28 Lut 2012

Emerytem każdy z nas jest lub będzie, chyba że nie dożyje. Osobiście zamierzam dożyć i pożyć, ciesząc się radością życia dojrzałego.

Narodowa debata emerytalna trwa. Średnio podoba mi się pomysł, aby pracować do późnej starości, natomiast jestem zdecydowanie za tym, aby pracować dłużej. Inaczej nasza emerytura nie wystarczy nawet na papierosy. Jakie to szczęście, że dawno temu rzuciłem palenie…

Ale żarty na bok. Wieszamy psy na obecnej ekipie rządzącej, która rzekomo „rozwala” nasz system emerytalny. Tymczasem prawda jest taka, że to my sami ten system rozwalamy od lat. Jakimż to cudem niesłychanym przeciętny emeryt ma u nas niespełna 59 lat? Jakimż to cudem miliony ludzi w ogóle nie płacą składek emerytalnych (płaci je za nich państwo – czyli my), przechodzą na wcześniejsze emerytury (czasem nawet po kilkunastu latach pracy), a w dodatku te emerytury są często znacznie wyższe od przeciętnej.

Tymczasem zamiast walczyć o ukrócenie tych przywilejów, próbujemy tworzyć nowe. Były dwukrotny premier, obecny wicepremier Pawlak Waldemar chce dać wcześniejsze emerytury kobietom za to, że urodziły troje, czworo czy więcej dzieci. Bardzo piękna idea, tyle że jej pomysłodawca, wicepremier Pawlak Waldemar ani się zająknie na temat, skąd weźmie kasę na te emerytury i jaka  będzie ich wysokość. Jeżeli bowiem będziemy się trzymać żelaznej zasady: jaka składka – taka emerytura, wówczas owe wielodzietne matki uskładają sobie akurat na wspomniane papierosy.

Pouczający przykład nieubłaganego działania systemu emerytalnego znalazłem we własnej rodzinie. Opisałem to w moim stałym felietonie w Gazecie Olsztyńskiej z ostatniego piątku:

Emerytura na dwa razy

W czasach mojego dzieciństwa, a więc gdzieś w środkowym prekambrze, mieszkałem wspólnie z rodzicami, babcią i dwoma braćmi oraz tak zwaną gosposią, czyli dziewczyną od zakupów, sprzątania i dzieci pilnowania. Ponieważ nasza wesoła trójka (ja i moi bracia) dostarczała gosposi mnóstwa codziennej rozrywki, nie starczało jej już czasu na pilnowanie garów. Gotowaniem zajmowała się przeważnie babcia, przedwojenna polska szlachcianka, nauczycielka matematyki na emeryturze.

Z tą emeryturą babci była cała historia. Maturę zrobiła jeszcze przed I wojną światową (dokładnie w 1912 roku), potem została nauczycielką w rosyjskiej szkole (Polski – przypominam – jeszcze nie było). Wkrótce po odzyskaniu przez Polskę niepodległości babcia została nauczycielką we wsi Świątniki pod Wilnem. Zamieszkała w szkole; najpierw tylko z siostrą – także nauczycielką – później z mężem i dziećmi. Obie moje babcie były niestety dość słabego zdrowia i często chorowały. Po jednym z kolejnych pobytów w szpitalu władze oświatowe powiedziały: dość. Panie nauczycielki zostały zwolnione i odesłane na emeryturę po przepracowaniu zaledwie około dziesięciu lat. Otrzymały głodowe emerytury w wysokości 85 złotych i nakaz wyprowadzki z mieszkania w szkole, co oznaczało kompletną degradację i skrajne ubóstwo całej rodziny. Na szczęście rodzina poradziła sobie dzięki zaradności i pracowitości mojego dziadka – rolnika.

Po II Wojnie Światowej babcia znalazła się w Olsztynie i … zawiesiła swoją emeryturę na kołku. Dostała pracę nauczycielki matematyki w szkole wieczorowej. Powtórnie przeszła na emeryturę po kolejnych kilku latach, by wesprzeć moją mamę – a swoją córkę – w wyprowadzeniu na ludzi całej naszej trójki.

Od powietrza, wody i ognia, a także wojny i przedwczesnej emerytury uchowaj nas Panie.

Powyższą historię znalazłem w pamiętniku mojej nieżyjącej mamy, niestety nie było tam informacji, jaką emeryturę babcia otrzymała po wojnie. Zapewniam: nie była to kwota oszałamiająca.


