30 Kwi 2012

Z całej wielkiej dyskusji o telewizji na razie zrozumiałem tylko tyle, że antena stojąca na dachu mojego bloku będzie za jakiś czas mogła odbierać i przekazywać sygnał cyfrowy.

Dla przeciętnego zjadacza telewizyjnej papki jest to absolutnie bez znaczenia, bowiem gniazdka telewizyjne w mieszkaniach bloków wielorodzinnych są od dawna pozbawione sygnału jakiegokolwiek. Trawestując zatem znane powiedzenie mojej nieocenionej małżonki: jest mi dokładnie obojętne, jakiego sygnału NIE BĘDĘ odbierał.

Tak wzmiankowaną dyskusję oceniłem w felietonie, który ukazał się w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Rewolucja z przeplotem

Jestem z tego pokolenia, które pamięta rewolucję w telewizji, polegającą na pojawieniu się koloru na naszych domowych ekranach.  Pamiętacie ówczesne programy telewizji w gazetach? Pośród – powiedzmy – piętnastu pozycji przy trzech pojawiał się dopisek: kolor. Potem tych „kolorowych” dopisków było coraz więcej, aż w końcu czarno-biały  obraz odszedł nieodwołalnie do lamusa. Osobiście nie tęsknię.

Z podobną rewolucją mamy znów do czynienia, co dla mnie jest jawną niesprawiedliwością dziejową. Czuję się osobiście pokrzywdzony, bo do rewolucji mam stosunek – jak kiedyś powiadano – ambiwalentny. To znaczy rozumiem jej nieuchronność, ale wolałbym, aby omijała mnie z daleka.

Z drugiej jednak strony współczesne rewolucje różnią się od tych znanych ze szkoły między innymi tym, że są bezkrwawe. Co więcej – zmieniają świat na korzyść – jak na przykład nasza rewolucja ustrojowa z roku 1990. Nijak nie da się tego powiedzieć o takiej na przykład rewolucji z pamiętnego roku 1917.

Współczesne rewolucje upodobniają się natomiast do tamtych historycznych głównie tym, że nikt ich nie rozumie. Osobiście jestem na przykład na etapie rozgryzania tajemniczych liter HDTV. Póki co odkryłem, że oznaczają one telewizję wysokiej rozdzielczości, czyli po naszemu lepszej jakości. Osiąga się tę jakość podobno dzięki rezygnacji  z sygnału z przeplotem. Dalej nie wiem, co to znaczy, ale brzmi – przyznacie – obiecująco. 

Cała ta awantura wokół tzw. multipleksów (co to do cholery jest?) telewizji cyfrowej jest moim zdaniem kompletnie bez sensu. Po uruchomieniu jakimś gigantycznym kosztem wszystkich trzech rzeczonych multipleksów będziemy mieć na nich nieco ponad 20 programów. W mojej sieci kablowej mam tych programów około setki – i to w pakiecie podstawowym. Więc póki co przy takiej telewizji trwam.

Szczytem moich osiągnięć w dziedzinie elektroniki użytkowej jest strojenie telewizora do odbioru telewizji kablowej. Jakieś licho co jakiś czas skłania mnie do zmiany jednego operatora na innego, po czym znów do powrotu do tego poprzedniego. Za każdym razem muszę wszystkie moje telewizory dostroić do … no właśnie do czego?. Chodzi o to, żeby odbierać wszystkie oferowane programy (nie wiem po co, oglądam może ze cztery).

Obecnie sytuację mam taką: w salonie telewizor ma dekoder, który sam łapie programy. Drugi telewizor z dekoderem stoi w pokoju teściowej, ale już we własnej sypialni dekodera niestety nie mam. Stojący tam telewizor odbiera kilka tylko przypadkowo złapanych programów, no bo trzeba go dostroić do tego czegoś, co programy podaje. Wczoraj szukałem kanału z filmem, który akurat oglądałem w salonie, a chciałem dokończyć w sypialni. Zanim znalazłem, film miał się ku końcowi, więc zgubiłem wątek. Na szczęście i tak musiałem wyłączyć, aby nie zakłócać wypoczynku przysypiającej obok małżonce. Czeka mnie nowe wyzwanie: zakup słuchawek, najlepiej bezprzewodowych. Ale jak je dostroić do tego czegoś, co nawet nie wiem, jak sie nazywa?

24 Kwi 2012

Mówiąc w dużym uproszczeniu, od ponad ćwierćwiecza żyję w dość skomplikowanym trójkącie małżeńskim. Póki co żadna ze stron nie myśli o rozstaniu.

