31 Maj 2012

Amerykański prezydent Barack Obama z kamienną twarzą palnął to, co palnął, polski gość honorowy, były minister spraw zagranicznych z równie kamienną twarzą wziął tę gafę na klatę, bo raczej nie mógł inaczej. Z podniosłej uroczystości zrobiła się nieprzyjemna tragifarsa.

Amerykanie próbują zlekceważyć całe zajście, twierdząc – nie bez racji – że każdy może się pomylić. Pewnie, że może – u cioci na imieninach, ale nie na prestiżowym spotkaniu, mającym uhonorować jednego z największych współczesnych polskich bohaterów.

Polacy są szczególnie uczuleni, jeżeli chodzi o ten fragment narodowej historii. To, co dla amerykańskiego prezydenta jest tylko – wierzę w to głęboko – zwykłym przejęzyczeniem, leksykalną niezręcznością, dla nas urasta do rangi narodowej zniewagi, wypaczania historii, a nawet stawiania Polaków w dwuznacznym świetle wobec nazizmu i Holokaustu..

Jan Karski blisko 70 lat temu raportował brytyjskim i amerykańskim przywódcom przerażającą prawdę o Holokauście. Został wówczas zlekceważony przez prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta. Kilka dni temu, 11 lat po śmierci, Jan Karski został ponownie – choć tym razem mimowolnie – zlekceważony przez innego prezydenta. Żałosny chichot historii.

 

14 Maj 2012

Wielka impreza musi kosztować wielkie pieniądze. Tylko dlaczego u nas musi być najdrożej?

Może narażę się milionom polskich kibiców, ale mnie jest dokładnie obojętne, gdzie odbywają się wielkie sportowe imprezy. Wszelkim igrzyskom – od olimpijskich poczynając, na różnych czempionatach w piłkę kopaną,  rzucaną czy odbijaną kończąc – przyglądam się z wygodnego fotela przed telewizorem. Jedynym wyjątkiem są zawody pływackie, na których ongiś bywałem z obowiązku, obecnie pojawiam się dla przyjemności i w celach towarzyskich. Zawsze spotkam dość liczną grupkę przyjaciół spod znaku czepka.

Podkreślam ten mój telewizyjny dystans po to, aby wykazać absolutną swoją neutralność w kwestii organizowania (bądź nie) rzeczonych mistrzostw w piłkę kopaną w naszym pięknym kraju. Ta neutralność powoduje, że zamiast radować się jak dziecko, napełniam się raczej coraz większą niechęcią, przerażeniem niemal. Klęski nasze na różnych arenach przygotowań do EURO 2012 oznaczają bowiem  nie tylko mniejszą lub większą kompromitację w oczach innych narodów, ale też całkiem wymierne miliardy, wdeptane lub wrzucone w błoto. Tak te wątpliwości wyraziłem w cotygodniowym felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o Euro 2012 – tak można strawestować znane w naszym kraju powiedzonko.

Euro 2012 to kosztowna zabawa. Nie wierzę w bajania o krociowych zyskach, jakie piłka kopana ma rzekomo przynieść całej gospodarce narodowej. Wpływy z biletów i tak zgarnia UEFA, odpalając nam (głównie PZPN-owi) jakąś tam działkę. Wpływy z nocowania kibiców i fetowania zwycięstw ich drużyn zasilą kasę hoteli, knajp i pubów. Tylko nikła część tej forsy trafi do kasy państwa w formie podatków. Za zdemolowane dworce, pociągi, samoloty i autobusy zapłaci państwo, czyli my wszyscy, albo właściciele pociągów, samolotów i autobusów – co z kolei na pewno poszkodowani odbiją sobie w cenach usług. Zapłacimy my, klienci. Krocie wydamy na pracę służb porządkowych i nadzwyczajne działania policji. Wydaliśmy już parę miliardów na stadiony, w tym prawie 2 miliardy na dumę narodową w Warszawie, która właśnie – jak przeczytałem – zaczęła się sypać. Kolejne miliony pójdą na wymianę murawy, bo ta, którą położono, nadaje się bardziej do leżakowania, niż do grania.

Podobno na mistrzostwach mamy zyskać wizerunkowo, dzięki czemu długofalowo zyskamy na zwielokrotnionym ruchu turystycznym. Jakoś wątpię, czy poprawią nam wizerunek nieukończone autostrady i kolebiące się na przestarzałych torach pociągi, o korkach w miastach (brak obwodnic, w tym obwodnicy Warszawy) nie wspominając.

Czy zatem Euro 2012 nie ma sensu? Oczywiście, że ma, ale nie można sprowadzać wszystkiego do wymiaru biznesowego. Piłka to wielki biznes, ale też – a może przede wszystkim – wielkie igrzyska, rozrywka dla mas i dla elit. Nie wmawiajmy sobie i innym, że robimy na niej wszyscy świetny interes. Narodowi potrzebne są w jednakim stopniu i chleb, i igrzyska. Szkoda tylko, że biznes robią elity, masom pozostawiając tylko igrzyska.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że EURO 2012 oznacza też kilka nowych lotnisk, ileś tam kilometrów autostrad (niedokończonych, to prawda, ale są – kiedyś uda nam się je dokończyć), kilka pięknych stadionów itd. Postawię jednak proste pytanie: czy te lotniska, drogi, a nawet stadiony nie mogłyby powstać, gdyby nie EURO? Odpowiedzmy sobie wszyscy na to pytanie. Jeżeli nasz kraj ma się rozwijać tylko dlatego, że zagrają tu w piłkę, to ja dziękuję za taką linię rozwoju.

