30 Gru 2011

Kiedy koledzy z Gazety Olsztyńskiej zapytali mnie o najważniejsze wydarzenie roku 2011, nie miałem najmniejszych wątpliwości: MAZURY CUD NATURY – wyrecytowałem jednym tchem.

Wielkie Jeziora Mazurskie nie zostały co prawda jednym z siedmiu nowych cudów natury, ale i tak mieliśmy do czynienia z cudem. Dodatkowego smaczku słynnemu plebiscytowi, zorganizowanemu przez szwajcarską fundację New7Wonders dodawał fakt, że wyniki ogłoszono 11 listopada. Organizatorom chodziło o symboliczne zestawienie cyfr: 11.11.11 (czyli 11 listopada 2011 roku), ale nam przecież ta data mówi o wiele więcej. To dzień odrodzenia niepodległej Polski. I jak tu nie mówić o cudzie? Tak o tym pisałem w Gazecie Olsztyńskiej w piątek 30 grudnia:

Jak zostałem bogaczem

Ten felieton ma być inny niż wszystkie, bowiem ma w krótkiej formie, a jednocześnie z właściwą mi trafnością i błyskotliwym humorem podsumować najważniejsze wydarzenia mijającego roku. Takie résumé, że posłużę się językiem całkowicie mi obcym, ale wciąż uchodzącym za szczyt elegancji i dobrego wychowania.

No więc jeżeli mnie ktoś zapyta (a właśnie redaktorzy Gazety pytają i żądają odpowiedzi krótkiej, błyskotliwej itd.) to odpowiem: rok 2011 zasłużył się tym przede wszystkim, że uczynił mnie człowiekiem niesłychanie bogatym, by nie rzec krezusem. Zawsze byłem dość ruchliwy i mobilny, ale żeby w ciągu paru miesięcy odwiedzić i Alaskę, i Amazonię, i Senegal, i Holandię, i Australię i… nawet nie pamiętam wszystkich tych cudownych miejsc. Co więcej, wszystko to w ramach podróży służbowych, czyli tzw. delegacji.

Spieszę wyjaśnić, że szefowie Gazety nie zafundowali mi wycieczki dookoła świata. Wzmiankowane podróże odbywałem, nie ruszając się poza granice naszego regionu, a to dzięki błyskotliwej kampanii promocyjnej. Kampania z grubsza opierała się na pomyśle, że w krainie Wielkich Jezior Mazurskich kumulują się najlepsze, najciekawsze elementy wszystkich kultowych miejsc na świecie. Pamiętacie te słynne hasła? To Mazury nie Amazonia, To Mazury nie Alaska – i tak dalej.

11 listopada tkwiłem od rana przy komputerze, śledząc na bieżąco skąpe informacje, sączone przez organizatorów plebiscytu na 7 nowych cudów natury na stronie internetowej szwajcarskiej fundacji New7Wonders. Najpierw dowiedzieliśmy się, że  Mazury są w pierwszej czternastce i to jako jedyne miejsce w Europie. Już był sukces, prawie euforia, ale czekaliśmy na więcej. Czekaliśmy na cud z naszym cudem. 

Wyniki wszyscy znamy. Ostatecznie Kraina Wielkich Jezior Mazurskich (to był nasz oficjalny kandydat, nie po prostu Mazury, jak często mylnie informowano) nie znalazła się wśród siedmiu nowych cudów natury. Jednak – jak trafnie powiedział marszałek naszego województwa w jednym z wywiadów – przeskoczyliśmy Wielki Kanion. Tego bogactwa nikt nam nie zabierze.

12 Gru 2011

Oglądam w telewizji wielki test z historii Polski, dotyczący lat 80. XX wieku.  Trochę lipa, bo miało być całe dziesięciolecie, a wszystko i tak krąży wokół stanu wojennego.

Przygotujcie się na trochę dłuższe posiedzenie na tym blogu (można z przerwami), bo chciałbym przytoczyć tu aż trzy moje wspomnienia z tych trudnych, jakże przełomowych czasów. Przecież to nie tylko mroczna noc stanu wojennego, ale też pierwszy festiwal Solidarności i pierwsze zachłyśnięcie wolnością. Jak się okazało – przedwczesne.

Przytoczone tu felietony ukazały się w Gazecie Olsztyńskiej.

Tak o tym pisałem w roku 2007:

Pożytki ze słuchania radia

Niedziela, mróz jak cholera, a ja wstaję o 7, bo na 8 muszę już być w WDK (obecnie CEIK). Odpalam malucha (o dziwo bez problemów) i jadę po Tomka. Razem musimy wydać kolejny numer biuletynu z okazji odbywającego się właśnie przeglądu filmowego.