A to właśnie moja babcia Jadwiga Lipińska z domu Jagiełłowicz przed budynkiem szkoły w Świątnikach, rok 1925:



To druga babcia, Antonina zwana Tosią, siostra tej pierwszej, ze swoim synkiem Gieniem. Rok 1925, przed tą samą szkołą. Gienio (rocznik 1920) był moim wujem, zmarł w 2006 roku.

Znów ta sama szkoła, ale fotograf powiesił jakąś ciemną szmatę jako tło. Ten bobas to moja mama, siedzi na kolanach swojej mamy (mojej babci), obok jej tata – czyli mój dziadek Franio. Rok 1927.

A to już cała rodzinka Lipińskich w ogrodzie za szkołą, ten najmniejszy to Miecio, mój wuj (zmarł w 1959 w wieku zaledwie 32 lat).

21 Lut 2012

Transformacja ustrojowa, jaka dotknęła naszą socjalistyczną wówczas ojczyznę w roku 1990, miała przynieść głównie normalność w sferze gospodarki. Ano zobaczmy.

Normalność miała polegać z grubsza na tym, że gospodarką rządzą prawa popytu i podaży, że ludzie kompetentni i uczciwi zarabiają dobrze, nieroby i lenie zarabiają słabo, a po chwili wcale, bo zostają wywaleni z roboty na zbite leniwe pyski. Trochę to pachniało jeszcze socjalizmem (pamiętacie hasło: jaka praca taka płaca?), ale nie mówimy o zapachach, tylko o mamonie, a jak wiadomo pecunia non olet (wrzućcie w google, to Wam przetłumaczy, jak ktoś nie wie).

Kiedy jednak robiliśmy w Polsce gospodarkę rynkową nikomu się nie śniło, że możemy kiedykolwiek organizować jakąś poważną imprezę sportową. A sport jak wiadomo to sprawa narodowa, honorowa i nadzwyczaj prestiżowa, więc zabierzcie brudne łapy od niego precz.

To chyba właśnie w środowisku sportowym narodziło się idiotyczne moim zdaniem powiedzonko o tych, którzy wiedzą, gdzie leżą konfitury. Stąd już tylko krok do znanych mi z bezpowrotnie podobno minionej epoki: dojść, znajomości, kumoterstwa i protekcji. Jakoś to wszystko skojarzyło mi się z głośną aferą w Narodowym Centrum Sportu no i wymknęło mi się spod klawiatury coś takiego i wylądowało w piątkowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej:

 

(Nie)zwykła ekonomia

Kiedy byłem piękny i młody, zgłębiałem na studiach tajniki języka i literatury polskiej. Niestety przymuszano mnie także do zgłębiania tajników ekonomii. Co więcej, za czasów mojego studiowania ekonomia dzieliła się na zwykłą i socjalistyczną. Ta zwykła mówiła, że ktoś tam produkuje, ktoś tam to sprzedaje, jeszcze ktoś kupuje, a efektem jest zysk – czyli różnica między kosztami wytwarzania a dochodami ze sprzedaży. W sumie proste jak budowa cepa.

 Ta druga ekonomia  była bardziej finezyjna. Pojęcie zysku w ogóle w niej nie istniało, była zaś tzw. wartość dodana (zresztą pojęcie do dziś w ekonomii obecne), którą dzielono – cytuję klasyków – „każdemu według jego pracy”. Inne reguły były tak zagmatwane, że nie rozumieli ich nawet sami wykładowcy. Dopiero po latach zrozumiałem, że tak być musiało – no bo jak wytłumaczyć niewytłumaczalne?

Egzamin z ekonomii politycznej był w tej sytuacji loterią w dosłownym znaczeniu tego słowa. Jak wylosowałeś kapitalizm – to miałeś szansę, oczywiście pod warunkiem, że sięgnąłeś wcześniej po skrypty  lub przynajmniej notatki z wykładów. Egzamin z socjalizmu był nie do zdania, bo nawet jeżeli wyuczyłeś się na pamięć podręcznika, to wykładowca i tak nic z tego nie rozumiał i stawiał ci na wszelki wypadek pałę, czyli dwóję.

