiąty drugi felieton w tej rubryce właśnie czytacie. Liczba ta będzie się stale powiększać aż do czasu, gdy wytrzymałość wzmiankowanych wyżej PT Czytelników wyczerpie się i zostanę odwołany z tej rubryki w drodze ogólnonarodowego referendum.

Ten przydługi wstęp ma usprawiedliwić to, o czym dalej. A dalej będzie krótko: od wczoraj nie jestem już pracownikiem Gazety Olsztyńskiej, w której zostawiłem dokładnie 2/3 życia, w tym całą praktycznie dorosłość. Powiedzieć, że Gazeta była moim drugim domem – to nic nie powiedzieć. Była moim pierwszym i jedynym miejscem pracy, z którego nawet na urlopy uciekałem z rzadka i na krótko. Opowiadam o tym wszystkim – nie bez pewnego zażenowania, spowodowanego nieoczekiwanym stanięciem po drugiej stronie reporterskiego notesu – w reportażu Edyty Hołdyńskiej, który znajdziecie w piątkowym (17 sierpnia) wydaniu Gazety.

I jeszcze jedno: decyzja o odejściu na aktywną emeryturę była całkowicie moja, suwerenna i niezależna, nie związana z żadnymi naciskami, decyzjami czy propozycjami „nie do odrzucenia” ze strony mojej firmy. Nie oznacza ona też zerwania z zawodem ani z macierzystą Redakcją, czego dowody znajdą Państwu co tydzień (a może i częściej) na łamach Gazety Olsztyńskiej.

Dla rozweselenia obejrzyjcie sobie zdjęcia w różnych fazach mojego gazetowego rozwoju.

Oto ja na początku drogi. Nie poznajecie? To ten chudzielec w długim swetrze z długimi włosami, rok 1975 lub 1976. Ten z lewej to Ryszard Chrzanowski, wówczas zastępca redaktora naczelnego;odchodził do Warszawy bodaj do Expresu Wieczornego na zastępcę naczelnego, a my go żegnaliśmy. Obok niego Krysia Katulska, redaktorka działu miejskiego, później działu depeszowego, a po mojej lewej stronie Ania Gasperowicz, świetna, zdolna dziennikarka.

Tradycją Gazety były mecze piłkarskie z reprezentacjami różnych miast, w których organizowaliśmy Święto Czytelników Gazety Olsztyńskiej – co roku w innym mieście. Tu jesteśmy w Szczytnie; jednym z atrybutów takich spotkań na wesoło była beczka piwa, z której czerpaliśmy siły do gry (właśnie stoję z kuflem piwa w ręku). To wtedy pan Alojzy Jarguz – widoczny za mną na drugim planie (w jasnym dresie) wybitny międzynarodowy sędzia piłkarski – strzelał mi karnego, którego obroniłem. Na pierwszym planie po lewej (odwrócony tyłem) Janusz Porycki, dziennikarz sportowy, później autor kilkunastu książek o olsztyńskim sporcie.

 Tak wyglądałem jako kierownik działu terenowego.

Tu jestem kierownikiem pracującym w terenie. Ten drągal obok to Tadzio Prusiński, mój serdeczny przyjaciel i wówczas podwładny. Coś nawaliło w moim nowym maluchu; Tadeusz twierdzi, że urwała się linka rozrusznika i uruchomiłem samochód za pomocą znalezionego kijka. Później taki kijek woziłem stale jako niezbędne wyposażenie auta.

Szybko nauczyłem się pisania na maszynie, dzięki czemu byłem uniezależniony od naszych maszynistek. Tu jednak pracuję nie w redakcji, lecz w Wojewódzkim Domu Kultury (dziś CEIK) w Olsztynie nad biuletynem jakiegoś seminarium filmowego. Jest wiosna roku 1983.

A to już prawie współczesność, zaledwie jakieś 19 lat temu. Zaczynamy komputeryzację Gazety, to jeden z pierwszych komputerów Macintosh, rok chyba 1993.

Październik 1999 rok, rusza nowoczesna maszyna w nowej drukarni naszej firmy przy ul. Trackiej.

