28 Sie 2011

Od bardzo wielu lat dźwigam na swych wątłych barkach publiczną służbę zdrowia. Płacę, a mało wymagam.

Wierzę, że jeszcze mój czas nadejdzie, ale jest to wiara podszyta goryczą. W gruncie rzeczy wolałbym dalej płacić bez odbierania dywidendy. W tym bowiem szczególnym przypadku dywidenda oznacza korzystanie ze szpitali, przychodni, szufladę pełną leków i tak dalej. Na razie wolę sponsorować, niż być sponsorowanym. Mimo wszystko zameldowałem się niedawno w przychodni lekarskiej, choć to zupełnie obce mi środowisko. Czasami jednak człowiek musi. Napisałem o tym felieton w Gazecie Olsztyńskiej.

Błękitna głębia pod ciśnieniem

Mimo podeszłego wieku wciąż jestem okazem zdrowia niestety. Dlaczegóż to niestety? – zapytacie pozornie logicznie. Ano dlatego, że jako porządny obywatel porządnie i uczciwie płacę podatki, w tym całkiem ładną sumkę na publiczną służbę zdrowia. I co z tego mam? Nic właśnie. Do lekarza nie chodzę wcale, chyba że na okresowy przegląd (jak nie przymierzając mój samochód) ze skierowaniem z mojej firmy. Kiedy natomiast zdecydowałem się wreszcie wyszczerzyć moje lekko pożółkłe zęby w obecności osób trzecich, uczyniłem to w prywatnym gabinecie stomatologicznym, poleconym przez przyjaciela. Nawiasem mówiąc zęby też mam zdrowe, nie licząc kilku ubytków i wyszczerbień, nabytych w czasach wczesnej młodości, kiedy to higiena jamy ustnej – podobnie jak inne dziedziny gospodarki narodowej – stała na nierównie niższym niż obecnie poziomie.

Jedynym organem, który u mnie szwankuje – i to praktycznie od urodzenia – jest organ wzroku, czyli oczy. Przy okazji wzmiankowanego przeglądu okresowego pewna pani doktor spojrzała mi głęboko w oczy, ale zamiast utonąć w ich błękitnej głębi, skierowała mnie na badania specjalistyczne. No i wyszło na to, że w oczach mam lekkie nadciśnienie. Dostałem kropelki na obniżenie. Na kolejnej kontroli wypadłem dobrze, ale kropelki trzeba zażywać nadal. A co, jak się skończą? Lekarz rodzinny wystawi receptę. I tym sposobem znalazłem się w gabinecie doktor Basi.

– O, kogóż to ja widzę? – zdziwiła się szczerze. – Co ci dolega.

– Nic – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

Doktor Basia nie takie rzeczy słyszała, więc tylko lekko uniosła brew.

– To co, pogadać przyszedłeś?

Za chwilę sytuacja się wyjaśniła, receptę otrzymałem, no a przy okazji pogadaliśmy o dawnych czasach. Warto łożyć na publiczną służbę zdrowia.

Zwróćcie uwagą na zdziwienie doktor Basi – było jak najbardziej autentyczne i usprawiedliwione. Powinna być taka pozycja w senniku: Adama w przychodni zobaczyć – meteoryt w ziemię walnie. Jedno i drugie równie dziwne i rzadkie. No, ale pewnie przyjdzie  i na mnie czas. Odbiorę swoje dywidendy. Oby jak najpóźniej.

20 Sie 2011

Sprawa rury wróciła jak zły sen. Przedwcześnie; tego ciosu od losu oczekiwałem za kilka lat. Było niestety jak w najgorszym śnie. Tak to opisałem w Gazecie Olsztyńskiej:

– Kochanie, gdzie się zakręca zawór wody – chłodny, spokojny głos żony nie zwiastował niczego dobrego.

– Po co ci to, bawisz się w hydraulika? – zażartowałem niezgrabnie.

– Tak, właśnie mamy powódź w mieszkaniu, rura pękła i wszystko zalane. To pa, lecę do tego zaworu.

