30 Sty 2012

Nie miałem pojęcia, że sposoby na znaczną poprawę poziomu życia każdego z nas są dosłownie w zasięgu ręki. Wystarczy trochę kreatywności.

Choćby takiej, jaką wykazali w swoim czasie Grecy. Pewnie, mają teraz trochę kłopotów, ale co użyli, to ich. A nam się wydawało, że to Polak potrafi. Tak to opisałem w moim stałym felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.  Zobaczcie, jak to się robi w Grecji:

Czyste ręce

Przegapiliśmy swoją szansę, niestety. A konkretnie przegapił rząd, prezydent, parlament i wszyscy nasi – pożal się Boże – lobbyści.  Gdyby nie ich karygodne zaniechania, żylibyśmy w krainie mlekiem i miodem płynącej, zasilanej suto przez kiedyś obce, a dziś bratnie mocarstwa.

Zaniedbania nastąpiły na tzw. niwie ustaw, rozporządzeń i okólników, czyli krótko mówiąc prawodawstwa. Co nam szkodziło wprowadzić np. dodatek dla każdego pracownika za umycie rąk? Grecy tak mają, no nie wszyscy co prawda, ale np. kolejarze dostają – nie zgadniecie – w przeliczeniu na nasze jakieś 1900 złotych miesięcznie. Tylko dlatego, że powinni myć często ręce.

Jeżeli w Twoim pokoju biurowym stoi faks, to powinieneś się upomnieć o stosowny dodatek. W Grecji, tym bankrucie południowej Europy, pracownicy pewnego zakładu energetycznego za pracę z faksem dostawali (pewnie jeszcze dostają) dodatek w wysokości 4000 złotych. Oprócz normalnej pensji, rzecz jasna.

Warto też postarać się o pracę w Ministerstwie Sprawiedliwości. Tam panie i panowie urzędnicy (w Grecji oczywiście) dostają dodatek w wysokości 2700 złotych tylko za to, że dobrze prowadzą sprawy urzędowe. Jeżeli robotę olewają, nikt ich oczywiście nie wyleje, ale  dostaną gołą pensję. Osłodą są wtedy należne wszystkim pracownikom państwowym trzynaste i czternaste pensje.

No, ale najlepiej to mają chyba pracownicy pewnej greckiej rafinerii. Firma uruchomiła dla nich stołówkę, wydaje tam darmowe obiady i wypłaca jeszcze 550 złotych dodatku co miesiąc, żeby zechcieli te obiadki spożywać.

Niniejszym wysyłam ten felieton faksem (4000 złotych), po czym umyję ręce (1900) i pójdę na obiad do stołówki (550). Wygląda na to, że na tej pisaninie zarobiłem prawie sześć i pół tysiąca. No i mam czyste ręce.

Przyznacie, że bardzo popularne u nas powiedzonko o udawaniu Greka nabiera w tym kontekście o wiele BOGATSZEGO znaczenia.

 

23 Sty 2012

Pierwszy śnieg tej zimy nastroił mnie trochę nostalgicznie, chociaż tak zwany biały puch kojarzy się równie dobrze z szusowaniem na nartach, jak i z bałwanami.

Ech, te zalesione górki w olsztyńskim lesie w okolicach Jeziora Długiego, do których wzdychaliśmy zimą na każdej lekcji. Po ostatnim dzwonku biegliśmy co tchu do domów, połykaliśmy coś w pośpiechu i gnaliśmy w las. Sanki, narty, łyżwy oraz tzw. bobsleje sunęły po stokach Diabelskiej Górki, Trzech Koron, Góry Wilczej, Mewy i dziesiątek innych nazwanych i bezimiennych stoków. Tak o tym pisałem w moim stałym felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

 