To zdjęcie zrobił mi własny syn w ostatnim dniu pracy. Z tej okazji młoda dziennikarka Edyta Hołdyńska podjęła się niełatwego zadania napisania o mnie w Gazecie okolicznościowej laurki.

06 Sie 2012

Sukcesy na igrzyskach olimpijskich w Londynie odnosimy umiarkowane, proponuję więc zajrzeć nieco w przeszłość. Bo przecież – jak mawiał wielki Cyprian Kamil Norwid – przeszłość to jest dziś, tylko cokolwiek dalej.

Podobnie jak inni starcy żyję w przekonaniu, że to co przeszłe jest lepsze niż teraźniejsze, nie mówiąc już o przyszłości. Osiągnięcia polskich sportowców podczas igrzysk w Londynie przekonują mnie, że niestety mam racje. Pozostają tylko wspomnienia, którym oddałem się niedawno w mojej rubryce w magazynowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej.

Rambo na olimpiadzie

Pamiętacie Johna Rambo? No, kto by nie pamiętał – zakrzykniecie. Sylwester Stallone, opaska na włosach, nóż komandoski za pasem, łuk i kołczan ze śmiercionośnymi strzałami na plecach…

Nie będę się spierał, każdy ma swojego Rambo. Ale ten prawdziwy nie latał z łukiem po wietnamskiej dżungli i wcale nie miał twarzy Sylwestra Stallone. Prawdziwy John  Rambo był amerykańskim sportowcem, skakał wzwyż i zdobył brązowy medal na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio w 1964 roku. Pokonali go tylko dwaj ówcześni herosi tej konkurencji: Rosjanin Walery Brumel i Amerykanin John Thomas.

Skąd mi ten Rambo przyszedł do głowy? Ano chyba stąd, że igrzyska olimpijskie w Tokio na zawsze zaraziły mnie miłością do sportu, osobliwie do lekkoatletyki. Byłem wówczas dzieckiem, pamiętam z nich tylko jakieś strzępy obrazów i relacji; na przykład finisz biegu na 10 kilometrów, który nieoczekiwanie wygrał Indianin z USA Billy Mills.

Zwycięski finisz Billa Millsa oglądałem  w telewizji, ale nie w domu (chociaż już był u nas telewizor, co wtedy wcale nie było normą), lecz w szkole. Chodziłem na popołudniowe zajęcia z angielskiego i w przerwie obejrzeliśmy sobie ten bieg na maleńkim czarno-białym telewizorze, ustawionym chyba w pokoju nauczycielskim (kto nas tam wpuścił?). To chyba była powtórka, bo ze względu na różnicę czasu większość finałów odbywała się w godzinach nocnych według polskiego czasu. Tak czy siak ten finisz zapamiętałem na długo, w odróżnieniu od angielskich czasów i słówek.

Drugim strzępem zawisłym w pamięci jest histeryczny głos Bohdana Tomaszewskiego, który relacjonował w radiu walki polskich bokserów. Kolejno wygrywali: Józef Grudzień, Jerzy Kulej i Marian Kasprzyk. A myśmy stali skupieni wokół staromodnego odbiornika  produkcji dzierżoniowskiej Diory i po ostatnim ciosie Kasprzyka razem z panem Bohdanem zapialiśmy triumfalnie.

Przed chwilą byłem świadkiem, jak nasi siatkarze, ci murowani kandydaci do złota, dostali baty od nieliczącej się w światowych rankingach Australii. A gdzie są polscy bokserzy? Gdzie zapaśnicy? Gdzie żeglarze? Gdzie pływacy wreszcie? Spokojnie, na szczęście kiedyś byli: Grudzień, Kulej, Kasprzyk, Andrzej Wroński, Paweł Nastula, Otylia Jędrzejczak we wcześniejszym wcieleniu, wioślarscy dominatorzy, a do tego Robert Korzeniowski, Józef Szmidt, Irena Szewińska, Ewa Kłobukowska, Józef Zapędzki, Witold Woyda… Cieszmy się, wszak przeszłość to jest dziś, tylko cokolwiek dalej.

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.