Obserwując zamieszanie wokół wszystkiego, co wiąże się z zawodami w piłkę kopaną pod kryptonimem EURO 2012 mam nieprzeparte wrażenie, że znajdują tam zastosowanie prawa tej części ekonomii, która pozostała dla mnie i moich kolegów ze studiów niezgłębioną tajemnicą. Zaczęło się od powołania zupełnie niepotrzebnego Narodowego Centrum Sportu i jeszcze bardziej zbędnej spółki PL.2012, a kończy na wypłacie gigantycznych premii za źle wykonaną pracę. Mam prawo tego nie rozumieć – ja zdawałem egzamin z tej „zwykłej” ekonomii.

 

Za komuny drwiliśmy bezlitośnie z rozbudowanych struktur, rozdętej administracji. Mam jednak dziwne wrażenie, że wtedy to był – jak mówimy kolokwialnie – mały pikuś w porównaniu z obecnym rozdęciem. Aby zbudować jeden stadion – prawda że spory, nowoczesny i kosztowny (dwukrotnie przepłacony moim zdaniem), powołujemy do życia Narodowe Centrum Sportu, które przecież wcale nie zajmuje się budową, tylko nadzorem, koordynowaniem i zarządzaniem. A dlaczego nie mogli tego robić urzędnicy Ministerstwa Sportu, Ministerstwa Budownictwa, Ministerstwa Infrastruktury, że o pracownikach Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy nie wspomnę? Dlaczego do „koordynowania” (co to znaczy?) działań związanych z przygotowaniem do EURO 2012 musieliśmy koniecznie powołać kolejną spółkę o dziwacznej nazwie PL.2012, zamiast zaprząc do tej roboty ludzi z wyżej wymienionych urzędów? Wiem, że na te pytania nie ma prostych odpowiedzi,  podobnie jak na kolejne: dlaczego za fuszerkę i zawalenie terminów mamy panu Rafałowi K. płacić premię w wysokości mniej więcej 10-letnich zarobków przeciętnie zarabiającego obywatela?

A wracając do egzaminu z ekonomii politycznej: na zaliczeniu, dopuszczającym do egzaminu dostałem tematy z ekonomii normalnej, dzięki czemu dostałem ocenę bodaj 4,5. Egzaminujący mnie później profesor chciał w swojej dobrotliwości podciągnąć mnie do pełnej piątki, zadając różne pytania, w tym niestety także z ekonomii socjalizmu. Skończyło się na słabej trójczynie…

 

11 Lut 2012

Jak jest zima, to musi być zimno. Ale niekoniecznie w plecy.

Tę historię wydobyłem ze starej szafy, dosłownie. posłuchajcie.

 

Odgrzebywanie przeszłości na ogół jest mało kreatywne i może służyć co najwyżej  poprawie samopoczucia, zwłaszcza osobom w moim wieku. To właśnie my ukuliśmy słynną odpowiedź na pytanie: kiedy będzie lepiej? Nasza odpowiedź: lepiej to już było.

Czasem jednak to „lepiej” niespodziewanie przenosi się w teraźniejszość, czego doświadczyłem podczas wyjątkowo mroźnych dni, poprzedzających obecne ocieplenie. Kiedy wzmiankowany ostry mróz zaczął mnie coraz dotkliwiej szczypać w różne odkryte i zakryte fragmenty ciała, wszcząłem poszukiwania reliktu przeszłości, który – jak pamiętałem – zakopałem w czeluściach szafy trzydrzwiowej z pawlaczem. Natrafiłem na paczuszkę niewielkich rozmiarów, miękko uginającą się pod naciskiem moich niecierpliwych palców. A w środku – cudo techniki odzieżowej sprzed ćwierć wieku: kurtka męska puchowa Warmia.

Ileż wspomnień: istniejąca do dzisiaj firma (wówczas jako Zakłady Przemysłu Odzieżowego Warmia) miała i ma swą siedzibę w Kętrzynie, a filię w Mrągowie – a więc na Mazurach jak najbardziej. Dlaczego zatem Warmia, a nie na przykład Mazur czy choćby trywialna Kętrzynianka – nigdy nie udało mi się dociec.