Zdarza mi się – chociaż dość rzadko niestety – wyskoczyć do lasu. Zgadnijcie, po co? Nie, nie – nie na grzyby, nie na ryby (rosną w śródleśnych jeziorkach), ani nawet nie na lwyby, że pojadę tekstem słynnej piosenki z Kabaretu Starszych Panów.  Łażę otóż po lesie głównie po to, żeby nikogo nie spotkać. Kiedyś takie wygody miałem w pierwszym lepszym sklepie mięsnym, gdzie mogłem w każdej chwili wejść i napawać się samotnością w towarzystwie błyszczących czystością półek i haków. Tylko czasami zdarzało się, że sklep tętnił życiem – to były te rzadkie chwile, kiedy „rzucali” karkówkę lub kiełbasę zwyczajną, o czym jakimś cudem wszyscy wiedzieli.  Odnosiłem wrażenie, że jako jedyny nigdy na czas nie posiadłem tej wiedzy, wskutek czego przez cały niemal okres PRL-u żywiłem się ochłapami. Miało to tę dobrą stronę, że szczyciłem się wyjątkowo szczupłą sylwetką, czego nikłe pozostałości można obserwować do dzisiaj.

Ale miało być o lesie, nie o mojej wątpliwej urodzie. Otóż w czasach mojej młodości las przez cały okrągły rok tętnił życiem. Nie tylko dzięki zwierzątkom leśnym, które zresztą pierzchały gdzie pieprz rośnie przed rozwrzeszczaną czeredą dzieciaków. Latem chodziliśmy na orzechy (rosną na leszczynie, nie w supermarketach), biegaliśmy, bawiliśmy się w podchody, wspinaliśmy na drzewa (kto nie spadł nigdy z drzewa, ten nie wie, co to młodość). Zimą śmigaliśmy z górek większych i mniejszych na nartach, sankach, łyżwach i własnej roboty tzw. bobslejach (dysponuję instrukcją budowy), wpadając co jakiś czas na liczne (jak to w lesie) drzewa, rozkwaszając sobie nosy i nabijając guzy i sińce na wszystkich możliwych i niemożliwych częściach ciała.

Dziś te same przygody – tyle że nierównie bardziej fascynujące – dziatwa znajduje w Internecie. No więc po co mają chodzić do lasu. Po te sińce i guzy?

 

 

Ku mojej wielkiej radości otrzymałem w tej sprawie taki list od pana Tomasza Drzazgowskiego z Olsztyna.

 

Piszę do Pana zainspirowany treścią Pana felietonu z piątkowej ” Gazety „. Otóż nie tylko jestem także posiadaczem instrukcji budowy tzw. bobsleja, ale zbudowałem taki pojazd (zwany w moim dawnym szkolnym towarzystwie bojerem) – w wersji letniej, na bazie kółek od łyżworolek. Załączam kilka zdjęć z budowy i doposażania. Jednocześnie zapraszam Pana Redaktora na ewentualną próbną jazdę (niestety dopiero wiosną).

 

A oto wspomniane zdjęcia:

Pojazd wyprobowują najpierw córka i wnuczka twórcy:

A potem sam mistrz „jazdy o kropelce”, przyjaciel konstruktora – Wiesław Bień:

Potem bobslej (bojer?) udał się na zasłużony odpoczynek do mieszkania budowniczego, gdzie został wszechstronnie obfotografowany:

Pan Tomasz czasami wsiadał na ulubiony wehikuł nawet w domu:

Ciekaw jestem, czy gdzieś zachował się egzemplarz oryginalnego bobsleja domowej roboty sprzed lat na przykład pięćdziesięciu – bo o takiej mniej więcej przeszłości traktuje mój felieton. Dziś pewnie byłby wart tyle, co najnowszy model lamborghini.

 

 

 

12 Sty 2012

Znalazłem w Internecie film o Rekinie, ale nie o takim z zębami jak piła. Rekin to nazwa jachtu, który pod imieniem Christine wystąpił w filmie Romana Polańskiego Nóż w wodzie.

Nie wytrzymałem; pogrzebałem trochę w pamięci, jeszcze więcej w Internecie i wysmażyłem taki oto artykulik, opublikowany na stronie internetowej Gazety Olsztyńskiej, a dokładniej w serwisie Mojemazury.pl. Dałem przewrotny tytuł: Bohater Polańskiego umiera. Wygląda to tak:

 

Jacht „Rekin”, na którego pokładzie osadzono prawie całą akcję słynnego filmu Romana Polańskiego „Nóż w wodzie”, niszczeje od lat w giżyckim hangarze. Obecny właściciel na renowację nie ma pieniędzy.

