26 Mar 2012

Oglądam tę promocję z wszystkich stron, zaglądam jej pod podszewkę – no nie widzę żadnych pułapek. A jednak…

Żyję już trochę na tym świecie, więc – wydawałoby się – powinienem być już całkowicie impregnowany na tak zwane promocje. Najgorsze zaś jest to, że łapię się wcale nie na lep spodziewanych zysków czy oszczędności, ale własnej ciekawości. Ta propozycja wydawała się czysta i prostolinijna, choć podejrzanie korzystna. Poczytajcie sami:

Plusy dodatnie i ujemne

Czasem tak się zdarza, że człowiek o czymś tam myśli, coś zamierza, coś planuje, czegoś szuka – a tu prast! To „coś” samo przychodzi albo przyjeżdża i naprasza się: weź mnie!

Do mnie nie przyjechało ani nie przyszło, tylko jak przystało na XXI wiek pojawiło się w poczcie elektronicznej. Szukałem otóż niedrogich noclegów w celu odbycia turystyczno-poznawczej podróży po kraju z ewentualnym wypadem za granicę. I co powiecie?! Dostaję elektroniczny list: zapraszamy do wypełnienia ankiety o jakichś tam produktach. „Dla Internautów biorących udział w badaniach  przeznaczono pulę voucherów. Upoważniają one do korzystania z darmowego zakwaterowania w jednym z 800 europejskich hoteli. Jedynym warunkiem przydzielenia vouchera jest wypełnienie całego formularza ankiety” – czytam w liście.

Wypełniam ankietę i pierwsza niespodzianka: muszę zapłacić z internetowego konta 37 złotych „za przygotowanie i wysyłkę vouchera” (na początku oczywiście nic nie wiedziałem o opłacie). Dostaję link do odpowiedniej strony wraz z kodem dostępu. Nic nie kłamali, rzeczywiście jest całkiem sporo adresów różnych hoteli i zajazdów. Wybieram na chybił trafił gdzieś pod Wrocławiem. Spanie rzeczywiście bezpłatne, ale trzeba wykupić śniadanie i obiad w łącznej cenie – bagatela – 139 złotych. Wybieram na chybił trafił ofertę we Francji – nocleg bezpłatny, posiłki j.w. za jedyne 389 euro. To samo w Niemczech, we Włoszech, w Szwajcarii. Drogie, cholera, te bezpłatne hotele. Chyba jednak poszukam płatnych. Będzie taniej.

Natomiast mile mnie rozczarował mój nowy operator od telefonu komórkowego. Przysłał aż dwie faktury, z których wynikało, że mam jakieś diabelnie duże zaległości. Jedna faktura opiewała na 69,68 zł, druga – na 25,50 złotych. Razem wyszło im 0 (słownie zero) złotych. Taka nowatorska matematyka, przyznacie – bardzo przyjazna dla klienta.

Żeby była jasność: o te hotele nie mam wcale pretensji, choć bez sensu wywaliłem 37 złociszy – raczej na pewno nie skorzystam. Zdumiewa mnie natomiast kreatywność tak zwanych menedżerów, ale po równi zadziwia naiwność odbiorców tych pokrętnych informacji. U mnie ta naiwność odradza się jak – nie przymierzając – u innych włosy na głowie. Wydawałoby się, że po różnych ofertach „bezpłatnych” telefonów, bardzo zyskownych polis ubezpieczeniowych, na których na razie straciłem ok. 50% nominalnej wartości wkładu (miało być tyleż procent zysku, jak przekonywał elokwentny agent) moja ufność wobec kolejnych promocji powinna być równa dokładnie zeru. Tymczasem – patrz wyżej.

Jeszcze słówko komentarza w sprawie wspomnianych faktur za telefon. Mój stosunek do słowa „faktury” jest dokładnie taki sam, jak  Chucka Norrisa z popularnej ostatnio reklamy pewnego banku. Zachodzę w głowę, po diabła mój operator męczy się z tymi nieszczęsnymi fakturami, układa tabelki, odejmuje koszt abonamentu od wartości rozmów (lub odwrotnie), skoro i tam wychodzi mu zero.