Trójkąt małżeński, w którym wszyscy są wierni sobie nawzajem – oto sztuka, która udaje się nielicznym. Moja nieoceniona małżonka z pełnym zapałem podtrzymuje ten – wydawałoby się dziwaczny – związek.

Rzecz całą wyłuszczyłem w moim stałym felietonie w magazynowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej.

Małżeński trójkąt

Jako nieletnie pacholę miałem twarzyczkę pacholęcia właśnie, co mi zostało do późnej dorosłości. Miałem przez to pewne problemy na początku mojej dziennikarskiej – przepraszam za słowo – kariery. Zaczynałem młodo, a na dodatek ten dziecięcy wygląd… Zawsze jednak magicznie działała nazwa, a wobec większych niedowiarków – także legitymacja mojej macierzystej Gazety Olsztyńskiej.

Wkrótce moja staruszka dobiła do okrągłej setki. Uczciłem tę okrągłą rocznicę medalem (przyznanym mi zapewne omyłkowo), a także – możecie wierzyć lub nie – ożenkiem. W ten dość skomplikowany sposób powiązałem trwale swoje życie prywatne z zawodowym, bowiem wybranką została stażystka mojej Gazety, którą przysposabiałem do życia w nowej, dziennikarskiej rodzinie.

Nie miejsce tu oczywiście na prezentowanie szanownym Czytelnikom historii mojego życia małżeńskiego, tym bardziej, żem raczej nieskory do tego rodzaju zwierzeń. Piszę o tych nieco intymnych szczegółach po to, by uzmysłowić Państwu – a i sobie przy okazji – jaki wpływ mają nasze wybory zawodowe na życie osobiste. W moim przypadku był to wpływ fundamentalny i decydujący. Mój związek z Gazetą, a także z najlepszą z żon, trwa do dzisiaj. Używając ryzykownej przenośni można powiedzieć, że żyjemy od lat w trwałym trójkącie małżeńskim, a mimo to trudno mówić w tym przypadku o zdradzie.

Chlubimy się dzisiaj Gazetą ze 126-letnim stażem. To oczywiście duże uproszczenie, bowiem Gazeta Olsztyńska od dnia swoich narodzin (przypominam – 16 kwietnia 1886) wielokrotnie znikała i pojawiała się ponownie, zmieniała nazwę i tytuł, obrastała nowoczesnymi atrybutami współczesnej komunikacji medialnej. Przy tym wszystkim – podobnie jak wspomniana wyżej małżonka – nieustannie dojrzewała i piękniała jednocześnie. Tak potrafią tylko wyjątkowe kobiety i … gazety.

Ciąg dalszy – mam nadzieję – nastąpi.

15 Kwi 2012

Staram się na ogół nie mieszać do polityki. Swoim gadaniem nic przecież nie zmienię, a udział w dyskusji politycznej nieuchronnie niesie ryzyko wykąpania się w szambie.

Z drugiej jednak strony nie mówić nic? Ludzie mogą pomyśleć, żem głupek albo – co gorsza – tchórz. Lech Wałęsa powiadał, że boi się tylko pana Boga i żony Danusi. Pan Bóg się nie odezwał, ale pani Danusia – owszem. Więc ja nie będę ryzykował i nie powiem, czego lub kogo się boję. Chcecie – czytajcie, chcecie – komentujcie.

Widmo katastrofy smoleńskiej wisi nad Polską jak mgła, ale nie łudźmy się, że jak mgła rozwieje się za pierwszym powiewem ożywczego wietrzyku. Żadna wichura, żaden tajfun nawet tu nie podoła.

Polityczne zawirowania wokół tego ogromnego narodowego nieszczęścia, jakie na nas wszystkich spadło dwa lata temu, zapewne prędko nie ustaną. Widzę jakieś potworne wynaturzenie w tym chorobliwym wyścigu: z jednej strony do jak najszybszego przejścia nad katastrofą do porządku dziennego, z drugiej zaś – do wyłapania i przykładnego ukarania „zbrodniarzy”, którzy – wedle najbardziej skrajnych sformułowań – mają „krew na rękach”.

Jeżeli pominiemy złą wolę (której wszak wykluczyć nie można u żadnej ze stron) widzę jedno tylko wytłumaczenie tego nierozwiązywalnego zapętlenia. To gigantyczne nieporozumienie, pomieszanie z poplątaniem. Wielkie nieszczęście budzi w nas naturalną potrzebę znalezienia winnego. W tym przypadku łatwo o niebezpieczne uproszczenia: winny jest rząd, jego szef i ministrowie. Jakże łatwo i bezkarnie można przekraczać w takim rozumowaniu granicę absurdu. Stąd teorie spiskowe o zamachu, helu, wybuchach, dobijaniu rannych i inne brednie.

