29 Cze 2012

Mimo wielu ostrzeżeń, jakie życie daje mi w kwestii samodzielnych prac modernizacyjno-naprawczych, nie umiem się opanować. Tym razem popracowałem na odcinku kultury.

Z przeszłości niedawno minionej zostało mi trochę książek. Książka – jak niektórzy pamiętają – to taki przedmiot o strukturze wielowarstwowej i dość niejasnym przeznaczeniu, wykonany z zadrukowanego papieru. Nagromadzony w ilości nadmiernej – to znaczy powyżej dwóch – zagraca mieszkanie, gromadzi kurz i roztocza i może być przyczyną wielu ciężkich chorób, w tym niebezpiecznych uzależnień.

Mimo tych zagrożeń jakoś nie mogę się książek pozbyć. Trzymam je na półkach w domu, a część w piwnicy.  Co jakiś czas te z piwnicy taszczę do mieszkania i układam, gdzie się da, po czym znów wynoszę do piwnicy – bo jednak się nie da. I tak w kółko od wielu lat.

Postanowiłem skończyć z tym idiotyzmem. Najpierw próbowałem wyrzucić te całkiem niepotrzebne tomy. Udało mi się z podręcznikami do V klasy podstawówki. Inne po prostu nie dawały się odkleić od moich półek i mojej chorej psychiki.

Nowe czasy wyzwalają jednak w człowieku nową kreatywność. Przecież w mieszkaniu jest całkowicie niewykorzystana przestrzeń tuż pod sufitem. Trzeba tylko zamocować tam odpowiednie półki.

Zabrałem się za to – już pewnie zgadujecie – osobiście. Dzięki nowej drodze postępu, na jaką mój kraj wkroczył ponad 20 lat temu, mamy sklepy pełne różnych różności, w tym półek, haczyków, podpórek i innego diabelstwa, wymyślonego na udrękę mężczyzn, z których podobno każdy jest urodzonym majsterkowiczem.

Wykorzystując dawno ukryte możliwości mojego umysłu obliczyłem nie tylko łączną i odcinkową długość potrzebnych mi półek, ale też wymyśliłem, że będą stykały się w narożnikach poprzez skośne nacięcie ich końcówek. Dziś przystępuję do realizacja tego ambitnego projektu.

Jeżeli kolejny mój felieton nie ukaże się o zwykłym czasie w zwykłym miejscu będzie to oznaczało, że zostałem ukamieniowany (uksiążkowiony?) przez lawinę książek, spadających mi na łeb z nieudolnie zamocowanych półek.

PS. Ponieważ mimo wszystko przeżyłem (a nie było łatwo), wkrótce napiszę o efektach mojego znoju. Będą zdjęcia!

25 Cze 2012

Tytuł pożyczyłem od Bułata Okudżawy. Pamiętacie jego pieśń „Ostatni trolejbus”? Posłuchajcie:



W Moskwie, zresztą w ogóle w całej Rosji, trolejbusy były zdecydowanie bardziej upowszechnione, niż w Polsce. Kto pamięta olsztyńskie trolejbusy? Ja pamiętam, chociaż rzadko korzystałem. W dzieciństwie jeździłem tramwajami lub chodziłem piechotą. Był jednak krótki czas, gdy trolejbus stał się dla mnie dość ważny. Tak o tym pisałem niedawno w Gazecie Olsztyńskiej:

– Tu była kiedyś pętla trolejbusowa – powiedziałem niedbale, unikając jednocześnie zręcznie kolizji z wyprzedającym mnie nieprzepisowo prawym pasem srebrnym passatem.

-Naprawdę?! – Zdziwiła się córka, zgodnie zresztą z moim oczekiwaniem i usadowiła się wygodniej w fotelu. To znaczy, że chce posłuchać.

Nie mnie takie znaki dwa razy powtarzać. Rzeczywiście było tak, że realizując marzenie naszej mamy o naszej muzycznej karierze (jak się okazało absolutnie nieziszczalne), dojeżdżaliśmy z bratem parę razy w tygodniu do ogniska muzycznego. Nasza akademia mieściła się początkowo w szkole podstawowej nr 2 na rogu ul. Kościuszki/Piłsudskiego (wtedy Zwycięstwa), a później nieco dalej; w szkole specjalnej nr 8 przy tejże ulicy Zwycięstwa. Budując podwaliny pod przyszłą karierę pianistyczną tarabaniliśmy się parę razy w tygodniu środkami komunikacji publicznej; najpierw tramwajem linii nr 1 do Mostu Świętego Jana (wtedy po prostu Most Jana), potem kawałek pieszo na plac Roosevelta, a stąd trolejbusem linii bodaj 4 niemal pod samą szkołę.