To żarty oczywiście. Zero wzięło się stąd, że do pierwszej faktury doliczono jakieś dodatkowe koszty (tylko błagam, nie pytajcie jakie – nie wiem), przez co suma była wysoka. Zapłaciłem przelewem przez Internet, ustawiając jednocześnie tę płatność jako kolejne zlecenie stałe na moim koncie bankowym. Od tej pory płaciłem co miesiąc tę zawyżoną kwotę, przez co powstała pewna nadwyżka. Sytuacje dodatkowo komplikował fakt, iż posiadam kilka telefonów komórkowych i trochę się gubię w tych fakturach. Od kiedy jednak płacę zero złotych, zaczęła mi się ta zabawa podobać.

To są te faktury. Gdzie jest napisane, że mam nic nie płacić?

 

No i najnowsza wiadomość – otrzymałem nową fakturę. Tym razem muszę sięgnąć głębiej do kieszeni, zapłacę całe 2,90 zł (słownie dwa złote dziewięćdziesiąt groszy). Oto ta faktura:

A może jednak jestem winien 38 złotych, jak w drugim słupku?

 

 

08 Mar 2012

Mam szczęście, że nie jestem specjalnie gadatliwy. Mogłem  stracić fortunę.

Mimo wrodzonej odrazy do mielenia jęzorem czasami nachodzi mnie nieodparta potrzeba ględzenia – najczęściej bez sensu. Mowa jest srebrem, a milczenie złotem – powiada przysłowie, a przysłowia – jak wiadomo – są mądrością narodów.

Oto moja niedawna przygoda człowieka milczącego, którą opowiedziałem już czytelnikom Gazety Olsztyńskiej.

Mowa z dopłatą

Jakoś o wiele zgrabniej poruszam się w sferze języka pisanego, niż gadanego. Znajomi mówią o mnie wprost: niemowa. Kiedyś odezwałem się w towarzystwie, a kolega – wówczas dalszy, dziś bliski – rozdarł się na całe gardło: Ludzie! Adam mówi!!! Bardzo śmieszne, nieprawdaż?

Czasem jednak pod wpływem euforii, wywołanej szczęściem absolutnym, do tego nieoczekiwanym, zaczynam gadać jak najęty. Tak było tym razem, a skutki mogły być opłakane. Sami zobaczcie.

Zaczęło się od tego, że złapałem gumę. Nie pierwszy raz w życiu, ale pierwszy raz w tym samochodzie. Zanim znalazłem dogodne miejsce na  postój, opona była do wyrzucenia.

Wymieniłem koło na zapasowe i zacząłem kalkulować. Dwie nowe opony to koszt… rany boskie. Jedna nowa opona – to koszt… rany boskie dzielone przez dwa – czyli jakby bardziej przyjazny. Kłopot w tym, że opony przeważnie sprzedają parami, a czasami nawet całymi kompletami.

Jadę do serwisu, w którym kupowałem opony zimowe. Duża firma, może akurat mają ten mój Continental dokładnie tego wymiaru, z identyczną rzeźbą bieżnika. Nie uwierzycie, znaleźli! Takim mnie to szczęściem natchnęło, że wbrew naturze swojej milczącej wszcząłem próbę rozmowy z mechanikiem, który zajął się moimi kołami. Że mało klientów, że czekać nie trzeba, więc się cieszę. Potem rozwinąłem temat doboru opon ze szczególnym wyakcentowaniem profesjonalizmu i bogatej oferty tego serwisu, do którego miałem szczęście trafić. A mechanik nic, tylko się uśmiecha. Rozwijam się do granic możliwości, a ten nadal nic, tylko ruchem głowy pokazuje mi wywieszkę. Podchodzę – cennik usług. Pozycja numer trzy: gdy klient komentuje pracę mechanika – dopłata 100%!

To oczywiście taki żart serwisantów, którym widocznie gadatliwi klienci zaleźli za skórę. Ale poskutkowało – wróciłem do zwykłego mi stanu błogiego milczenia.

Bałem się, że mi nie uwierzycie, więc zrobiłem zdjęcia. Plakat był naklejony wokół filatu podpierającego dach warsztatu, więc zdjęcie całości musiałem robić na raty. Sklejcie sobie jakoś.

Najpierw opis:

Potem cennik:

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.