Kętrzyńska Warmia była w szarej PRL-owskiej rzeczywistości czymś zupełnie wyjątkowym. Jej kurtki i płaszcze nie ustępowały jakością najlepszym markom europejskim. Dość powiedzieć, że nasi sportowcy na kolejne igrzyska zimowe jeździli wystrojeni w kurtki i kombinezony z Warmii. Kibice złośliwie komentowali, że tylko pod tym względem nasi dorównywali, a nawet przewyższali konkurentów. Prawie cała produkcja Warmii szła na eksport. Mnie udało się kupić puchową kurtkę tylko dzięki koledze, którego siostra była ekspedientką w firmowym sklepie i dała na czas cynk o dostawie. Trzeba było mieć dobre plecy, żeby włożyć Warmię na plecy.

Początkowo nie bardzo mi się podobała; była jakby za duża, niezgrabna, ale za to jaka ciepła! Wtedy nie było tych wszystkich dzisiejszych wynalazków. To, co najlepsze, było dla wybrańców – olimpijczyków lub himalaistów. Szary tłum chodził w szarych płaszczykach lub burych kurtkach. Jeżeli już coś było ciepłe – to musiało ważyć z cetnar. Takie coś nazywało się pelisa – moi rodzice mieli coś takiego. No ale my młodzi już pelis nie nosiliśmy, więc ta Warmia z nieba mi spadła.

Jej tajemnica była prosta: dobre materiały i porządne wykonanie. Tylko tyle i aż tyle. W środku prawdziwe pierze – chyba z gęsi, na wierzchu jakiś stilon, ale taki z wyższej półki. Całość pikowana, żeby pierze się nie zbiło. I co powiecie? Warmię można było prać i po wysuszeniu była prawie jak nowa.

Mimo tych wszystkich zalet przeleżała w szafie kilka lat, zanim zdecydowałem się ją ponosić. Potem wybuchła w kraju wolność ekonomiczna i nagle w sklepach było więcej towarów, niż klientów, co było zjawiskiem u nas zupełnie nowym. W kurtkach i płaszczach można było przebierać, jak w ulęgałkach, więc zacząłem przebierać i kupować. Poczciwa Warmia poszła do szafy.

Tegoroczne mrozy spowodowały jej renesans. W myśl przysłowia: jak trwoga to do szafy wróciłem do źródeł. Po wyjęciu z paczki wyglądała wcale nieźle, chociaż była lekko wymięta, o tak:

A to znak firmowy z bliska:

Widoczna jest nawet nazwa firmy na wszywce z przepisem prania:

A tak się prezentuje na właścicielu; przy koksowniku na Targu Rybnym w Olsztynie, obok mój przyjaciel Sławek, który – jak widać – kurtki z Warmii nie posiada:

 

03 Lut 2012

Widzieliście kiedyś awarię sieci ciepłowniczej na ulicy? Spod ziemi bucha gorący gejzer, a wokół uwijają się ludzie w pomarańczowych kamizelkach.

Miałem coś takiego we własnej łazience. Gejzer podobny, tylko nie było nikogo w pomarańczowej kamizelce. Musiałem poradzić sobie sam. Z tej okazji napisałem – jak co tydzień – felieton do mojej rodzinnej Gazety Olsztyńskiej (jestem z nią już prawie 38 lat, to chyba nawet więcej, niż rodzina). Tak się rozemocjonowałem, że wyszedł mi dwa razy dłuższy, niż mógł się zmieścić. Szkoda mi się zrobiło tych od serca wyprodukowanych słów – więc  tam skróciłem, a całość przeniosłem żywcem na blog. Niby to samo – ale nie takie samo.

 

Takie grzanie to nie grzanie! Na górze po lewej gorąco, na dole po prawej – chłodno.

Jak grzejnik nie grzeje w każdym miejscu jednakowo, to znaczy, że zapowietrzony, trzeba odpowietrzyć. Żadna sztuka: odkręcić jedną śrubkę, poczekać, aż syknie powietrze i zakręcić z powrotem. Dziecinada.

Hm, śrubki są cztery, no bo grzejnik ma cztery końce. Ta nie – bo przy zaworze, ta nie – bo za duża, ta nie – bo za trudno się odkręca, no więc ta.

Odkręcam, łatwo nawet idzie; no co jest, zakrętka w ręku, a tam druga śrubka. No to kluczem ją, tak zwanym imbusem. Kręcę, kręcę, ale żadnego syku nie ma. Nagle jak nie gruchnie, jak nie strzeli. Już teraz wiem, co znaczy zwrot: wziąć na klatę. Właśnie wziąłem na klatę latającą nakrętkę, wypchniętą z końcówki kaloryfera siłą kilku/kilkunastu (nie miałem czasu mierzyć) atmosfer. Jednocześnie zostałem odepchnięty przez potężny strumień żółtawej, brudnawej, ale za to gorącej wody. Na szczęście nie tak gorącej, żeby parzyć, bo inaczej byłbym ugotowany. Dosłownie – jestem mokruteńki od stóp do głowy.

