25 Wrz 2011

Nie jestem specjalnym zwolennikiem Internetu w telefonie komórkowym, ale skoro wszyscy mają, to nie jestem gorszy.

Prawdę powiedziawszy Internetu w komórce prawie nigdy nie używam, no bo co to za przyjemność? Ekran malutki, nie poczytasz, nie pooglądasz, a do tego wszystko chodzi znacznie wolniej, niż w normalnym komputerze. Czasami jednak potrzeba przyciśnie człowieka – mówię oczywiście o potrzebie zajrzenia do sieci – na przykład w podróży albo na grzybobraniu w środku lasu. Na grzyby chodzę co prawda dość rzadko, ale jak już idę, to raczej nie zabieram z sobą komputera. A Wy?

Takie rozważania doprowadziły mnie do wniosku, że jak już korzystać – to w miarę wygodnie. No i ściągnąłem sobie kłopot na głowę, o czym napisałem w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej następujący tekst:

Dotychczas Internet w moim telefonie był malutki i niespieszny. Chciałem widzieć lepiej i szybciej. Okazja się trafiła na zawołanie, bo akurat kończył się czas umowy i zaatakowały mnie telefonicznie różne sieci komórkowe. Skąd oni mnie wszyscy znają? Panie Adamie to, panie Adamie tamto. Tak czy siak namówili mnie do wymiany aparatu, a przy okazji do zmiany operatora. Upatrzyłem sobie model o niemożliwej do wymówienia nazwie, zaczynającej się na H.

Aparat przyjechał w zgrabnej paczuszce z odpowiednimi cyrografami. Podpisałem co trzeba, dopadłem dotykowej klawiatury i uruchomiłem Internet. To znaczy spróbowałem. Bez powodzenia. Ki diabeł. Próbuję raz i drugi – nic.

Pierwsza myśl: odeślę bezużyteczne pudło z powrotem, podrę umowę, zrobię awanturę całej tej zakichanej centrali. Zaraz, nerwy na bok, rusz chłopie łepetyną! Może coś z tymi sieciami nie gra?

Myślenie pobudził we mnie pewien młody człowiek, do którego trafiłem przez pomyłkę. Chciałem do salonu mojego nowego operatora, a wszedłem w drzwi obok.

– Po prostu telefon trzeba skonfigurować do właściwej sieci – stwierdził.

Nie przyszło mi to do głowy. Internet to Internet, skoro działa na każdym komputerze, to powinien też na każdym telefonie. Okazuje się jednak – o czym nie miałem pojęcia – że każdy model telefonu musi być odpowiednio skonfigurowany w odpowiedniej sieci. Mój młody pomocnik wszedł na odpowiednia stronę w Internecie, otworzył i wydrukował odpowiednią instrukcję, coś tam poklikał w moim nowym telefonie – niestety bez skutku.

– Musi pan pójść do salonu firmowego w centrum, tam na pewno pomogą.

Spróbowałem najpierw sam. I co powiecie? Przeprowadziłem wcale nieprostą konfigurację na zupełnie mi nieznanym obiekcie i Internet aż furczy w moim telefonie na H. Teraz zabieram się za SMS-y.

Kiedy tylko wszystko zaczęło działać, jak należy, natychmiast wyłączyłem w telefonie dostęp do sieci. Przecież ja bardzo rzadko chodzę na grzyby.

19 Wrz 2011

Tej soboty nie dane mi było spędzić przy telewizorze. Zadzwoniła do mnie pewna wysoko postawiona osobistość, czyli osobista bratowa.

– Adasiu (ona tak zawsze pieszczotliwie mówi), przyjeżdżaj, my tu robimy pożegnanie lata.

– No to róbcie – burknąłem niezbyt uprzejmie, bo akurat co innego miałem na głowie.

– Planujemy rytualną, pożegnalną kąpiel w jeziorze. I co, bez ciebie?

To pytanie zawisło nad Olsztynem jak jeszcze jedna chmura, których akurat tego dnia nie brakowało. Było raczej chłodno, jakoś mało plażowo, no ale przecież bratowej – jak premierowi – się nie odmawia.

