16 Lip 2011

Często chadzam ścieżkami dzieciństwa, co jest o tyle ułatwione, że od urodzenie mieszkam w Olsztynie. Nad Jezioro Długie chadzam więc nawet pieszo, albo też przyjeżdżam samochodem, stawiam gdzie się da i łażę wokół Długiego, a czasem aż do Stadionu Leśnego.

Ostatnio wybrałem się w taką podróż sentymentalną w bardzo konkretnym celu: szukałem Źródełka Zaręczynowego, o którego istnieniu – wstyd przyznać – nie miałem zielonego pojęcia. Znalazłem je na niemieckiej rycinie z początku XX wieku. Z ryciny łatwo wywnioskowałem, że musi być gdzieś nad Łyną. No więc w drogę. Te poszukiwania stały się mottem mojego felietonu w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Źródełko Zaręczynowe

Drogę zagrodziła mi błotnista kałuża; za duża, żeby przeskoczyć, ominąć nijak się nie da, można przejść, ale te białe adidasy… No ale kto chodzi na spacer w kaloszach.

Można się cofnąć, ale sami rozumiecie; tacy jak ja to tylko do przodu. Rozglądam się, patrzę w górę – może 10 metrów powyżej biegnie sucha ścieżka. Trzeba tylko wdrapać się na skarpę. Ba, ale jak? Skarpa aż wilgotna po obfitych opadach, stroma jak ściana, śliska jak lód, prawie żadnych punktów oparcia. Prawie czyni jednak wielką różnicę; jest cieniutki jak włos korzeń, jeżeli zdołam go dosięgnąć, a on wytrzyma, wówczas mam szanse złapać nieco grubsze drzewko. Jeżeli ono z kolei wytrzyma, łapię się na kolejną gałązkę.

Dobra, stoję w połowie skarpy, oparty niepewnie jedną stopą na wątłym drzewku. Co dalej? Nie mam czego się złapać, lepiej zejdę. Jak zejdę? Chyba zjadę po tym czarnym błocie w tych swoich białych adidasach i jasnych spodniach. Nie ma odwrotu, trzeba w górę! Ktoś chyba był tu przede mną, bo niedaleko zwisa nadłamana gałązka. Mam tylko jedną szansę; skok w górę i łaps za tę gałązkę. Jak nie trafię, zjadę na pysk z tej skarpy. Mam! Teraz powoli w górę. Gałązka wisi na włosku, na szczęście wagę mam mniej więcej lekkośrednią, więc moja gałązka trzeszczy, ale wytrzymuje. Teraz konwulsyjny rzut w górę i łapię kolejne drzewko. Przyklękam przy tym niestety w błocie w tych moich jasnych spodniach, ale nie spadam. Uff, jestem na górze.

Tak sobie spacerowałem po Lesie Miejskim w Olsztynie w poszukiwaniu  przedwojennego Źródełka Zaręczynowego. Przypomniałem sobie znane z dzieciństwa trasy od Jeziora Długiego wzdłuż Łyny do Jakubowa i Stadionu Leśnego. Ileż razy tamtędy chodziłem, biegałem, błądziłem. Ileż wspomnień, przyjaciół… A co do źródełka – czy znalazłem? Zapraszam na mój blog.

Słowo się rzekło, więc rozwijam temat. Zacząłem poszukiwania tego oto miejsca:

Za pierwszym razem źródełka nie znalazłem, przez krótką chwilę pomyślałem, że było może w tym miejscu:

Kiedy jednak wracałem ze spaceru, odkryłem mapkę szlaków rowerowych nad Łyną, tę przy ulicy Leśnej:

No i okazało się, że ten ohydny bunkier jest przy moście Fryderyka i nie ma nic wspólnego ze źródełkiem. Spójrzmy na inną starą rycinę, może będzie łatwiej:

No takiego miejsca po prostu nie ma, może dlatego, że jednak upłynęło prawie 100 lat, więc nawet drzewa całkiem inne. Nie zrażajmy się, szukajmy dalej, pokonując po drodze przeszkody, w tym to niesamowite zbocze. Zdjęcie wykonałem po wejściu drżącymi z wysiłku rękami. Jak ja tu wszedłem?

W końcu spotkała mnie nagroda, najpierw jej przedsmak, czyli drugi most – tym razem ten właściwy, w pobliżu którego miało być źródełko. Dla pewności rzut oka na tablicę informacyjną:

Tak, to ten sam most, w sumie nic ciekawego, zwłaszcza te metalowe barierki…:

Ale cóż po moście, gdy nie ma przy nim źródełka. Wróciłem jak niepyszny do domu i nagle olśniło mnie: dlaczego nie szukałem nieco dalej. Wbiłem sobie w głowę, że musi być tuż przy moście. Pojechałem nazajutrz, poszedłem wzdłuż Łyny kilkadziesiąt metrów, no i jest:

Zrobiłem parę innych ujęć – o takie spojrzenie od dołu:

a także z góry:

ale najbardziej lubię to:

Widać tradycja w narodzie nie ginie, źródełko żyje w świadomości zakochanych.