Okazało się, że mój genialny wynalazek, polegający na wzmocnieniu pękającej rury sznurkiem, choć był nawet dość efektowny wizualnie, pod względem technicznym okazał się kompletnym nieporozumieniem. Oczywiście rurka pękła właśnie pod tym wzmocnienie, do tego akurat wtedy, gdy siedziałem na dyżurze w pracy, przez co opanowanie huczącego, tryskającego efektowną fontanną żywiołu spoczęło na wątłych barkach mojej niezastąpionej małżonki.

Mój powrót do domu niczego nie zmienił w naszej dość rozpaczliwej sytuacji. Udało mi się jedynie dokręcić do końca zawór, dzięki czemu wyciek całkowicie zanikł. Niestety spowodowało to także brak wody tam, gdzie była ona nadal pożądana.

Podjąłem próbę wymiany felernej rurki. Na początku osiągnąłem pewne sukcesy; udało mi się mianowicie odłupać jeden z kafelków, za którym kryje się skomplikowany gąszcz grubszych i cieńszych rur. Dalej jednak ani rusz; wzmiankowane rury skutecznie blokowały dostęp do kraniku, na którym przykręcono moją pękniętą rurkę.

Wezwany nazajutrz hydraulik załamał ręce:

– Kto panu montował te zawory? Jak ja się tam dostanę!?

Ponarzekał, pokwękał, nawet wymknęło mu się jakieś mocniejsze słowo, ale koniec końców jakimś dziwnie wygiętym kluczem odkręcił  starą i przykręcił nową rurkę. Wróciliśmy do stanu normalności; jedynym drobiazgiem, zakłócającym poczucie całkowitego komfortu jest ziejąca w pobliżu rezerwuaru czarna dziura.

Ciekawych szczegółów zapraszam na mój blog. Będą zdjęcia!

Szczegółów merytorycznych właściwie nie ma, ale zdjęcia zrobiłem. Oto obrazy mojej bezradności

Włożyłem aparat fotograficzny między rury, ale ręki z kluczem włożyć nie zdołałem.

Zrobił to za mnie pan hydraulik i założył nową rurkę. Czarna dziura pozostała.

No i wszystko po staremu. Tak tak, nie mylicie się, to ten sam kafelek, który przykleiłem po mojej słynnej operacji w styczniu. Oderwałem go z łatwością w całości i ponownie przykleiłem. Jak będzie trzeba, znowu oderwę.

16 Sie 2011

Idealny pływak to taki, który nie musi wynurzać głowy z wody dla zaczerpnięcia oddechu. Nie radzę jednak próbować.

Pewien mój kolega takim właśnie stylem próbował mnie pokonać na długości jednego basenu na olsztyńskiej pływalni przy ul. Głowackiego. Cały dystans przepłynął, nie wynurzając głowy, taki ambitny. O mało się chłop nie utopił, a i tak przegrał. Ha, kiedyś nie było na mnie mocnych w wodzie – chyba że zawodowiec. A dzisiaj… Szkoda gadać. Wróćmy jednak do przeszłości, nie zawsze chwalebnej. Parę razy o mało nie przegrałem z topielą. A było tak, jak napisałem w moim stałym felietonie w Gazecie Olsztyńskiej.

Ja jako topielec

Pierwszy raz topiłem się w wieku bodaj 11 lat. Po prostu zachłysnąłem się wodą i nie mogłem złapać oddechu. Rzecz działa się na koloniach letnich w Mrągowie. Na szczęście wtedy jeszcze nie umiałem dobrze pływać, więc byłem blisko brzegu. Stanąłem na dnie i po jakiejś minucie usilnych starań wywalczyłem dla swoich płuc łyk zbawczej mieszanki tlenu, azotu i wszelkich innych zanieczyszczeń naszej atmosfery. Jak na ironię na zakończenie kolonii otrzymałem – jak wszyscy zresztą uczestnicy – odznakę „Już pływam”.

Drugi raz nie było już tak łatwo. Pływałem już nieźle, a nawet – bez fałszywej skromności – bardzo dobrze. Krótka, nierówna fala jeziora Narie pozbawiła mnie jednak oddechu i za nic sobie mając wszystkie moje dotychczasowe pływackie wyczyny łakomie próbowała wciągnąć w głębinę. Nie dałem się: rzężąc jak zarzynana foka dopłynąłem do pomostu (na szczęście blisko było), gdzie trzymając się drabinki stoczyłem zaciętą walkę o łyk mieszanki tlenu, azotu itp. I tym razem wygrałem.