No i wleźliśmy wspólnie do tego jeziora, ale tylko we dwoje. Brat kategorycznie odmówił twierdząc, że u niego z głową wszystko w porządku. Przeżycie było mocne, tak je zapisałem w cotygodniowym felietonie w Gazecie Olsztyńskiej.

Faceci w ciepłych kurtkach, zgromadzeni na pomoście, porzucili nawet swoje wędki, żeby lepiej nam się przyjrzeć. W dość chłodnych okolicznościach przyrody łysawy starszy facet i elegancka kobitka, rozbierający się wspólnie na brzegu jeziora, wzbudzali pewną sensacje. Cel tej rozbieranki był jasny: orzeźwiająca kąpiel w przejrzystych wodach jeziora Gim, które wspomnianym facetom służyły wyłącznie do zanurzania kijów zakończonych sznurkami.

Łysawy to ja; wspólnie z moją nieocenioną bratową (to ta kobitka obok) postanowiliśmy w chłodny wrześniowy dzień pożegnać się z latem. Brat pozostał w pobliskim domku – nomen omen letniskowym – by przygotować nam ratujące życie odżywki i płyny. Faceci na pomostach pozostali anonimowi.

Niewątpliwą zaletą kąpieli późnoletnich (lub jak kto woli wczesnojesiennych) jest posiadanie całego jeziora na wyłączność. Nikt wam nie zajdzie (zapłynie?) drogi, nikt wam nie skoczy na łeb ze wzmiankowanego pomostu, nikt was nie kopnie w kostkę ani nie podstawi nogi podczas wielokrotnie ponawianych prób zamoczenia nóg powyżej kostek. Z pustego brzegu do pustej otchłani możemy nie niepokojeni przez nikogo wejść powoli (zalecane), lub wbiec pędem, zależnie od preferowanej techniki.

A tak zupełnie poważnie: w chłodne dni o wiele łatwiej zanurzyć się w chłodnym jeziorze, niż podczas upałów. Pamiętacie lipcowe drgawki, wybieganie z wody, wspinanie się na palce, żeby tylko opóźnić zamoczenie rozgrzanego torsu? We wrześniu, a tym bardziej w październiku, nic takiego wam nie grozi.

Pochwaliłem się swoim wyczynem na Facebooku. Okazało się, że kilkoro moich znajomych wpadło tego dnia (była sobota) na ten sam pomysł. Niektórzy zapowiadali nawet kontynuację w październiku, listopadzie, grudniu… Może się przyłączę.

Wyglądało to mniej więcej tak:

Nasza publiczność, twarze niewidoczne ze względu na Ustawę o ochronie danych osobowych.

Tu sobie płynę, już blisko zbawczego brzegu.

Wyłażę zdejmując okularki wodne, za chwilę założę zwykłe, żeby coś widzieć

Wyłażę jeszcze bardziej, nawet nie było mi zimno.

Nawet trochę popływałem, o tak.

12 Wrz 2011

Sport jest po to, żeby budzić nasze emocje, a nie po to, żeby nasi wygrywali. Pokazują to liczne przykłady z historii starszej i najnowszej.

To dość prosta i oczywista reguła, a jednak szlag nas trafia, kiedy to nie nasi okazują się najlepsi, najszybsi, najsilniejsi. Niestety, trzeba przyjąć do wiadomości, że Niemcy są od nas lepsi w piłkę, a pewien postawny Ukrainiec dał lekcje boksu i pokory naszemu Tomkowi Adamkowi.

Piłką nożną kiedyś mocno się podniecałem, teraz zdecydowanie nie jestem na bieżąco. No ale kiedy gramy z Niemcami, to nawet ja oglądam. Pochwaliłem się tym przed czytelnikami w mojej stałej rubryce w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Dlaczego Niemcy nie wygrali

W naszym pięknym kraju wszyscy znają się na dziennikarstwie, medycynie i futbolu. Jestem zatem swego rodzaju fenomenem, wyjątkiem, czarną owcą bez mała, bowiem znam się tylko na dziennikarstwie i to – mimo ponadtrzydziestoletniego doświadczenia – nie do końca. O medycynie wiem tyle, że lepiej być zdrowym i bogatym niż chorym i biednym, zaś o futbolu – że jest to gra z udziałem 22 facetów (dziś już także pań), w której zawsze wygrywają Niemcy.

