30 Paź 2011

Nie jestem specjalnym miłośnikiem cmentarzy. Bliskich, którzy odeszli, noszę w pamięci i sercu bez potrzeby odwiedzania ich grobów.

Mimo to w okolicy 1 listopada co roku bywam na cmentarzach. Kładę symboliczne kwiaty, stawiam znicze… Taka tradycja. Przecież nie robimy tego dla naszych Zmarłych, robimy to dla siebie. Czujemy, że tak trzeba, to nikłe, chybotliwe światełko to takie świetliste znaki naszego człowieczeństwa. Ktoś mądry powiedział, że ludzie różnią się od innych zwierząt stosunkiem do swoich zmarłych. Coś jest na rzeczy, zakładając oczywiście, że zgodzimy się na ten wspólny mianownik „zwierzęta”.

A wracając do Wszystkich Świętych – niespecjalnie miłe to święto. Przypomina, że wszyscy prędzej czy później powiększymy to grono. Tak mi się napisało w felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Wszystkich Świętych i Zaduszki to święta odnoszące się zdecydowanie i jednoznacznie do chrześcijaństwa. Jednak w tym wyjątkowym przypadku nie ma żadnych antagonizmów w kwestiach światopoglądowych. Chrześcijanie (u nas przeważnie katolicy), agnostycy a nawet zdecydowani ateiści chodzą na cmentarze, by nad grobami bliskich oddać się refleksji i zadumie lub(i) zatopić w modlitwie.

Pamięć o zmarłych jest bowiem przywilejem nie tylko wierzących. 1 listopada był dniem świątecznym także za głębokiej komuny, chociaż wówczas mówiono o nim jako o Święcie Zmarłych. Nie sądzę, aby w tym świeckim nazewnictwie była jakaś głębsza refleksja, ale przecież możemy ją odnieść do pogańskich Dziadów. Obrzędy związane z Dziadami opisał poetycko sam Adam Mickiewicz. Warto wiedzieć, że np. zapalanie zniczy na grobach zmarłych wywodzi się właśnie z przedchrześcijańskich obrzędów. Znicze miały wskazywać duszom zmarłych drogę do domu, aby mogły ten dzień spędzić z bliskimi.

Mało kto pewnie wie, że kiedyś dzień Wszystkich Świętych obchodzono w maju. Ustanowiono to święto w 610 roku, kiedy to wyświęcono rzymski Panteon – siedzibę wszystkich przedchrześcijańskich bóstw – pod wezwaniem Matki Bożej Męczenników. Dziś powiedzielibyśmy, że był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę papieża Bonifacego IV. Co roku ciągnęły do Rzymu setki tysięcy pielgrzymów, aby oddać cześć zmarłym męczennikom. Nawet jednak tak uduchowieni pątnicy musieli coś jeść, a o to wiosną, przed zbiorami, było trudno. Z tego właśnie powodu w 837 roku papież Grzegorz IV postanowił przenieść święto na 1 listopada, rozszerzając jednocześnie jego zakres na wszystkich świętych kościoła katolickiego.

Pamiętajmy o wszystkich zmarłych, to dla nich jest dzień Wszystkich Świętych. Kiedyś to będzie także nasze święto.

Jak co roku wybrałem się do Węgorzewa, gdzie na miejscowym cmentarzu od przeszło 30 lat odpoczywa sobie spokojnie po pracowitym życiu mój dziadek Franio. Wciąż  noszę się z zamiarem przeniesienia jego prochów do Olsztyna, ale po wczorajszej rozmowie z panią Teresą zaczynam mieć wątpliwości.

Pani Teresa i jej mąż Janusz przyjaźnili się z moim dziadkiem za jego życia, a po jego śmierci aż do dziś zajmują się jego mogiłą. No i wczoraj pani Teresa powiedziała mi, że dziadek Franio pod koniec życia mówił, że chce spocząć na cmentarzu w Węgorzewie. Tu spędził całe swoje powojenne życie i tu chce pozostać. Muszę to wszystko ponownie starannie przemyśleć.

