18 Lip 2012

 Wziąłem parę dni urlopu i zabrałem się za wielkie sprzątanie.

W ramach tegoż działania udałem się na czas jakiś do piwnicy celem posadowienia tam kolejnego regału, który pozostał mi po sprzątaniu w domu.

Po mniej więcej pół godzinie stanąłem uznojony, w przepoconym roboczym ubranku pod drzwiami własnego mieszkania. A tu niespodzianka: drzwi zamknięte na cztery spusty, a klucz w środku. Jak dokonałem tej sztuki godnej Davida Copperfielda? To nie ja, to moja teściowa wybrała się właśnie na codzienny spacer, zamykając przykładnie drzwi na klucz. Wróci jak zawsze – najwcześniej za jakieś dwie godziny.

Wybiegam przed dom w nadziei, że ujrzę jeszcze znajomą sylwetkę zmierzającą godnie do pobliskiego parku. Gdzież tam. Sytuacja jest trochę beznadziejna: nie mam klucza, nie mam kluczyków od samochodu, nie mam co gorsza telefonu, żeby do mamy zadzwonić. Zaraz, zaraz, zadzwonić… Biegnę na górę do sąsiadów prosić o telefon; zamknięte, to w końcu dzień roboczy, ludzie w pracy.

Ostatnia nadzieja: kiosk osiedlowy, a w nim stary druh Andrzej. Jak nie on, to jego małżonka – pracują na zmianę; żeby tylko był otwarty.

Paraduję przez całe osiedle w tych idiotycznych przykrótkich gatkach i utytłanej koszulce, ściągając spojrzenia kliku pań, plotkujących na przydomowych ławeczkach. Powiem szczerze: nie o takie spojrzenia pań nam, facetom, chodzi.

Dobiegam:

– Andrzej, masz telefon, ratuj  przyjacielu?

Miał, dał od razu, wystukałem jedyny numer, jaki znam bez pomocy pamięci komórkowej: telefon do firmy. Tam już wybawienie: rodzona żona, która bez zbędnych pytań dzwoni na komórkę mamy. Za chwilę teściowa podjeżdża z fasonem taksówką i śmieje się do mnie z daleka życzliwie.

Miała szczęście; w pierwszej furii planowałem morderstwo z premedytacją. Po namyśle postanowiłem zamienić na karę dożywotniego mieszkania z zięciem.

 

 

05 Lip 2012

No i wykrakałem; książki omal mnie nie zabiły. Dosłownie. Zawiodły fabryczne (?) mocowania podpórek, kupionych w specjalistycznym markecie.

Gwoli ścisłości: katastrofa nastąpiła dwukrotnie. Najpierw ta mniejsza, którą tak opisałem w felietonie w Gazecie Olsztyńskiej:

Donośny huk wywabił z pokoju nawet moją teściową, chociaż zazwyczaj znosi ze stoickim spokojem moją głośną niekiedy działalność racjonalizatorską i naprawczą. Jej niepokój był jak najbardziej zasadny – gdybym stał akurat pod nieudolnie zamocowaną półką, niechybnie dostałbym po łbie kilkoma tomami reymontowskich Chłopów w twardej szarej oprawie, a zostałbym dobity kompletem dzieł Sienkiewicza (wydanie w żółtej płóciennej oprawie z 1959 roku). Ponieważ jednak stałem akurat przy garach w kuchni, wszystkie te arcydzieła polskiej literatury okresu pozytywizmu łomotnęły z rozmachem (nie mam pojęcia, jakim cudem książki umieją się zamachnąć – te potrafiły) o posadzkę. Muszę jednak oddać sobie samemu sprawiedliwość: zamocowałem wszystko prawidłowo, nie wytrzymały zaczepy, przykręcone wcześniej przez producenta do drewnianych podpórek, na których spoczęły moje nowe półki z książkami. Kolejne półki układałem już na podpórkach metalowych, wygiętych pod kątem prostym. Trzymają się ściany bardziej wiarygodnie.

Tak czy siak wszystko skończyło się szczęśliwie, chociaż mierniczym okazałem się beznadziejnym. Najpierw stwierdziłem ze zdumieniem, że zabrakło 2,5 metra półek! Po wywierceniu otworów pod zaczepy zaczepów (przepraszam za ten bełkot techniczny, dysponuję mocno ograniczonym słownictwem w tej dziedzinie) okazało się – mimo starannego wcześniejszego mierzenia – że niektóre zawisły nieco niżej, inne nieco wyżej. Średnia wysokość zamocowania była prawidłowa, ale mimo to półki wyglądały, jakbym wieszał je podczas trzęsienia ziemi. Podłożyłem tu i tam drewniane kołki i złożone wielekroć kartki papieru.

Nieocenioną pomoc przy tworzeniu nowych przestrzeni mojej domowej biblioteki okazał mi najmłodszy syn Aleksander. Wszelkie inne skojarzenia z tytułem niniejszego felietonu są całkowicie nieuprawnione.

To wszystko jednak nic wobec tego, co nastąpiło kilka dni później. Gruchnęła o ziemię długa na ponad 2 metry półka, w całości obłożona książkami. Gdybym akurat stał lub przechodził pod nią – na przykład wchodził lub wychodził z pokoju – niechybnie doznałbym ciężkich uszkodzeń ciała. Jeżeli bym przeżył, pewnie raz na zawsze wyleczyłbym się z zapędów do samodzielnych remontów i udoskonaleń w mojej sadybie. Niestety, nic mi się nie stało, więc postanowiłem sam podźwignąć z ruin moją półkową konstrukcję. Spróbuje tych podpórek metalowych…

Zgodnie z obietnicą zamieszczam kilka zdjęć, obrazujących fazy mojej ciężkiej pracy. Obrazu ruiny Wam oszczędzę – to naprawdę nie było zabawne.

Zaczynam znosić książki z piwnicy, to owoc jednego z pierwszych kursów.

Mój sprzęt mierniczy i monterski

Pierwsza półka w pokoju syna

Równolegle ruszyłem z robotą w przedpokoju; zwróćcie uwagę na zdradliwe drewniane podpórki

Półka u syna gotowa, zaczynamy ją wyposażać w arcydzieła literatury polskiej i obcej

Dzieła zebrane Henryka Sienkiewicza w żółtej płóciennej oprawie z 1955 roku (a nie z 1959, jak błędnie napisałem w felietonie w GO) runęły mi na łeb. Na szczęście brakowało kilku tomów, więc siła rażenia była stosunkowo słaba. Mimo to nie polecam takiego sposobu wbijania lektur do głowy

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.