Całkiem zatem na luzie oglądałem wyczyny 22 panów, którzy na horrendalnie kosztownym nowym stadionie w Gdańsku uganiali się przez 94 minuty za nadmuchiwanym skórzanym pęcherzem. Po pierwsze bowiem wiedziałem, że i tak wygrają Niemcy (patrz wyżej), po wtóre zaś dzięki lekturom przedmeczowym wiedziałem, że jest to gra o pietruszkę, czyli o nic.

Ponieważ zaś moja futbolowa wiedza i zainteresowanie zatrzymały się na epoce Orłów Górskiego, więc skonstatowałem, że:

Wojciech Szczęsny to prawie Jan Tomaszewski, chociaż mniej nerwowy;

Sławomir Peszko to jednak nie Robert Gadocha, bo za często się przewraca;

Adrian Mierzejewski to jeszcze nie Grzegorz Lato, chociaż technicznie chyba nawet lepszy;

Jakub Błaszczykowski nawet nie jest podobny do Kazimierza Deyny, a rogale pewnie zna tylko z piekarni;

Robert Lewandowski trochę się jeszcze musi nauczyć od Zbigniewa Bońka, chociaż tak jak „Zibi” strzelił bramkę Niemcom;

Arkadiusz Głowacki, Jakub Wawrzyniak, Marcin Wasilewski, Damien Perquis mogą póki co wiązać sznurowadła Jerzemu Gorgoniowi, Antoniemu Szymanowskiemu, Władysławowi Żmudzie i Adamowi Musiałowi, chociaż tamci w najlepszych swoich latach nie grali w zagranicznych klubach.

Dlaczego zatem Niemcy tym razem nie wygrali? Nie mam pojęcia, ja się kompletnie nie znam na piłce nożnej.

Bardziej trwała okazała się moja miłość do lekkoatletyki. Sięgam pamięcią nawet do legendarnego Wunderteamu, kiedy pękaliśmy z dumy po sukcesach Józefa Szmidta, Edmunda Piątkowskiego, Zdzisława Krzyszkowiaka, Jerzego Chromika, Janusza Sidły, czy ich następców: Wiesława Maniaka, Andrzeja Badeńskiego, Władysława Kozakiewicza, Władysława Komara – mógłbym tak długo wyliczać z pamięci. Dziś niestety  bierzemy w skórę nie tylko od Amerykanów czy od Ruskich, ale też Niemców, Chińczyków, Kenijczyków czy Estończyków. Nie mówiąc o biegaczach z mocarstwa o nazwie Saint Kitts & Nevis, którzy leją nie tylko naszych (co dość oczywiste), ale nawet Amerykanów. Wspomniane mocarstwo to kraj o powierzchni tylko trochę mniejszej, niż Kraków z narodem tylko trochę mniej licznym, niż ludność Ostródy. Składa się z dwóch wysepek na Morzu Karaibskim, a jak wiadomo tamtejszy klimat sprzyja szybkiemu bieganiu. Rzeczone mocarstwo nie tylko leje nas w sprintach, ale też pokonało nasz 38-milionowy kraj w punktacji generalnej zakończonych niedawno Mistrzostw Świata w Lekkoatletyce. Być może takie jest właśnie nasze miejsce w sportowym szeregu.

05 Wrz 2011

Jako dziecko nie miałem żadnych skojarzeń z datą 1 września. Później niestety poszedłem do szkoły. Jak wszyscy. No i wpadłem wówczas w pułapkę martyrologii.

A może czas się z tej pułapki wyrwać? Tak sobie rozważałem w ostatnim moim felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej:

Pierwszy września

Z czym się Państwu kojarzy data 1 września? No tak, mnie też głównie z początkiem II Wojny Światowej, ostrzałem Westerplatte, obroną Poczty Gdańskiej i tak dalej. Znam jednak sporo osób, które kojarzą tę datę wyłącznie jako początek roku szkolnego. Jeszcze inni pamiętają, że 1 września 1989 roku zginął w USA jeden z najlepszych polskich piłkarzy Kazimierz Deyna.