Cmentarz w Węgorzewie, aleja główna

Idę główną alejką, dochodzę do grobu dziadka

Grób dziadka ukwiecony i rozjaśniony zniczami


25 Paź 2011

Kiedy ulica Artyleryjska w Olsztynie była garbata i dziurawa, kierowcy gromkim głosem wołali o remont. Kiedy remont się zaczął, słychać było równie gromkie narzekania na utrudnienie.

A kiedy w końcu po Artyleryjskiej można już jeździć – choć jeszcze nie po całej – krytyka leje się niepowstrzymanym strumieniem. Może lepiej było w ogóle tej Artyleryjskiej nie ruszać? Mnie tam się podoba, czemu dałem wyraz w moim cotygodniowym felietonie w piątkowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej.

Na zachodnim bez zmian

Wiem, że trzeba uważać, ale i tak omal nie pakuję się w barierkę opatrzoną wielkim znakiem zakazu. Stoi tu tymczasowo, dopóki orkiestra się nie nastroi. Jaka orkiestra, po czorta na ulicy orkiestra? Jak to jaka? Dęta, najlepiej wojskowa, z odświętnie wystrojonym kapitanem, a jeszcze lepiej tamburmajorem.

Dobra, po kolei. Jest ulica nowa? Jest. Ma być uroczyste otwarcie? Jak najbardziej. No więc myślałem, że się załapię, ale okazało się, że otwarcie jest częściowe, czyli niepełne, bez całej gali.

Jedzie się trochę niebezpiecznie, zwłaszcza na początku, kiedy lewym pasem jadę pod prąd. Na szczęście ci z naprzeciwka też uważają, bo przeczytali w gazetach, że chwilowo ten jeden pas będzie robił za dwa. Ale sama trasa – nie powiem złego słowa. Prosta jak strzelił, cały czas wzdłuż torów. Stare koszary niby te same, ale oglądane z innej strony, pozbawione odgradzających je zazwyczaj od świata murów – nie do poznania.

Dojeżdżam do skrzyżowania i przez chwilę nie wiem, gdzie jestem. Ja, stary olsztyniak nie poznałem tego miejsca . No ale jak mogłem poznać, kiedy tego skrzyżowania nigdy tu nie było. Jak pamiętam, było tu podwórko z jakimś warsztatem, gdzie prostowało się resory. Na szczęście stary cmentarz pozostał nienaruszony.

Nowa ulica Artyleryjska w Olsztynie autentycznie mnie zachwyciła. Kierowcy narzekają, że wciąż niegotowa, że nawierzchnia niezbyt równa (brakuje jeszcze tzw. warstwy ścieralnej, jakby ktoś pytał), że korki niewiele mniejsze. Osobiście wolę jednak jeździć niegotową i bez tej warstwy, niż jak przedtem przez jakieś wyboiste objazdy. Są pewnie i tacy, którzy tęsknią do śmierdzącej speluny, znanej jako bar Tramp, stojącej niegdyś w miejscu obecnego ronda Ofiar Katastrofy Smoleńskiej. Ci usychający z tęsknoty mogą zajrzeć na pobliski Dworzec Zachodni. Tam póki co bez zmian.

Słów kilka o wspomnianym w felietonie barze Tramp. Stał na obszernym trawniku w miejscu dzisiejszego Ronda Ofiar Katastrofy Smoleńskiej, po prawej stronie ul. Bałtyckiej (patrząc od strony Likus). Sprzedawano tam piwo bardzo podłej jakości, za to obsługa nie miała zwyczaju pytać o wiek konsumentów, dzięki czemu smak złocistego trunku wielu z nas poznało jeszcze przed osiągnięciem magicznej osiemnastki. W barze można było także zjeść danie dnia w postaci kotleta mielonego z ziemniakami i kapustą zasmażaną. Zdarzało mi się kosztować tego specjału, dostępnego nawet mojej uczniowskiej kieszeni.

Okolice Dworca Zachodniego obfitowały też w inne atrakcje. Po przeciwnej niż bar Tramp stronie Bałtyckiej, przy wylocie Leśnej i Artyleryjskiej, rozbijały swoje namioty wędrowne cyrki. Tam po raz pierwszy widziałem tresowane lwy i kuce, a także zarykiwałem się z niewybrednych dowcipów klaunów. Później znaleziono dla cyrku miejsce przy al. Wojska Polskiego (w parku niedaleko CEIK). Dopiero znacznie później ustalono, że cyrki mają rozbijać swoje namioty przy stadionie Stomilu.

