28 Lis 2011

Chcę się z tobą zestarzeć – mówi śmiertelnie zakochana dziewczyna swojemu śmiertelnie zakochanemu chłopakowi. To nawet mocniejsze, niż zwykła przysięga małżeńska.

Nieoczekiwanie te wzniosłe słowa nabierają całkiem nowego znaczenia. Ma być bowiem tak, że niezależnie od tego, czy nosimy na co dzień spodnie czy spódnicę, w świetle prawa pracy będziemy równi. A to oznacza, że prawo do emerytury nabędziemy dokładnie w tym samym wieku – a będzie to wiek nieco późniejszy niż obecnie, niestety.

Jestem twardym zwolennikiem równości, jedności i braterstwa – także w sferze tak zwanych świadczeń. Diabli mnie biorą, gdy tak zwane wyjątki stają się regułą, a reguła – wyjątkiem. W naszym pięknym kraju ustawowy wiek emerytalny wynosi – póki co – 60 lat dla pań, 65 dla panów. Przeciętny emeryt (niezależnie od płci) otrzymał to świadczenie w wieku lat 56! Wyjątki zatem górą!

Padają głosy, aby wysokość emerytury uzależnić wyłącznie od liczby przepracowanych lat i kwoty zebranych składek. Jestem za, chociaż oczywiście (niestety) nadal musiałyby być wyjątki. Zauważcie moi drodzy, że wszelkie ustawy i kodeksy tworzy się tylko dla tych wyjątków właśnie. Przecież gdyby ich nie było, wówczas cała ustawa np. o emeryturach zawierałaby jedno tylko zdanie: Prawo do emerytury nabywa obywatel w wieku …. lat. Tymczasem ustawa zawiera chyba z 200 paragrafów, każdy z punktami, podpunktami i ustępami. Czy planowane przez rząd nowe przepisy chociaż trochę ją uproszczą. Daj Boże. Z tęsknoty za taką paragrafową prostotą napisałem taki oto felieton, który zamieściła piątkowa Gazeta Olsztyńska.

I Twoja żona też

Dżentelmeni nie rozmawiają o emeryturach, oni te emerytury mają. Tak można strawestować znane powiedzenie Winstona Churchilla o pieniądzach. 

Z myślą o tych nielicznych, którzy jeszcze w naszym kraju emerytury nie pobierają, postanowiono usprawnić system ich rozdawnictwa. Dla tych, którzy jeszcze nie zgłębili nowych propozycji, przedstawionych przez premiera w expose sejmowym, mam dwie wiadomości: złą i dobrą. Wiadomość zła jest taka: będziesz pracował dłużej. Wiadomość dobra: Twoja żona też.

Osobiście jestem zdania, że jest to propozycja jak najbardziej słuszna. Powszechnie wiadomo wszak, że my – dorośli, pracujący dziś rodacy – nie spisaliśmy się specjalnie na odcinku, z przeproszeniem, rozmnażania. Z ochotą przejdziemy na emeryturkę, ale kto nam zapłaci? Państwo? Przecież państwo to my właśnie, nasze dzieci i wnuki, których coraz mniej.

Reforma systemu emerytur i rent z 1998 roku była w moim odczuciu reformą trochę udawaną. Największym jej osiągnięciem było powołanie otwartych funduszy emerytalnych, które – moim zdaniem – okazały się kompletną klapą. Nigdy nie mogłem pojąć i nikt mi nie potrafił wyjaśnić, dlaczego takich OFE nie można było utworzyć w strukturach ZUS. Bez powoływania kilkunastu spółek z zarządami, prezesami, siedzibami. Chciałbym wiedzieć, ile w to wszystko umoczyliśmy kasy. No i po co? W imię źle pojętej nowoczesności? Niezależności? Nie rozśmieszajcie mnie, proszę. Słyszę głosy o możliwej likwidacji OFE. Nie będę płakał.