Zapewne w polskiej historiografii, a być może i w narodowej świadomości historycznej, 1 września pozostanie na zawsze rocznicą napaści hitlerowskiej na Polskę. Równie dramatycznych wydarzeń nie było i – miejmy nadzieję – nigdy nie będzie już w naszej historii. Pamiętajmy jednak także, że:

1 września 1364 roku papież Urban V wydał bullę powołującą do życia Akademię Krakowską, dziś znaną jako Uniwersytet Jagielloński w Krakowie;

1 września 1939 roku w niemieckim wówczas Olsztynie uruchomiono komunikację trolejbusową;

1 września  1961 roku urodził się Krzysztof Dariusz Szatrawski, olsztyński pisarz, krytyk muzyczny i literacki;

1 września 1969 roku w Libii nastąpił przewrót wojskowy, proklamowano utworzenie Libijskiej Republiki Arabskiej, władzę objął Muammar al-Kadafi, obaliwszy króla Idrisa I. Dziś – także na początku września – obalają Kadafiego;

1 września 1972 roku na igrzyskach olimpijskich w Monachium Józef Zapędzki po raz drugi został mistrzem olimpijskim w konkurencji pistoletu szybkostrzelnego;

1 września 1982 roku zmarł Władysław Gomułka, polski polityk, działacz komunistyczny, I sekretarz KC PPR, wicepremier, I sekretarz KC PZPR;

1 września 1985 roku odnaleziono wrak Titanica;

1 września 1999 roku założono Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie;

1 września 2011 roku dzieciaki poszły do szkoły i tam dowiedzą się, które z tych wydarzeń są ważne, które jeszcze ważniejsze, a o których można spokojnie zapomnieć.

W szkole dowiedziałem się, że 1 września trzeba długo stać w szyku niemal wojskowym na szkolnym apelu i słuchać mądrych, diablo nudnych i cholernie długich wystąpień nauczycieli i zaproszonych gości. Wtedy jednak nikt z nas się nie buntował; staliśmy karnie, bo nam ta data naprawdę wiele mówiła. Każdy z nas, dzieciaków urodzonych raptem 5 – 10 lat po wojnie, wyniósł z domu nabożny szacunek do niedawnej, tragicznej przeszłości. Każdy z nas miał w rodzinie dziadka, ojca, wuja, stryja – uczestników wojny. Mój dziadek i ojciec walczyli w Powstaniu Warszawskim – obaj przeżyli. Drugi mój dziadek wspierał partyzantkę na Wileńszczyźnie, za co trafił – wraz z synem, moim wujem – do sowieckiego obozu. Jakimś cudem przeżyli, po wojnie trafili do Olsztyna. Potem dziadek został kierownikiem PGR-u pod Węgorzewem, bo on – rolnik z krwi i kości –  nie wyobrażał sobie życia w mieście. I nie mówcie mi, że to jego kierownikowanie miało coś wspólnego z umacnianiem komuny. Dziadek – podobnie jak Bogumił Niechcic, jak Maciej Boryna – nie służył partiom czy ustrojom; on służył ziemi. Jakoś specjalnie się na tym kierownikowaniu nie dorobił, ale do końca życia pozostał pogodnym, wesołym Franiem, jakiego można zobaczyć np. w świetnych moim zdaniem powieściach mojego wuja Eugeniusza Werstina (niektóre wydał pod pseudonimem Mateusz Jantar).

Moja mama niedługo przed śmiercią napisała pamiętnik – dziś niewyczerpane źródło różnych informacji o powojennych realiach Olsztyna. A było tak:

Od lewej: babcia Jadzia, jej syn wujo Miecio i ja z braćmi i Elą – córką Miecia, czyli moją siostrą cioteczną. Całość zamyka moja mama, wówczas piękna trzydziestolatka.

To moja mama przy pianinie w domu przy ul. Morskiej w Olsztynie, koniec lat 50. ubiegłego wieku. Ukończyła Państwową Szkołę Muzyczną II stopnia, później przez wiele lat nauczała muzyki.

Mama i ojciec wkrótce po ślubie, jedzą lody pingwin

Czy to też kojarzy się Wam z 1 września?

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.