Pamiętam do dzisiaj widok z okna podstawówki nr 8. Zielone pola i łąki, na nich pasące się Mućki i Łaciate. Szkoła stała praktycznie już za miastem; ostatnie zabudowania mieszkalne to były szeregowce przy ulicach Grotha i Narutowicza naprzeciwko szkoły, nieco dalej stały zabudowania gospodarstwa Anielska Górka, które przetrwało do lat 70. Nazwę Anielska Górka nosiło też całe to przedmieście, powstałe w latach 30. XX wieku.

Niestety piękne okoliczności przyrody, ani nawet duch historii przedwojennego Olsztyna nie wsparły naszych mizernych talentów muzycznych. Być może wytrzęsły się gdzieś po drodze lub zostały w którymś z olsztyńskich trolejbusów. Nie dano nam szansy na ich odszukanie; popularne trajtki wkrótce zniknęły z ulic naszego miasta.

Jak łatwo wywnioskować z tych moich wynurzeń, nigdy nie zrobiłem kariery muzycznej, poprzestając na zawodzeniu przy akompaniamencie gitary przy żeglarskich ogniskach. Na szczęście nie zachowały się żadne nagrania moich artystycznych produkcji, więc nawet jeśli wpadnę w szał samouwielbienia, nie uraczę was próbkami tych – pożal się Boże – występów.

19 Cze 2012

Z przerażeniem zauważyłem, że mój blog starzeje się szybciej ode mnie. Chyba nie o takie przyspieszenie nam chodzi.

Co dodam nowy wpis, to za chwilę już staje się starym wpisem. Ja rozumiem: Internet, przekaz on-line, nowoczesne tempo życia – ale żeby aż tak.

No więc postanowiłem przyspieszyć i zagęścić, tym bardziej, że coś tam wymyśliłem od czasu ostatniego wpisu.

Oto myśl pierwsza, może nawet złota, co o tym sądzicie?

Tuż przed II wojną światową sterowce, czyli olbrzymie balony z własnym napędem – początkowo parowym, później spalinowym – odgrywały kluczową rolę w polityce gospodarczej i militarnej III Rzeszy. Dopiero spektakularna katastrofa słynnego LZ-129 Hindenburg (spłonął 6 maja 1937 r. podczas cumowania na lotnisku w Lakehurst w stanie New Jersey w USA) zatrzymała karierę sterowców w lotnictwie pasażerskim.

Kilkanaście lat temu grupa zapaleńców z Niemiec wpadła na pomysł, aby zbudować nowoczesny sterowiec do celów transportowych. Odpowiednio duży balon mógłby transportować elementy wielkich konstrukcji czy np. transformatory do budowy linii energetycznych na duże odległości. Taniej, bezpieczniej i wygodniej niż drogą morską, nie mówiąc już o transporcie kolejowym czy drogowym.

Zawiązana w tym celu spółka Cargolifter AG kupiła tereny po dawnym lotnisku wojskowym w okolicach Krausnick, ok. 60 km na południe od Berlina. Powstała tam gigantyczna hala produkcyjna o długości 360 metrów, szerokości 210, wysoka na 107 metrów. Zmieściłaby się tam swobodnie w pozycji stojącej nowojorska Statua Wolności, a na leżąco paryska wieża Eiffla i nasz Pałac Kultury na dokładkę. To do dzisiaj największa hala o konstrukcji samonośnej na świecie.

Projekt związany ze sterowcami wkrótce niestety upadł, ale pozostała gigantyczna hala. W 2003 roku teren wraz z nietypową budowlą został zakupiony przez malezyjskie konsorcjum Tanjong PLC/Colin Au. 19 listopada 2004 roku powstał tam największy na świecie park rozrywki o nazwie Tropical Islands.