 

10 Lip 2011

Ulica Bałtycka w Olsztynie jest miejscami bardzo wąska, przez co często zatyka się samochodami. Nic dziwnego: jeszcze 50 lat temu tylko niewielki jej fragment stanowił miejską ulice, reszta to była droga przez wieś Likusy i dalej do Morąga i Gdańska.

Ulica kończyła się tam, gdzie był kraniec miasta, czyli na dawnym przejeździe kolejowym  w pobliżu dzisiejszego superkamarketu Lidl. Za przejazdem zaczynały się Likusy, oczywiście nie w dzisiejszym kształcie. Kiedy stawałem na wzgórzu na skraju lasu na wysokości stacji benzynowej przy skrzyżowaniu Bałtyckiej z ul. Rybaki, widziałem całe Likusy – czyli pola i łąki z nielicznymi zabudowaniami. Jedno z nich należało do  rodziców mojego kolegi z klasy. Przez długie lata myślałem, że oni tam się urodzili i byli rolnikami z dziada pradziada. Skądże: dużo później dowiedziałem się, że ojciec mojego kolegi – dawno już nieżyjący – podpadł czymś komunistycznym władzom i za karę został zesłany do Likus na gospodarstwo. Jego historię opisywałem niegdyś w Gazecie Olsztyńskiej.

Bałtycka ma być podobno wreszcie arterią miejską z prawdziwego zdarzenia, ale żeby tak się stało, podobno niezbędne jest wycięcie iluś tam starych drzew. Tak to skomentowałem w felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Z mojego domu do ulicy Bałtyckiej było w prostej linii może z 50 metrów, mimo to była to ulica jakby poza osiedlem. Nasze uliczki osiedlowe było swojskie: nawet nie brukowane, lekko wyboiste, ale nie nadto, bo przecież żadne tiry ich nie rozjeżdżały na ser szwajcarski. Ot raz czy dwa razy na dzień przejechało jakieś auto, zimą wóz konny z węglem. Pamiętam, że panicznie bałem się konia, bo ktoś mi – naiwnemu maluchowi – naopowiadał, że konie odgryzają dzieciom głowy. Więc byłem ostrożny, dzięki czemu do dziś mam głowę  na karku.

Nasze ulice osiedlowe służyły do biegania, grania w klipę i w palanta. Urządzaliśmy też regularne zawody w bieganiu na czas dookoła osiedla, lub sprinterskie. Start był przy kaplicy, meta przy naszym domu. Graliśmy też w nogę, co było dość uciążliwe, bo piłka co chwila wpadała przez niewysokie płoty do któregoś ogródka. Bywało, że zdenerwowany sąsiad nie chciał nam jej oddać..

Ale miało być o Bałtyckiej. Rzadko kiedy ktoś z nas tam zaglądał, chociaż z naszej ulicy Morskiej na wysokości ogródka jordanowskiego było do niej wąziutkie przejście. Bałtycka to był inny świat, więc kiedy pewnego dnia przyleciał któryś z kolegów z krzykiem, że na Bałtyckiej drzewa wycinają, polecieliśmy wszyscy,  jakby tam  lody darmowe dawali.

Pierwszego wrażenia nie pamiętam. Zapamiętałem Bałtycką usłaną wiekowymi topolami, a może lipami – już po wielkiej wycince w 1965, może 1966 roku. Te topole, czy może lipy, leżały tam dość długo – no bo pocięcie i wywiezienie takich kolosów musiało potrwać. Nam te powalone drzewa z obfitymi konarami i gęstymi gałęziami służyły za plac zabaw i sportów ekstremalnych, a starszym kolegom podobno za miejsce schadzek.

To było pierwsze poszerzanie i wygładzanie Bałtyckiej. Teraz zanosi się na drugie. Czy znów trzeba z ulicy zrobić cmentarz dla drzew, które przetrzymały tamtą wycinkę sprzed 45 lat?

Niedawno spacerowałem ulicą Bałtycką, próbując odnaleźć miejsca zapamiętane z dzieciństwa. Niewiele tego zostało, to znaczy miejsca oczywiście są, ale zupełnie niepodobne do mich wspomnień. Popatrzcie:

To wspomniany przejazd kolejowy, dawno już nieczynny.  Nowa Bałtycka idzie dość ostrym łukiem przez nowy wiadukt i wpada do Likus na dawną Bałtycką już za torami.