Nieporozumienie, o którym mówię, polega na szukaniu jasnych, ostrych powiązań, dających się sprowadzić do syndromu zbrodni i kary. Skoro nieszczęście jest wręcz niewyobrażalne w swych wymiarach, to i przyczyna musi być jakaś przerażająco niesłychana. Nie mieści się w wielu głowach, że tą przyczyną mogło być jakieś drobne zaniedbanie lub po prostu błędy pilotów i nawigatorów. Publicyści piszą, że zawiniła polska i rosyjska bylejakość, postawa z cyklu „jakoś to będzie”. Może tak, może nie, być może pełną prawdę poznamy za kilka miesięcy lub lat, być może nie poznamy jej nigdy. Może przynajmniej poznamy sposób na smoleńską mgłę.

Wszystko to, co powyżej, nie jest niczym nowym. Wydaje mi się, że podobnie myślą miliony spokojnych, rozsądnych ludzi. Jan Pietrzak rzucał kiedyś z estrady taki żart: „Program partii (chodziło oczywiście o PZPR- ab) programem narodu. Dlaczego nie odwrotnie?”

Ten żart Jana Pietrzaka pozostał wiecznie żywy, chociaż PZPR już dawno jest nieboszczką.

10 Kwi 2012

W związku z wielkanocnym wyjazdem na drugi koniec kraju postanowiłem co nieco poregulować w moim aucie. Miało być lepiej, a wyszło jak zwykle.

Wytrwali czytelnicy moich tutejszych wpisów dobrze wiedzą, że jak już podejmuję jakiś temat z życia techniki, to dobra zabawa murowana. Niestety jest to zabawa moim kosztem. Sami zobaczcie. Opisałem to jeszcze przed świętami w Gazecie Olsztyńskiej:

Przejeżdżam przez czarne od smarów kałuże i staję pod ściana warsztatu. Za kilkanaście minut, wedle obietnicy szefa, wjadę na kanał i szybciutko ustawią mi tzw. zbieżność kół.

Wychodzę z samochodu, rozglądam się, brodzę wśród tych czarnych kałuż, wiatr mi wydmuchuje resztki domowego ciepła spod kurtki, więc wchodzę do hali. Kręcę się tu i tam, czekając na swoją kolej. Nagle jak nie huknie! Ten sam wiatr, który szarpał mi kurtkę, otworzył niedokładnie zamknięte metalowe drzwi, które zatrzymały się dopiero na … moim samochodzie.

Dobiegam, oglądam – jest wyraźne wgniecenie, ale moje blachy to nie żadna tam chińszczyzna, tylko solidna, niemiecka robota. Gdyby na przykład trafiło na samochód mojej żony, nie byłoby co zbierać.  Tak się pocieszam w tym moim nieszczęściu i wjeżdżam do środka. Tu wszakoż okazuje się, że regulacji zrobić nie można, bo mam jakieś luzy na wahaczach. Trzeba wymienić i dopiero wówczas wyregulować.

Odkręcają więc te wahacze, ale śruba nie puszcza. Próbują tak i siak, kluczem dużym i jeszcze większym, aż nagle trrrach! Ukręcili łeb śrubie. Wahacz dalej tkwi na swoim miejscu jak przyspawany.

Pan mechanik zebrał się w sobie, pomamrotał pod nosem i zaczął odkręcać – jak mi się wydawało – wszystko jak leci. Po pół godzinie miał na ziemi już pół mojego samochodu – w tym ten nieszczęsny wahacz zrośnięty z jakimś innym diabelstwem.  Wybił urwaną śrubę stalowym bolcem i potężnym młotem. Reszta to już fraszka. Przykręcił nowe wahacze, złożył całość do kupy i nawet nic mu nie zostało. Nie licząc starych wahaczy, rzecz jasna, bo dla nich nie znalazł niestety żadnego zastosowania.

Cała ta operacja kosztowała mnie… mniejsza o to, w każdym razie sporo. W dodatku te cholerne drzwi, waląc w mój błotnik, naruszyły mocowanie reflektora, który co prawda świeci, ale jakby bardziej krzywo.

I jak tu polubić poniedziałki?

 Najgorsze jest to, że po całej tej kosztownej operacji samochód jeździ jakby trochę krzywo, ma poluzowane mocowanie reflektorów (to od tego uderzenia ciężkimi stalowymi wierzejami), a po uruchomienia silnika coś piszczy i pokazuje się lampka, informująca o niemożności automatycznej regulacji reflektorów. A wszystko przez to, że zachciało mi się regulować samochód w poniedziałek.

Jest jednak też akcent pozytywny. Taką oto tablicę znalazłem w tym warsztacie. Pamiętacie?

 

 

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.