Tomek jeszcze niegotowy, więc czekam w stygnącym maluchu pod oknem jego bloku, ale widzę, że wychyla się z okna i coś wrzeszczy, gwałtownie gestykulując. Gramolę się z ciepławej jeszcze kabiny na mróz i nasłuchuję.

– Radio, włącz radio – krzyczy ze swojego drugiego pietra.

Włączam posłusznie. Poważna, żałobna muzyka. Rany boskie, ktoś ważny umarł.

– Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej – słyszę z głośnika znajomy głos. – Dziś w nocy Rada Państwa podjęła uchwałę o wprowadzeniu stanu wojennego na terenie całego kraju…

W taki sposób, marznąc 13 grudnia 1981 roku pod oknem kolegi, dowiedziałem się o tym nieprawdopodobnym zwrocie we współczesnej historii mojego kraju. Mimo wszystko przygotowaliśmy kolejny numer biuletynu (nielegalnie, bowiem zawieszono wydawanie wszystkich gazet i czasopism), informując na pierwszej stronie o stanie wojennym. Byliśmy pierwszą gazetą w kraju (choć w nakładzie ledwie kilkuset egzemplarzy), która poinformowała o tym wydarzeniu. Tuż obok znalazło się słabej jakości zdjęcie Andrzeja Munka, słynnego reżysera, patrona naszego minifestiwalu. Sylwetka reżysera w charakterystycznych ciemnych okularach do złudzenia przypominała postać generała Wojciecha Jaruzelskiego, lektora porannej audycji radiowej.

Wszystko to dziś, z perspektywy 26 lat, wydaje się nierealne. Nawet to, że trzy dni później zostałem na kilka miesięcy zawieszony w prawach dziennikarza, wspólnie zresztą z Tomkiem i paroma innymi kolegami. Ale czy trzeba było aż stanu wojennego, żeby ukrócić mój niewyparzony jęzor?

A to felieton z roku 2009:

Kiedy znów się ogolę?

Kiedy pokazuję mojej córce stare zdjęcia, na których mam twarzyczkę gładko ogoloną, uśmiecha się tylko i woła: tato, to ty? Mama, gdy jeszcze żyła, pytała mnie czasami: synu, kiedy się wreszcie ogolisz? Ale moja żona nie chce słyszeć o goleniu, takiego mnie poznała i takim (mam nadzieję) chce; wystarczy, że na górze głowy robi się już całkiem gładko… Tymczasem moja broda to nie taka sobie zwyczajna szczecina, siwiejąca już niestety. To zarost o podłożu politycznym jak najbardziej.

W niedzielę minie kolejna rocznica pamiętnego 13 grudnia 1981. To od tamtego czasu noszę brodę. Kontestacyjną – jak wtedy mówiłem. Dziś też to powtarzam, ale nikt nie rozumie. Trudne słowo, a poza tym co tu dzisiaj kontestować? Kryzys? Głupotę? Ta ostatnia zawsze była i dalej ma się dobrze. To dzięki niej tak łatwo zrozumieć teraźniejszość, przeszłość i przyszłość. To dzięki niej tak łatwo osądzać, wydawać wyroki, wygłaszać opinie. Przed stanem wojennym była tylko opozycja, później tylko Solidarność, a później znów tylko opozycja, czyli podziemie. I tak doczekaliśmy demokracji.

Nigdy nie byłem w podziemiu, w opozycji w sensie organizacyjnym także nie. Czasami zdarzało mi się wygłaszać poglądy, co właśnie w grudniu 1981 przypłaciłem utratą pracy. No i wówczas jako bezrobotny zacząłem – z braku innych zajęć – zapuszczanie brody. Szło mi nieźle, atoli po kilku dniach od wojennej deklaracji generała J. musiałem się ogolić, bo wezwano mnie na tzw. rozmowę weryfikacyjną. Wszyscyśmy przez to musieli przejść – my, dziennikarze wówczas partyjnej gazety. Weryfikacja przebiegła pomyślnie, więc mogłem wracać do domu, a nie do pracy. To wówczas obiecałem sobie, że ogolę się na gładko, gdy w moim kraju będzie już normalnie. Na razie idę na kompromis: podstrzygam, podgalam, ale wciąż nie likwiduję. Czekam…

 

To felieton sprzed roku:

 

Wojna i bezrobocie

Stan wojenny kojarzy mi się głównie z przeraźliwym zimnem, bezruchem i bezrobociem. Symbolem wojny polsko-jaruzelskiej, jak trafnie stan wojenny określił prof. Andrzej Paczkowski, stał się legendarny koksownik. Było to urządzenie raczej mało skomplikowane; składało się z żelaznych, żaroodpornych prętów, pospawanych w kształt dużego, ażurowego  kosza na śmieci. Kosz wypełniało się rozżarzonym węglem lub koksem, dzięki czemu powstawał przenośny piecyk, przy którym można było ogrzać zziębnięte dłonie i inne części ciała. Przepustką do koksownika był wojskowy mundur; nigdy nie widziałem żadnego cywila, grzejącego się przy rozpalonym do czerwoności koszu. Koksowniki były po prostu wówczas wyposażeniem ogólnowojskowym, podobnie jak karabin Kałasznikowa, czapka z orzełkiem bez korony, saperka czy brudnozielone onuce. Nigdy natomiast nie dowiedziałem się, skąd brał się rozżarzony do czerwoności węgiel. Być może po prostu wygarniano żar z pieców ówczesnych kotłowni i rozwożono po ulicach.