Roman Polański to dziś jeden z najbardziej znanych reżyserów na świecie. Jego światowa kariera zaczęła się od obrazu „Nóż w wodzie”, który w komunistycznej Polsce wywołał oburzenie władz i wściekłość Władysława Gomułki, szefa rządzącej wówczas niepodzielnie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. „Nóż w wodzie” powstał w 1961 roku, a w 1963 roku był polskim kandydatem do Oscara. Przegrał z jeszcze słynniejszym „Osiem i pół” samego Federico Felliniego. Był debiutem fabularnym Romana Polańskiego, znanego już jako autora niekonwencjonalnej surrealistycznej etiudy filmowej „Dwaj ludzie z szafą”. „Nóż w wodzie” to jedyny film naszego sławnego reżysera, nakręcony w całości w Polsce, potem Roman Polański kręcił na całym świecie, głównie w USA i we Francji.

 

 

Genialny debiut Polańskiego

Jedna z najbardziej znanych scen, Leon Niemczyk (z lewej)
i Zygmunt Malanowicz.

„Nóż w wodzie” był fabularnym debiutem 28-letniego Polańskiego. W Polsce wywołał niezadowolenie władz. Mimo to – a może właśnie dlatego – film zgłoszono do Oscara (nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej) w kategorii filmów nieanglojęzycznych. To był pierwszy znaczący polski film, niezwiązany z tematyką II Wojny Światowej. Roman Polański zaprosił do współpracy Jerzego Skolimowskiego (współtwórca scenariusza), oraz Krzysztofa Komedę (muzyka). Obaj zrobili później błyskotliwą karierę międzynarodową, w przypadku Komedy przerwaną przedwczesną śmiercią.

 

 

Żeglarz Roman Polański

Roman Polański był niezłym żeglarzem, więc aktorzy, a zwłaszcza Leon Niemczyk jako filmowy właściciel i sternik jachtu, mieli z nim prawdziwy krzyż pański. Aktor podobno odbył nawet regularny kurs żeglarski pod okiem doświadczonych giżyckich instruktorów, dzięki czemu grany przez niego bohater w miarę sprawnie porusza się po jachcie i daje sobie radę z żaglami i linami. Mimo to na jachcie podczas kręcenia stale obecny był instruktor, ukryty w kabinie, który podpowiadał aktorom, jak mają się zachowywać w konkretnych sytuacjach. Polański – stary żeglarz – traktował całą ekipę aktorów trochę z góry, chociaż Niemczyka szanował jako aktora. Scenariusz „Noża w wodzie” powstał podobno specjalnie z myślą o Niemczyku. Najgorzej miała Jolanta Umecka, która nie była zawodową aktorką, ale wpadła Polańskiemu w oko na basenie w Warszawie. Pięknie wyglądała i dobrze pływała, ale na planie była marionetką w ręku reżysera, a nawet Leona Niemczyka. Jej głos w filmie jest głosem aktorki Anny Ciepielewskiej. Sam Polański natomiast użyczył swego chłopięcego głosu Zygmuntowi Malanowiczowi, który – mimo młodego wówczas wieku, miał głos bardzo męski, głęboki.

 

 

Mikołajki czy Giżycko?

W filmie „grają” też piękne mazurskie krajobrazy i jeziora. Część scen kręcono w Mikołajkach, które wówczas były niewielką, zapyziałą wioską. Filmowy jacht „Christina” (czyli nasz „Rekin”) pływa po jeziorach: Mikołajskim, Kisajno, Jagodne i Śniardwy. Na filmie wszystkie są całkowicie puste, co niespecjalnie dziwi – żeglarstwo w Polsce było wówczas mało jeszcze popularne. Mimo to po jeziorach pływały jakieś łódki, także żaglowe, ale wszystkie były przepędzane na żądanie ekipy filmowej. Filmowa „Christina” pokazywana jest z kamery, zamontowanej na specjalnie skonstruowanej tratwie, ale niektóre sceny były kręcone bezpośrednio z pokładu jachtu. Podczas jednej z takich scen operator wspiął się na maszt i … zgubił kamerę, która wpadła do wody i zapewne do dziś spoczywa na dnie jeziora Kisajno. Podobnie jak tytułowy nóż, który podczas innej sceny także wpada do wody.