Trzeci raz topiłem się w morzu na głębinie sięgającej może pół metra. Znów niespodziewana fala trafiła do płuc. Z charakterystycznym rzężeniem (patrz przypadek nr 2), chwiejąc się na nogach (to efekt braku życiodajnego tlenu) dotarłem jakoś na brzeg.

Z doświadczenia wiem, że niemożność oddychania pozbawia sił i koordynacji ruchów. Nie da się w takim stanie utrzymać na wodzie dłużej, niż około minuta i przepłynąć więcej, niż kilkanaście metrów. Gdybym był dalej od brzegu, prawdopodobnie czytalibyście dzisiaj felietony innego autora.

Z powyższego wynika, że statystycznie rzecz biorąc wyborni pływacy (ja dorosły) topią się dwukrotnie częściej, niż niedorajdy (ja jako dziecko). Pamiętajcie o tym, zażywając kąpieli w warmińsko-mazurskich jeziorach.

O pływaniu mógłbym praktycznie w nieskończoność, ale nie chcę szanownych czytelników zanudzać. To jedyny sport, który czynnie – choć oczywiście na poziomie amatorskim – namiętnie ongiś uprawiałem, co skutkowało dogłębnym (na szczęście nie dosłownie) poznaniem wielu warmińsko-mazurskich jezior. Niestety nie należałem do pływaków rozsądnych; wypuszczałem się w dalekie trasy bez żadnej asekuracji. Wszystkim gorąco odradzam takie wyczyny, chociaż akurat w moim przypadku nigdy nie znalazłem się w sytuacji choćby najmniejszego zagrożenia. Pływałem z dala od brzegu nie po to, by komuś zaimponować, ale po prostu takie właśnie pływanie uwielbiam. Lubię czuć pod sobą głębinę, lubię tę wodną przestrzeń wokół. Narażam się niekiedy na szykany ze strony służb ratowniczych i patrolowych, ale mandatu nigdy nie dostałem. Bo niby za co?

Pływam zawsze kraulem, oddychając tylko na prawą stronę. Próbowałem na obie strony, ale zapewne z powodu jakiejś usterki w moich kręgach szyjnych znacznie trudniej mi skręcić głową w lewo. Przed każdym wejściem do wody oceniam wysokość fali, aby do niej dostosować sposób oddychania. Nauczyłem się też oceniać przepłynięty dystans, licząc ruchy rąk. W ten sposób nigdy się nie nudzę w wodzie, bo stale zajęty jestem liczeniem. Najbardziej lubię dystanse ok. 1 – 1,5 kilometra, chociaż zdarzyło mi się kiedyś przepłynąć ok. 6 km. To już jednak było rzeczywiście trochę nudne.

To wszystko jednak niestety powinienem napisać w czasie przeszłym. Coraz rzadziej zdarza mi się popływać, co sam przed sobą tłumaczę brakiem czasu. Dodatkowo nabawiłem się jakiejś przypadłości, objawiającej się uczuleniem na wodę w jeziorach. Woda morska i w basenach jest mi w sensie zdrowotnym obojętna, ale po każdym zanurzeniu w którymkolwiek jeziorze kicham i prycham przez tydzień. Może to sygnał, że czas zaprzestać tych dziwacznych wyczynów?

05 Sie 2011

Ta wiadomość spadła jak grom z jasnego nieba: Zbyszek Rojek nie żyje. Po prostu nie mogłem się z tym pogodzić.

Wiedziałem, że chorował, ale nie wiedziałem, że aż tak poważnie. Byłem pewien, że wyzdrowieje i wreszcie spotkamy się u niego, tak jak planowaliśmy od dawna.

Zbyszka znałem od 30 lat, ale trudno mówić o przyjaźni. Jednak ostatnie nasze spotkanie było niemal rodzinne, jak to określiła Krysia. A było tak, jak napisałem w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej:

Kolęda Dziubdziuba

Z ostatniego spotkania ze Zbyszkiem zapamiętałem cygaro i gitarę. A było tak.