Współczesny polski emeryt przeszedł w stan spoczynku przeciętnie w wieku 56 lat. Nawet biorąc pod uwagę szerokie możliwości, jakie daje system tzw. wcześniejszych emerytur, jest to wynik naprawdę imponujący. Mam nadzieję, że to rekord z tych nie do poprawienia.

Podobno jestem kojarzony raczej z krotochwilą, niż poważnymi rozważaniami. Zatem kto chce, niech potraktuje wszystko, co powyżej, w kategoriach żartu właśnie.

21 Lis 2011

Mój najmłodszy syn jeździ samochodem, którego jestem współwłaścicielem. Niesie to przede wszystkim dodatkowe obowiązki, powiązane niestety z dodatkowymi kosztami.

Samochód musi mieć koła, kierownicę i benzynę w baku, ale też różne papierki, z których najważniejsza jest polisa ubezpieczeniowa, po części dobrowolna (tzw. AC – autocasco), po części obowiązkowe (zwana w skrócie OC). Jak się ma na głowie kilka takich samochodów do upilnowania (to właśnie mój przypadek), można się nieco pogubić w terminach wszystkich tych przeglądów technicznych, wymian opon, wykupów polis ubezpieczeniowych itd. Na szczęście moją wątłą pamięć wspierają różne instytucje, dbające o moje bezpieczeństwo oraz o swoje pieniądze. Jeden z przypadków takiego właśnie wspierania opisałem w felietonie w piątkowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej:

 

Przypominamy, że zbliża się koniec okresu, na jaki została zawarta umowa  ubezpieczenia Twojego pojazdu – pisze do mnie anonimowy przedstawiciel firmy ubezpieczeniowej, którą rok temu zmusiłem do zatroszczenia się o mój 12-letni już, ale wciąż żwawy samochód renomowanej marki. Pan lub pani przedstawiciel proponuje mi przedłużenie umowy; wystarczy wypełnić specjalnie dla mnie przygotowany formularz w Internecie. Taki formularz to po prostu dziecinna igraszka.  Większość rubryk już wypełniono, łącznie z rubryką „rodzaj ubezpieczenia – OC+AC”. Stop! Nadziewam się na komunikat: Informujemy, że nie możemy obecnie przedstawić oferty na kontynuację ubezpieczenia AC dla Twojego pojazdu.

Kiwam głową ze zrozumieniem. Wiem, że większość towarzystw ubezpieczeniowych nie sprzedaje polisy AC dla rzęchów ponaddziesięcioletnich. Dobra, cofnę się w formularzu do poprzedniej strony i wybiorę opcję „tylko ubezpieczenie OC”. Nic właśnie, nic nie wybiorę, nie ma takiej opcji. Bierzesz wszystko albo uciekaj z naszego formularza. Ba, ale wszystkiego (OC+AC) też wziąć nie mogę! Więc po cholerę ten formularz mi wysłali?

Z takim pytaniem, choć sformułowanym w języku ludzi kulturalnych, jakim się na co dzień posługuję, zadzwoniłem do Biura Obsługi Klienta. Uprzejmy pan wyjaśnił mi, że takie formularze rozsyłane są wszystkim klientom jak leci. Doleciało więc i do mnie, ale i tak powinienem na piśmie wypowiedzieć umowę i zawrzeć nową.

Zgoda, ale to jeszcze  nie koniec. W piśmie, o którym wspomniałem na początku, zostałem poinformowany, że o ile nie wypełnię formularza (co – jak wykazałem – jest niemożliwe) lub nie wypowiem sam umowy, otrzymam automatycznie kolejną umowę na takich samych warunkach, jak rok temu. Pytanie godne Sherlocka Holmesa: czy w tej ofercie będzie polisa AC, którą wciąż posiadam, a która mi się przecież nie należy?