 

 

Tym jachtem pływali Niemcy

Dodatkowego smaczku filmowi dodawał fakt, że jacht, będący scenerią prawie całej akcji filmu, przed wojną służył do rekreacyjnych wycieczek Niemcom. Po wojnie, wciąż w pełni sprawny, trafił do ośrodka żeglarskiego giżyckiego Almaturu, gdzie wypatrzył go Roman Polański.
Skąd się wziął „Rekin” w giżyckim Almaturze? Wraz z kilkoma innymi jednostkami trafił tu po wojnie z Ogonek nad jeziorem Święcajty jako mienie poniemieckie. Ogonki i tamtejszy tartak łączą się z nazwiskiem Georga Teppera, miejscowego właściciela ziemskiego, pasjonata żeglarstwa, zwłaszcza lodowego. Georg miał stocznię bojerów i zimą organizował imprezy na lodzie. Prawdopodobnie latem Tepper żeglował na jachtach. Budował je rękami miejscowych szkutników, albo zamawiał i sprowadzał nad Święcajty. Tego już teraz nie ustalimy.

 

 

„Rekin” w sali balowej

Filmowa „Christina”, czyli stary, poczciwy „Rekin” stoi sobie od 25 lat w hangarze na przystani giżyckiego Almaturu i jakoś nie wygląda na to, że kiedykolwiek wróci na jeziora. Jego legenda nadal jednak żyje. W hangarze organizowane są czasem spotkania i zabawy, zwane balami pod Rekinem. Uczestnicy niekiedy zamawiają jako dodatkową atrakcje projekcję fragmentów „Noża w wodzie”.
Renowacją „Rekina” próbowano zainteresować samego Romana Polańskiego, ale bezskutecznie. Pomoc deklarował w swoim czasie Leon Niemczyk, ale aktor zmarł w listopadzie 2006 roku. Przyszłość „Rekina” stoi nadal pod wielkim znakiem zapytania.

 

 

PS. Idąc tropem jednego z komentarzy do tego artykułu na stronie mojemazury.pl dopisałem niewielki fragment o olsztyńskich konotacjach w życiorysie Zygmunta Malanowicz:

 

 

Malanowicz mieszkał w Olsztynie
Zygmunt Malanowicz związany jest z Warmią i Mazurami nie tylko poprzez film Nóż w wodzie. Przez kilkanaście lat mieszkał w Olsztynie, gdzie przyjechał z rodzicami w 1945 roku z Wileńszczyzny. Przypomniała to na swoim blogu Ada Romanowska, dziennikarka Gazety Olsztyńskiej i Naszego Olsztyniaka.
– Do podstawówki chodziłem na Zatorzu (Szkoła Podstawowa nr 1 przy ul. Moniuszki, pierwsza uruchomiona po wojnie podstawówka w Olsztynie – przyp. AB), a liceum miałem na ulicy Wyzwolenia — to taka uliczka w dół od ratusza (chodzi o 2. Liceum Ogólnokształcące im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, obecnie z siedzibą przy ul. Małłków – przyp. AB). Do tej pory na Dworcowej mieszka moja siostra. Czasami u niej bywam, ale niestety rzadko, bo jestem zajęty i często bywam zagranicą. Prędzej siostra do mnie przyjeżdża, bo jej łatwiej jest wyrwać się do Warszawy. Ale Olsztyn bardzo miło wspominam i trochę tęsknię. Wracam na Warmię wspomnieniami, ogarnia mnie nostalgia za dzieciństwem i krainą pełną jezior

 

Wspomniany na wstępie film o jachcie Rekin znajdziecie nie na Youtube, ale na zaprzyjaźnionej z nami stronie wolnatv.info.pl

 

Przy okazji przypomniałem sobie szkolną etiudę Polańskiego jeszcze z czasów łódzkiej „filmówki”. Pamiętacie? Film jest w dwóch kawałkach, to pierwszy:

 

 

a to drugi:

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.