To Gimnazjum i Liceum Akademickie (wkrótce katolickie). Kiedyś to było Technikum Łączności (cokolwiek to oznacza) oraz – ciekawostka – przez jakiś czas siedziba Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Chińskiej. W miejscu dzisiejszego gimnazjum było boisko, na którym grywaliśmy w kosza i w nogę.

Dzisiejszą siedzibę Okręgu Polskiego Związku Wędkarskiego pamiętam jako ruinę, na której ścianach ktoś wielkimi kulfonami napisał: WILLA CARTAGINA. Wspaniałe miejsce zabaw.

Tory kolejowe widziane od strony przejazdu w kierunku Likus i Gutkowa. Wzdłuż torów po prawej stronie rosły bujne zboża, wśród których wiła się polna ścieżka. Chodziliśmy nią na plażę nad jezioro Tyrsko, które nazywaliśmy Żbikiem.

Ścieżka prowadząca w głąb lasu z dawnej pętli autobusowej przy przejeździe kolejowym. Tędy można dojść na leśne górki saneczkowe i narciarskie.

02 Lip 2011

Sytuacja stawała się rozpaczliwa: córka musiała się przeprowadzić do końca czerwca, ale 30 czerwca wyjeżdżała na festiwal chórów aż do Koszalina.

Wcześniej zaś nie miała czasu ani głowy, bo musiała oddać ostateczną wersję pracy magisterskiej wymagającym profesorom Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pozostał jeden jedyny dzień 29 czerwca – no ale przecież sama sobie nie poradzi z przeprowadzką, a  kolegów nie poprosi – bo akurat sesja. Kto może poradzić? Tylko Batman, czyli ojciec.

Nie mam latającej peleryny Batmana, więc wsiadam w wysłużony czarny bolid rodzinny i gnam na złamanie opon do Krakowa. Mój bonus: spotkanie z córką, która w nawale zajęć naukowych i artystycznych nie może nijak wyrwać się z Krakowa i odwiedzić stęsknionych rodziców.

Wszystko odbyło się zgodnie z precyzyjnym planem (w rodzinie słynę z precyzji planowania). Napisałem o tym wszystkim felieton w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej, zaczynający się dygresją zupełnie nie na temat.

Projekt przeprowadzka

Jako człowiek przezorny staram się iść z duchem czasu, chociaż niekiedy ten czas jakoś przyspiesza i wyraźnie mnie wyprzedza, na przykład w kwestii ofert telefonii komórkowej.  Ostatnio ośmieszyłem się  okropnie, kiedy chciałem przez Internet doładować jeden z moich licznych telefonów komórkowych. System uparcie odmawiał doładowania. W końcu zadzwoniłem z kulturalną, ale jednak awanturą do konsultanta, który zapytał mnie uprzejmie: a jak pan chce doładować ten telefon? Zostałem uświadomiony, że doładowuje się telefony na kartę, a w abonamencie po prostu to, co się wygada ponad limit opłaty, zostanie doliczone do faktury. No i wyszedłem na idiotę.

Są za to tematy, w których nie dam się wyprzedzić geniuszom od komórek i od komputerów. Takim tematem są na przykład przeprowadzki.

Od lat otóż świadczę usługi w zakresie przeprowadzek. Można mnie wynająć w różnych miastach naszego pięknego kraju. Te słowa piszę do Państwa z Krakowa, gdzie właśnie skończyłem mój kolejny projekt (teraz się nie wykonuje usług ani prac – teraz się realizuje projekty). Wynajęła mnie pewna młoda dama, abym przeprowadził ją z domu w pobliżu centrum do kamienicy w samym centrum. Takie zlecenie to dla mnie po prostu okazja: rzeczy stosunkowo mało, odległość ze starego do nowego miejsca znikoma, tyle że dojazd do miejsca realizacji zlecenia dość uciążliwy – ponad 500 kilometrów. No ale klient nasz pan (czy raczej pani).

Muszę Wam powiedzieć, że młoda klientka była pod wrażeniem fachowości usługi. Cała przeprowadzka trwała 3 godziny, wliczając w to rozmowę z dystyngowaną właścicielką nowego locum mojej klientki. Pomyślną realizację projektu uczciliśmy wspólnym obiadem. Ja stawiałem. W końcu mam tylko jedną córkę.

Zupełnie jak inżynier Sidorowski z Rejsu – miałem przy sobie aparat Zorka 5 i zrobiłem parę zdjęć. Obrazy z samej przeprowadzki pozostawię sobie i córce ku pamięci, reszta jest taka:


Widok z okna

Już po robocie, pora na relaks w królewskim Krakowie. Co to za typ stoi na tle Wawelu?

Jeszcze raz to samo, tym razem z większą przewagą Wawelu.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.