Pomysł podajemy pod rozwagę naszym władzom. Jeżeli już wszystkie projekty związane z wciąż nieistniejącym lotniskiem w Szymanach upadną, zawsze można utworzyć tam park rozrywki. W razie potrzeby służę adresem malezyjskiego konsorcjum.

Tak wygląda z daleka gigantyczna hala Tropicana Islands:

Więcej zdjęć możecie sobie znaleźć w Internecie.

 

06 Cze 2012

Leń ze mnie śmiertelny. Nie potrafiłem zmusić się do nocnego czuwania lub do wczesnorannego wstania, by obejrzeć zaćmienie Słońca przez Wenus.

Umówmy się: cóż to za zaćmienie. Wenus na tle Słońca wygląda mniej więcej jak ziarenko pieprzu. Gołym okiem na pewno nic bym nie zobaczył. Musiałbym dopchać się do lunety w Obserwatorium Astronomicznym na dawnej wieży ciśnień w Olsztynie. Pewnie i tak bym się nie dopchał. Mam nadzieję, że usprawiedliwienie przyjęte.

Nietypowe zjawiska astronomiczne są pożywką dla różnych domorosłych wróżów i posłańców Apokalipsy. Pewnie wędrówka Wenus przed Słońcem przyda się do konstrukcji kolejnych teorii zagłady świata, jakby mało było dotychczasowych. Niewierny ze mnie Tomasz, jakoś nie wierzę w koniec świata, wieszczony z różną częstotliwością i na różne terminy przez mniej lub bardziej nawiedzonych wieszczów.

Atoli jest coś na rzeczy. W Apokalipsę sterowaną przez siły nadprzyrodzone co prawda nie uwierzę nigdy, ale Wszechświat, Kosmos – nazwijcie jak chcecie – jest jednak przestrzenią wciąż w 99,9 procentach nieznaną i niezbadaną. A jak już coś zbadamy, to mamy same niedobre wiadomości.

Ostatnia otóż jest taka, że nasze własne kochane słoneczko może nas nie tylko pożreć (co nieuchronnie nastąpi, ale nie jutro, nie pojutrze, a za jakieś 4 – 5 miliardów lat), ale też przysmażyć i pozbawić prądu i GPS-u, o Internecie nie wspominając.

Ma to nastąpić podobno równo za rok, w maju 2013. Słońce błyśnie, huknie i wystrzeli miliardami ton plazmy, która dotrze do Ziemi w postaci niewyobrażalnie silnej energii. Coś takiego zdarzyło się już w roku 1859, a opisał to niejaki Richard Carrington, stąd zjawisko znamy jako efekt Carringtona. Według specjalistów z NAS (Amerykańska Akademia Nauk), gdyby taki jak wówczas rozbłysk zdarzył się teraz, spowodowałby zniszczenia infrastruktury sięgające w samych tylko Stanach Zjednoczonych 2 bln dolarów, a ich odbudowa zajęłaby od 4 do 10 lat. Na całej Ziemi zabrakłoby energii, nastąpiłby paraliż komunikacyjny, przestaną działać windy, stacje benzynowe, telefony, radio i telewizja, satelitarna nawigacja, stanie cały przemysł. Nie wiadomo, jak długo trwałaby ta Apokalipsa i jak długo trzeba by usuwać jej skutki. A może skutki byłyby znacznie mniej dolegliwe – tak twierdzi np. dr Piotr A. Dybczyński z Instytutu Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Przedsmak tego wszystkiego będziemy mieli już w najbliższy czwartek i piątek. Wtedy dopiero odczujemy skutki wybuchów na Słońcu, które miały miejsce wczoraj (we wtorek 5 czerwca). Mogą być zakłócenia w przesyłaniu energii, sygnale GPS i łączności satelitarnej. Naładowane cząstki ze Słońca wywołają też niezwykle intensywne zorze polarne.

To wszystko jednak głupstwo wobec ważkiego problemu, nurtującego nasz naród: czy amerykański prezydent wystarczająco pokornie przeprosił za lapsus językowy, jaki mu się przydarzył podczas uroczystości ku  czci Jana Karskiego. Tym żyje nasz świat, nie jakimś głupim Słońcem.

A to właśnie Wenus na tle Słońca – to ta czarna kropka na górze po lewej.  Jak Wam się podoba?

Tranzyt sfotografowany przez sondę Solar Dynamic Obserwatory 

Fot. NASA


 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.