Po koncercie w ramach tegorocznej Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy wylądowaliśmy w parę osób u mnie w mieszkaniu. Cos tam znalazłem do jedzenia, coś więcej do picia no i wyciągnąłem cygara. A trzeba wiedzieć, że z całego grona palaczką była tylko Krysia, ale ona kopciła papierosy. Ja rzuciłem palenie ponad 20 lat temu, Sławek i Zbyszek trochę później.

No więc wyciągam te cygara, daję jedno Sławkowi, sam zapalam drugie. Puszczamy kłęby dymu, okno otwarte na oścież mimo mrozu (przypominam, jest styczeń). Zbyszek spogląda to na mnie, to na Sławka, wreszcie nie wytrzymuje:

– Dasz pociągnąć? – To do mnie.

– No jasne, ale przecież nie palisz.

– Ty też.

Pociągnął raz i drugi, ostatecznie spaliliśmy całe cygaro solidarnie pól na pół we dwóch. Chichotaliśmy jak sztubaki; tak samo „na spółkę” paliło się wymięte papierosy w szkolnej toalecie LO 1 w Olsztynie, które obaj – choć w różnym czasie – ukończyliśmy.

W trakcie rozmowy zeszło rzecz jasna na muzykę, no więc przynoszę gitarę i daję Zbyszkowi. Twarda jest, ale Zbyszek – gitarowy guru – ma na to sposób. Pokazuje mi, jak regulować położenie strun nad gryfem. Nie miałem o tym zielonego pojęcia. Zbyszek próbuje, coś tam podciąga, wreszcie gra; cichutko, bo noc głęboka. Gra przepiękną kolędę. Nie znam, pytam co to, a on: to moje, niedawno ułożyłem.

Tak go zapamiętam; skromnego, cichego, z tym niesłychanym talentem muzycznym. Wszystkim śpiewał swojego Dziubdziuba, ale tylko nam niemal dosłownie na ucho tę piękną kolędę. Mieliśmy za jakiś czas powtórzyć spotkanie u niego. Nie zdążyliśmy.

Zbyszek Rojek zmarł w piątek 29 lipca po długiej, ciężkiej chorobie. 3 sierpnia spoczął na zawsze w Alei Zasłużonych na olsztyńskim cmentarzu komunalnym.

Oto fotki z naszego ostatniego spotkania – marne, robione przy kiepskim świetle.

Krysia kazała nam pozować, no to pozujemy. Od prawej Zbyszek, Sławek i moja żona Ewa, ja pilnuję porządku na stojąco

Wspominamy ze Zbyszkiem dawne dobre czasy i wspólnych znajomych z I LO w Olsztynie

Zbyszek rozkoszuje się moim cygarem, za chwilę mi je odda – spalimy całe na spółkę. Na pierwszym planie Sławek, a jeszcze bliżej kawałek mojej gitary, którą Zbyszek podrasował

Byłem na pogrzebie Zbyszka, widziałem tłum naprawdę wstrząśniętych ludzi. Dorośli mężczyźni nie kryli łez. Pięknie pożegnał go w imieniu środowiska artystycznego jego i mój kolega Władek Katarzyński. Wzruszony był Piotrek Grzymowicz, prezydent Olsztyna, ale też zwyczajnie nasz kolega i kolega Zbyszka. Cóż po tych mowach, skoro Zbyszek ich nie usłyszy? Cóż po tych kwiatach, które mu w hołdzie złożyliśmy? Czy można jakoś inaczej wyrazić żal po Zmarłym?

Jak to jest, że tak piękni, dobrzy, utalentowani ludzie tak szybko odchodzą. Ktoś napisał kilka słów na Facebooku tuż po śmierci Zbyszka, ileś tam osób kliknęło „lubię to” na znak, że też pamiętają o Zbyszku. Ja napisałem, że tego nie lubię; nie lubię i nie godzę się na taki porządek świata, w którym tacy ludzie jak Zbyszek tak przedwcześnie odchodzą.

Pamiętajmy o Zbyszku, kochajmy pamięć o Nim. Już tylko tyle możemy dla Niego zrobić.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.