Artyleryjska to z kolei stadion Budowlanych, na którym oddawaliśmy się ćwiczeniom fizycznym, polegającym głownie na bieganiu dłuższych i krótszych dystansów po pełnowymiarowej, choć mocno podniszczonej bieżni. To se ne vrati, jak powiadają bracia Czesi.

17 Paź 2011

Nie przyjmuję do wiadomości, że ktoś nie głosuje z zasady, albo nie głosuje, bo nie ma na kogo. Nieobecni nie mają racji.

Generalnie nie mam najwyższego zdania o politykach jako grupie społecznej, no ale jak i kiedy miała się u nas wykształcić klasa polityczna wysokich lotów? W latach 50. XX wieku, kiedy szalały odwet i terror? W latach 60. – czasie siermiężnego socjalizmu? Czy może w latach 70. – okresie gierkowskiego skoku do przodu, który okazał się skokiem w przepaść. O latach 80. nie wspomnę, przypomnę tylko wybuch Solidarności i błyskawiczną (w skali historii oczywiście) reakcję władzy – wybuch stanu wojennego.

Dziś wybory są naprawdę wolne. Jeszcze tylko musimy dopracować się drobiazgu: porządnych kandydatów i sprawiedliwej ordynacji. No, ale to już zadanie polityków. Tych, których wybraliśmy i wybierzemy w przyszłości.

To taki dodatkowy komentarz do felietonu, który napisałem tuz po wyborach i opublikowałem w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej:

Kilkoro moich bliższych i dalszych znajomych nie posiadało się z oburzenia: jak ONI mogli ICH wybrać? ONI  to My – wyborcy, pod ICH można podłożyć dowolne nielubiane nazwisko nowej posłanki czy nowego posła. Sypały się obelgi, niektóre wręcz ordynarne, inne tylko niezgrabne – na przykład budujące wątpliwy dowcip na zniekształceniu nazwiska znienawidzonego kandydata. Pardon, już nie kandydata, już posła. Mój kolega dziennikarz poprosił telefonicznie o krótką wypowiedź jednego z takich wygranych, zwracając się doń per: panie Stanisławie (imię zmienione, żebyście nie poznali). Na to ten odpowiedział z godnością: od dziś trzeba mówić do mnie panie pośle. No niby ma rację, ale jak skończyłem studia jakoś się nie upierałem, żeby mówić do mnie per panie magistrze. Niedługo do ludzi po liceum, ale przed maturą będziemy się zwracać panie abituriencie, co akurat popieram; przynajmniej wzbogacilibyśmy nasz przerażająco ubożejący i kulejący przy każdym kroku język polski.

Ale co ja tu o języku, kiedy gorący tydzień powyborczy jeszcze się nie zakończył. Oczywiście głosowałem – jak to się teraz pięknie mówi – zgodnie ze swoim sumieniem. No i jestem w mniejszości. Jak wszyscy głosujący. W większości są ci, którzy do wyborów nie poszli. Oni są jak ten bogobojny Szymon, który co tydzień modlił się do Boga o wygraną w lotka? Wreszcie dobry Bóg nie wytrzymał i zagrzmiał z niebios: Szymonie, Ty mi daj szansę! Ty zagraj!

Większość nie zagrała, ale w odróżnieniu od Szymona nie liczy na wygraną, tylko kontestuje rządy wygranych. W tym sensie mają rację ci skrajni politycy, którzy twierdzą, że w naszym kraju nie ma demokracji. Ano nie ma, bo demokracja to przecież rządy większości. Szkopuł w tym, ze ta większość rządzić nie chce.

Pewien klasyk mawiał: mniejsza o większość. I tego będziemy się trzymać.