Stan wojenny – jak wiadomo – miał przede wszystkim wybić  z głowy ówczesnej opozycji walkę z wiatrakami – czyli z panującym miłościwie systemem władzy. Do opozycji formalnie nie należałem, ale potężna machina państwowa postanowiła uporządkować także moje nieco rozwichrzone myśli. Żebym miał czas na solidne przemyślenia, zostałem wysłany na bezrobocie. Takiego pojęcia w ówczesnym prawie nie było, więc 15 czy 16 grudnia dowiedziałem się, że jestem na przymusowym urlopie bezterminowym. Pozbawiony obowiązku świadczenia pracy stawiałem się w redakcji tylko raz w miesiącu, aby odebrać należny zasiłek.

Po jakimś czasie zostałem przywrócony do pracy. Zapewne słusznie uznano, że  niebezpieczeństwo obalenia ustroju przeze mnie siłą zostało zażegnane. 8 lat później załatwił to za mnie Lech Wałęsa.

Specjalnie dla was znalazłem zdjęcie koksownika. To oczywiście nie oryginał z roku 1981, lecz replika ustawiona na zimowym jarmarku w Olsztynie w roku 2010.

 

 

A to ostatni felieton, który ukazał się w piątek 9 grudnia 2011 roku:

Wszyscy byliśmy żołnierzami

– Jaki stan wojenny, o czym wy mówicie – Marek nie rozumiał, czym tak się podniecamy.

– No co ty? Radia nie słuchasz, telewizji nie oglądasz.

Okazało się, że zasiedział się trochę w nocy i rano przyjechał prosto tutaj, do prowizorycznej redakcji naszego biuletynu. Był zimowy, niedzielny poranek, więc nawet pustki na ulicach i przystankach go nie zdziwiły, a wojsko jeszcze nie wyszło na ulice. W ówczesnym Wojewódzkim Domu Kultury w Olsztynie trwało seminarium filmowe, poświęcone twórczości młodych filmowców, skupionych w Studiu im. Andrzeja Munka. Z kilkoma kolegami redagowałem biuletyn okolicznościowy.

Po kilku godzinach ukazał się nasz biuletyn. Była to prawdopodobnie pierwsza gazeta w Polsce, informująca o wprowadzeniu stanu wojennego. Ukazała się 13 grudnia 1981 roku około południa. Co prawda w nakładzie zaledwie kilkuset egzemplarzy i o zasięgu hiperlokalnym, ale zawsze.

Później były tzw. rozmowy weryfikacyjne, obejmujące chyba wszystkich dziennikarzy. To był rodzaj egzaminu, który oblałem niestety. Zesłany na kilkumiesięczną bezczynność czekałem na wyrok ostateczny. Po jakimś czasie rygory trochę zelżały, śmiertelne zagrożenie ze strony tego dzieciaka Bartnikowskiego minęło, no i dostałem drugie życie, czyli szansę dalszej pracy.

Nasze prowincjonalne wydawnictwo stało się tzw. jednostką zmilitaryzowaną. Nie wiadomo dokładnie, na czym to miało polegać, widocznie wojskowa władza uznała, że wszyscy jesteśmy żołnierzami. Wprowadzono całodobowe dyżury dla ochrony … no właśnie, przed czym? Raz spędziłem całą noc jako samotny dyżurny w sekretariacie dyrektora naszego wydawnictwa. Jakoś przetrwałem, chociaż z nudów o mało nie umarłem. Jakiś czas później wymyślono Internet, abyśmy się nie nudzili podczas takich idiotycznych dyżurów. Niestety, było to już po stanie wojennym.

Jak widzicie, wrócił temat biuletynu, który wydaliśmy – chyba nielegalnie – w małym pokoiku ówczesnego Wojewódzkiego Domu Kultury przy ul. Parkowej w Olsztynie. Na koniec zatem zapraszam do obejrzenia tego skromnego dziełka z pierwszą w polskim piśmiennictwie informacją o wprowadzeniu stanu wojennego. Przypominam – biuletyn ukazał się w niedziele 13 grudnia 1981 roku.