 

Polisa AC teoretycznie nie należy mi się od momentu ukończenia przez moje auto 10 lat – co nastąpiło pod koniec roku 2009. Mimo to otrzymałem AC nie tylko na rok 2010, ale też – jako przedłużenie poprzedniej polisy – na rok 2011. Nie chcąc narażać mojego towarzystwa ubezpieczeniowego na konsekwencje niewłaściwej decyzji (którą – jak wykazuje dwuletnie już doświadczenie – może znowu podjąć) sam rozwiązałem umowę. Nową umowę podpiszę z tym samym towarzystwem, oczywiście za pośrednictwem Internetu. Mogliśmy – i ja, i moje towarzystwo – uniknąć niepotrzebnej mitręgi z tym wypowiadaniem i ponownym podpisywaniem. Wystarczyło tylko porządnie przygotować formularz, który przedłożono mi do wypełnienia, a którego – jak wykazałem – wypełnić się nie dało. Tylko tyle i aż tyle.

14 Lis 2011

Wymieniliście już opony w swoich samochodach? Ja nie musiałem.

Kiedyś było prościej; kupowało się samochód, który miał wszystko, co trzeba: drzwi, okna, wycieraczki, świece, simeringi i oczywiście cztery lub pięć kół (stąd znane powiedzenie – piąte koło u wozu). Na kołach były opony, czyli gumy, które zdejmowało się dopiero wtedy, gdy wytarły się do gładkości i trzeba było kupić nowe. Nie tak dawno ludzkość odkryła, że lepiej latem jeździć na oponach twardych, a zimą na nieco bardziej miękkich, dzięki czemu podobno miało być mniej wypadków. No i odtąd oprócz szczytów G8 (obecnie bodaj G20 – spotkanie szefów najbogatszych krajów świata, liczba po G oznacza, że jest tych bogaczy coraz więcej) i szczytów porannych na ulicach, mamy też szczyty jesienne i wiosenne, związane z sezonową wymianą opon.

U mnie jak zawsze było trochę nietypowo, co tak opisałem w ostatnim magazynowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej.

Operację wymiany opon w samochodzie przeciętny kierowca przeprowadza dwa razy w roku. Teoretycznie mam tak samo, ale moje dwa razy trzeba przemnożyć jeszcze przez dwa, bowiem moja nieoceniona małżonka, niewiasta mnóstwa zalet i urody niezwykłej, jest posiadaczką pojazdu odrębnego, acz niewydzielonego z małżeńskiej wspólnoty majątkowej. Jest to więc samochód poniekąd mój także, która to cecha objawia mu się z całą mocą wczesną wiosną i późną jesienią, gdy nadchodzi czas wymiany opon.

Korzystając z nieobecności urlopowanej od służbowych i domowych obowiązków wzmiankowanej małżonki postanowiłem powitać ją po powrocie samochodem obutym w zimówki. W tym celu przewróciłem najpierw do góry nogami cały dom w poszukiwaniu zapasowych kluczyków, powtórzyłem tę operację, aby odnaleźć karteczkę zaświadczającą o przechowaniu opon i pojechałem do odpowiedniego warsztatu. Stojąc w dość długiej kolejce spojrzałem raz jeszcze na niepozorną karteczkę i zamarłem – widniała tam data listopad 2010. To znaczyć mogło nie mniej ni więcej tylko tyle, że w przechowalni spoczywały od roku moje opony letnie! Gdzie są w takim razie zimowe? Z tym pytaniem pobiegłem do biura serwisu. Sympatyczna pani spojrzała na mnie dziwnie i oddała karteczkę właścicielowi. Razem poszliśmy do mojego (?) samochodu.

– Panie, przecież pan ma w samochodzie założone opony zimowe! Co pan chce wymieniać?

Okazało się, że samochód przejeździł całe lato na zimówkach, co mu zresztą specjalnie nie zaszkodziło wobec znikomego przebiegu. Widocznie wiosną nie wykonałem rutynowej w naszym stadle usługi wymiany, czego moja wielu zalet małżonka nawet nie zauważyła.