Piszę jak zawsze w tonacji prześmiewczej, ale wcale mi nie do śmiechu. Wszedłem niedawno w polemikę powyborczą z kolegą, który argumentował, że demokracja wcale nie jest najlepszą formą ustroju społecznego. Odpowiadałem powszechnie znaną formułą, pożyczoną od Winstona Churchila, że demokracja to bardzo kiepski ustrój, ale nie wymyślono jeszcze lepszego. Przerzucaliśmy się argumentami, ale obaj nie mieliśmy racji. Po prostu demokracji w jej klasycznym rozumieniu u nas nie ma. Co to za demokracja, w której liczą się głosy mniejszości – bo przecież w wyborach uczestniczyła mniej niż połowa Polaków. Chyba, że przyjąć dość ryzykownie, że wstrzymanie się od głosowania – to też głosowanie. Wówczas możemy zakładać, że ci, którzy do urn nie poszli, oddają władzę w ręce tych, których wybierze głosująca mniejszość.

Nic dziwnego, że polska demokracja nie jest specjalnie wysoko oceniana w świecie. Należymy do grupy państw z tzw. demokracją ułomną. Marna pociecha, że wciąż jest to grupa najliczniejsza.

10 Paź 2011

Dopiero gdy napisałem ten tytuł uświadomiłem sobie, że kojarzy się całkiem jednoznacznie z wyborami. A ja zupełnie o czym innym.

Nie lubię takich prostych skojarzeń. Ja tu o platformie, czyli peronie (z angielskiego), ale ktoś tam oczywiście mruga porozumiewawczo i uśmiecha się domyślnie: no tak, platforma, wiadomo, rozumiemy się stary. Nic z tych rzeczy. Żadnych politycznych skojarzeń. Poczytajcie zresztą sami – to felieton z mojej stałej rubryki w Gazecie Olsztyńskiej:

Nic tak nie wzbogaca, jak rozmowa ze zwykłymi ludźmi. Tak na marginesie: ten podział na ludzi „zwykłych” i „niezwykłych” wprowadzili politycy. Posłuchajcie, jak co drugi się chwali kontaktami ze „zwykłymi” ludźmi właśnie. A sam to niby jaki?

No więc zadzwonił do mnie zwykły czytelnik (a może niezwykły właśnie, bo czyta moje wypociny) i w krótkiej rozmowie uświadomił mi coś, co nie dawało mi spokoju od kilku miesięcy. Dowiedziałem się mianowicie od niego, po co powstał w Olsztynie Zarząd Komunikacji Miejskiej.

Próbowałem sam dojść, po jakie licho potrzebny nam zarząd czegoś, co już dawno jest zarządzane. W końcu pierwszy tramwaj pojawił się w Olsztynie już w 1907 roku, po wojnie komunikację miejską odbudowano w 1946 – tym wszystkim musiał ktoś kierować. No to może źle kierował? Możliwe, ale w takim razie lepiej zmienić tych nieudolnych kierowników, zamiast powoływać nowych.

Plątałem się bezradnie w tych pozornie logicznych rozważaniach aż do wspomnianego telefonu od czytelnika. On to uświadomił mi, że ZKM w Olsztynie jest po to, aby ktoś mógł czekać na platformę. Właśnie cały ZKM i jego prezes mają takie zajęcie: czekanie na platformę.

Zapytajcie kogokolwiek z mieszkańców, pasażerów MPK, czy do szczęście potrzebna mu jest jakaś platforma. No nie, po diabła? Ale ZKM bez platformy nie pozwoli uruchomić nowej, pięknej pętli przy ulicy Biskupa Płoskiego. Podobno takie przepisy: jak nie ma platformy, to nie ma pętli – i już. Unia Europejska nam patrzy na ręce (i na przystanki) i jak coś sknocimy, to zabierze kasę na wymarzone olsztyńskie nowe tramwaje.

Jakoś nie wierzę w te przepisy; znam parę pętli autobusowych, gdzie żadnej platformy nie ma. I bardzo dobrze, bo gdyby były już wszędzie, to co by robił Zarząd Komunikacji Miejskiej?

A swoją drogą przystanki tramwajowe rzeczywiście będą potrzebowały tych nieszczęsnych platform. Przeciwnicy tramwajów mogą zatem spać spokojnie; ZKM nie pozwoli uruchomić przystanków, więc żadnych tramwajów nie będzie.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.