07 Maj 2012

Majowy weekend mamy z głowy. Jak to mówiła pani Dulska: znowu można zacząć żyć po bożemu.

Mnie majowy weekend, niezależnie od jego długości, nie kojarzy się specjalnie przyjemnie. Wynika to z tego, że bycie dziennikarzem czy redaktorem daje wiele radości, ale niewiele przywilejów. No chyba że za przywilej uznać konieczność pracy we wszystkie dni, powszechnie uznawane na wolne od pracy, świąt kościelnych (o zgrozo!) nie wyłączając.

Nie narzekam, stwierdzam oczywistą oczywistość. Jeżeli chcemy rano kupić świeże bułeczki, to ktoś je musiał w nocy upiec. Jeżeli po świętach chcemy wziąć do ręki gazetę ze świeżymi wiadomościami, to ktoś te wiadomości musiał dzień wcześniej napisać, opracować, zredagować i wydrukować, a później gotową gazetę dowieźć do kiosku czy do sklepu. Tyle.

Skoro już się wyżaliłem na swą dolę ciężką, przejdźmy do tematu wesołego jak sam maj, czyli do egzaminów maturalnych. Dyskutujemy na temat matur od lat: że za łatwe, że nie uczą myślenia, i że tak być musi, bo – powiada jeden z ministerialnych mędrców – matura musi być dostosowana do poziomu ucznia przeciętnego.

A niby dlaczego? Dlaczego egzamin na prawo jazdy może być trudny i nikomu do głowy nie przyjdzie, żeby go ułatwić, dostosowując do „poziomu ucznia przeciętnego”. Jeżeli ktoś się nie nadaje na kierowcę, to egzaminu nie zda i prawa jazdy nie otrzyma. Dlaczego tak samo nie może być z maturą? Że co? Że matura jest przepustką na studia? No właśnie. Kto powiedział, że na studia mają się dostawać wszyscy chętni? Kiedyś uczelnie dobierały studentów, przesiewając kandydatów przez sito egzaminacyjne. Miałem w liceum kolegę, który dostał się na studia w Wojskowej Akademii Technicznej. Ja bym w tej uczelni nie mógł nawet zamiatać korytarzy, więc pukałem do bram uniwersyteckich, aż się dopukałem.

Oba tematy: matury i Wielką Majówkę, wziąłem pod obcas w cotygodniowym felietonie w Gazecie Olsztyńskiej:

 

Na Mazury i na matury

W tym roku matury pięknie zharmonizowały się z wielką majówką. Co prawda sami maturzyści mają przerąbane, bo pierwsze egzaminy są już 4 maja, czyli dzisiaj. Zatem maturzysta nie spędzi całego długiego weekendu z mamą i tatą, którzy zechcą np. wyjechać całą rodziną do domku na Mazurach, albo zrobić szybki wypad na Wyspy Kanaryjskie. Maturzysta musi być zwarty i gotowy i wykorzystać tych parę dni superdługiej majówki na wkuwanie równań z dwoma niewiadomymi i rozpaczliwe czytanie bryków z nieprzeczytanych lektur. Na szczęście od takich bryków aż się roi w Internecie, więc można zdać celująco maturę z polskiego i odejść ze szkoły w przekonaniu, że ramotę pod dziwacznym tytułem Przedwiośnie napisał był kiedyś niejaki Ignacy Krasicki.

Ale miało być o dniach wolnych. No więc maturzyści – jako się rzekło – mają majówkę w plecy, co innego ich koledzy z młodszych klas. Ci mają praktycznie dodatkowe dwutygodniowe wakacje.

Skąd taka laba? Ano stąd, że egzaminy pisemne z matematyki i języka angielskiego odbywają się 8 i 10 maja, czyli we wtorek i czwartek. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że ogromnej większości uczniów nie będzie się chciało chodzić do szkoły co drugi dzień, czyli w poniedziałek, środę i piątek. Zapewne podobnie było – jeżeli chodzi o frekwencję – w tygodniu szczęśliwie się kończącym.

Tym sposobem szkoły przez dwa tygodnie były (i są jeszcze) do wyłącznej dyspozycji nieszczęśników w białych koszulach, ciemnych garniturach i takichż spódniczkach (dotyczy płci przeciwnej), którzy zrzucą te dziwaczne uniformy dopiero pod koniec maja. Jeżeli zdadzą – a zdadzą jak co roku prawie wszyscy – to wreszcie będą mieli jak najbardziej zasłużone wakacje. Ci którzy nie zdadzą – też, ale nucąc słowa piosenki sprzed lat: znów za rok matura.

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.