– A co miała zauważyć? Opony, proszę pana, to męska rzecz – pouczyła mnie miła pani w serwisie, inkasując należność za wydłużone składowanie.

Te moje żarty nie oznaczają oczywiście, że naigrawam się z samej idei wymiany opon. Osobiście jestem przekonany, że zimowe kalosze na kołach mojego samochodu wielokrotnie uratowały mi życie na naszych przeuroczych warmińsko-mazurskich drogach, zdobnych w śnieg, lód i inne uroki zimy.

07 Lis 2011

Czasami nachodzi człowieka takie coś, że chce być nowoczesny i praktyczny jednocześnie. Ale tak się nie da, niestety.

Przekonałem się o tym boleśnie na ulubionym przeze mnie (acz wciąż nierozpoznanym) poletku telefonii komórkowej. Rękawica, którą zdecydowałem się podjąć, okazała się przyciężka. Wyznałem to bez ogródek w cotygodniowym felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Jakiś głos mnie ostrzegał: nie kombinuj, nie znasz się, znowu sknocisz! Ale głosy wewnętrzne to nie moja specjalność, więc je zlekceważyłem. Podobnie jak zdrowy rozsądek.

Rozsądek bowiem mówi tak: jeżeli coś działa, to tego nie zmieniaj. Od lat wypracowałem sobie taki układ, że prywatny telefon komórkowy mam w tej samej sieci, co telefon służbowy. Mam tych telefonów prywatnych kilka (liczne potomstwo), wszystkie w tej samej sieci. Wykalkulowałem sobie kiedyś – do dziś nie wiem, czy słusznie – że będąc w jednej sieci łatwiej się z wszystkimi połączę no i zapłacę niższe rachunki.

Działało lata całe, ale czart nie śpi. Złe licho wie, że łatwo mnie zbałamucić. Nie w sensie moralnym – bo tu twardym jak skała – ale na odcinku mediów mobilnych, gdzie rozumek mój zmniejsza się do rozmiarów orzeszka laskowego.

No i kupiłem sobie nową usługę u nowego operatora. Skusiłem się na nowy telefon (to już nie telefon, to smartfon). Miało być tak, że jaką bym do niego kartę nie włożył, będzie działać. Włożyłem najpierw kartę służbową – działa jak złoto. Włożyłem nową – blokada!

Zadzwoniłem do mojego nowego operatora, mając złe przeczucia. Niesłusznie.

– To jakiś błąd w kodzie karty. Musi pan pójść do najbliższego punktu i zduplikować kartę. To kilka minut – poinstruował mnie głos w infolinii.

Fakt, trwało trzy minuty. Ale nowa karta działa tylko w nowym telefonie. Próbowałem od razu przełożyć do telefonu służbowego. Blokada!

– Nie działa – poinformowałem panią w punkcie usługowym.

– A jak ma działać? Przecież ta karta działa tylko w naszej sieci – poinformowała mnie wyrozumiale.

No i znów wyszedłem na durnia. Używam prywatnego telefonu ze służbową karta, a nowa prywatna karta leży sobie bezużytecznie w pudełku. Gdy rozum śpi, budzą się smartfony.

Ta historia ma dalszy ciąg, pozytywny jak najbardziej. Spotkałem się otóż z przyjacielem – oczywiście nie dosłownie, tylko na czacie na fejsbuku – no i zapytałem wprost, czy nie ma przypadkiem jakiegoś niepotrzebnego telefonu bez simlocka. Przyjaciel wie, że jeżeli o coś proszę, to naprawdę mam problem. Pogrzebał w szafach i szufladach i znalazł porządny telefon w dobrym stanie. Włożyłem nową kartę do telefonu od przyjaciela i wszystko znowu jest jak trzeba. Z wyjątkiem mojego nadwątlonego ego.

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.