Tak wyglądała strona 1. Zwróćcie uwagę na rysunek postaci z papierosem. Kazik Napiórkowski, nasz grafik, chciał pokazać (i pokazał) Andrzeja Munka, znakomitego reżysera, patrona grupy młodych twórców filmowych, którym poświęcone było to seminarium. Ale skojarzenie jest chyba jednoznaczne – to przecież wykapany generał Jaruzelski.

Wstępniak w prawym górnym rogu pisaliśmy na bieżąco w niedzielę 13 grudnia, pozostałe teksty powstały poprzedniego dnia wieczorem i w nocy z 12 na 13 grudnia.

Strona 2 – dwie recenzje filmowe. Ciekawe, czy zgadniecie, o jakie filmy chodzi.

Strona 3 – znów popisy moje i Marka.

I wreszcie strona czwarta, ostatnia – skromny ten nasz biuletynik. Rubryka Kronika Tow. to mój autorski pomysł; nawiązywał do powszechnego wtedy w naszym pięknym kraju obyczaju zwracania się do wszystkich per „towarzyszu”.

Biuletyn był bardziej zabawą, niż poważnym dziennikarstwem. Wrzucaliśmy sobie na luz, który nie był raczej możliwy w naszej codziennej pracy w „prawdziwej” gazecie.

05 Gru 2011

Nie mam już siły na te wszystkie promocje. Nic nie chcę, o nic nie proszę, a tu okazje same się pchają drzwiami i oknami. Internetowymi rzecz jasna.

Kiedyś poczta elektroniczna służyła mi wyłącznie do korespondencji służbowej. Teraz niby też, ale oprócz tego mój adres zdobyli pleniący się jak szarańcza agenci, handlowcy, sprzedawcy i inni kusiciele. Tylko dotknij takiego maila, a za parę dni masz gwarantowaną taką rozmowę, jaką opisałem w felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej:

– Otrzymał pan od nas ofertę bezpłatnej wycieczki, tak? – głos kobiety brzmiał dość groźnie.

– Być może, nie pamiętam… no tak – przypomniałem sobie w końcu.

– To dlaczego pan nie skorzystał? – indagowała stalowym głosem.

– No bo…, nie pamiętam…, chyba…, przepraszam, ale chyba nie musze się tłumaczyć – odnalazłem w sobie resztki asertywności.

Ogarnęły mnie wątpliwości. Nie żebym wystraszył się tej ukrytej groźby, ale okazji jednak szkoda. Byłem już wprawdzie w tym słonecznym kraju, pełnym starożytnych pamiątek i współczesnej komercji, nawet bardzo mi się podobało. Wolałbym co prawda coś nowego, ale z drugiej strony morze to nie rzeka, do której podobno nie wchodzi się dwa razy. A w dodatku za darmochę! Może się jednak zdecyduję? Odgrzebałem ten zapomniany mail i wczytałem się w szczegóły. Wycieczka była rzeczywiście bezpłatna, ale pod warunkiem, że zabrałbym z sobą osobę towarzyszącą, za którą zapłaciłbym według cennika, czyli mniej więcej o połowę drożej, niż za standardową ofertę biura podróży. „No to mogłeś pojechać sam, przecież to za darmo, ofermo!” – zakrzyknie ktoś z Was w świętym oburzeniu na moja głupotę. Niby racja, ale za darmo to dostałem tylko tego maila z ofertą. Przeczytajmy, jak to jest z tym niepłaceniem: „Pokrywa Pan tylko niezależne od nas koszty opłat lotniskowych/serwisowych w kwocie 490 zł od osoby oraz koszt ubezpieczenia KL, NNW i bagażu 30 zł od osoby. W przypadku 1 uczestnika obowiązuje dopłata do pokoju 1-osobowego w kwocie 145 zł za dobę”. Policzyłem, wyszło mi ok. 1650 złotych. Wybrana na chybił trafił w Internecie oferta w to samo miejsce, w tym samym terminie i w porównywalnym standardzie kosztowała 1353 złote. Wygląda na to, że jadąc za darmo będę miał drożej o trzy stówy.

Żeby nie było, że coś ściemniam, kilka fotek z tego dość egzotycznego, ale obeznanego już przez Polaków miejsca:

Wodospad w centrum Antalyi, półmilionowym mieście na rivierze tureckiej.

Ruiny starożytnego miasta Perge. Ta drobina w jasnym kapelusiku i jasnych spodenkach przed kolanka, spoczywająca na podeście pamiętającym czasy rzymskie – to Ewunia, moja małżonka.

W kamiennym amfiteatrze w Aspendos. Przez szacunek dla widzów zdjąłem czapkę.

Po plaży chodziłem topless, jak niektóre panie.

Zimne piwko przy stoliku nad hotelowym basenem – idealny stereotyp wczasowicza w tropikach (chociaż to tylko Turcja).

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.