Jestem jednym z nielicznych wybrańców, którzy wiedzą, jak wygląda woda w sieci ciepłowniczej Olsztyna, ale nie mam czasu ani ochoty kontemplować tego wątpliwego wyróżnienia. Próbuję zatkać buchający wodą otwór palcem, potem całą dłonią – gdzież tam! To mniej więcej tak, jak w znanym powiedzeniu o zawracaniu Wisły kijem.

Rozpacz mnie ogarnia, bo sytuacja jest dosyć beznadziejna. Łazienka już cała pod wodą, fala przelewa się do przedpokoju, za chwilę spełni się marzenie o własnym basenie. Ale nie do żartów mi bynajmniej. Rozglądam się rozpaczliwie i buduję błyskawicznie trochę koślawy, ale w miarę skuteczny plan działań doraźnych. Łapię pierwszy lepszy ręcznik (tego na szczęście w łazience nie brakuje), owijam nim buchającą wodą rurę, drugi koniec ręcznika spuszczam do wanny. Teraz woda spływa do wanny, więc biorę inny ręcznik i próbuję osuszyć jezioro w mieszkaniu. Jako tako ogarniam i lecę na klatkę schodową, gdzie wisi tablica z różnymi numerami telefonów. Wybieram do pogotowia technicznego spółdzielni.

– Kaloryfer…, woda…, leci… ratunku!!! – drę się nieskładnie do słuchawki.

– Musi pan zadzwonić do pogotowia technicznego MPEC-u, oni się mieszczą na ulicy…

Było jednak widocznie coś szczególnego w moim wrzasku, bo po chwili słyszę:

– Niech pan czeka, zaraz do nich zadzwonię.

Wracam do mojej małej Islandii (kraina gejzerów, jakby ktoś nie wiedział) i rozglądam się trochę przytomniej. Woda w miarę bezpiecznie spływa obficie do wanny, a na podłodze poniewiera się nakrętka od tej rury. Próbuje nałożyć ją na gwint rury – mimo potężnego ciśnienia po paru próbach udaje mi się. Jestem prawie w domu – teraz woda sączy się tylko cienkim strumyczkiem. Zdejmuję mokrą koszulę, spodnie, skarpety, wkładam szlafrok, chcę poszukać suchej odzieży – nie zdążam, bo dzwonek do drzwi. Facet z pogotowia.

Fachowiec, opanowany, spokojny. Rzuca okiem i już wie. Każe się prowadzić do piwnicy, tam szybko odnajduje właściwy zawór (jest w zamkniętym pomieszczeniu, ale mój fachowiec ma klucz!), zakręca i wracamy do mojej łazienki. Teraz to już fraszka; wkręcamy śrubę na jej miejsce, po czym fachowiec pokazuje mi, co to znaczy odpowietrzyć kaloryfer. Śrubka odpowietrzająca jest na górze, trzeba ją lekko poluzować – mniej więcej o pół obrotu – wtedy syknie, a nie buchnie i robota skończona.

Ta katastrofa wydarzyła się w mojej łazience kilka lat temu. Trauma już minęła, teraz kusi mnie kaloryfer w pokoju. Jak myślicie – dam radę?

 

 

Wziąłem aparat Zorka pięć i zrobiłem parę zdjęć:

 

Tak wygląda mój kaloryfer w łazience. Jak widzicie, nie kłamałem – ma cztery końce, a na każdym jakąś śrubkę lub zakrętkę. Zabrałem się za tę na dole po lewej


Najpierw musiałem odkręcić tę nakrętkę – leciutko idzie, dałem radę dwoma palcami.

Jak zdjąłem nakrętkę, to pojawiła się taka śruba, wkręcona wewnątrz rury. Ten otwór w środku służy do włożenie klucza imbusowego.

Na suficie pozostały ciemne smugi po tej żółtej wodzie – nawet nie chciało mi się ich zamalować. Z kafelków zmyłem, ale brunatne plamki tu i tam prześwitują.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.