25 Cze 2011

Byłem niedawno w Łodzi na piwie z Filipem Bajonem. Tak, z tym reżyserem.

Trochę ściemniam, Bajon pił wino, a ja piwo. Nie zamieniliśmy ani słowa. Tak opisałem to spotkanie w  moim cotygodniowym (z jednotygodniową przerwą) felietonie w Gazecie Olsztyńskiej.

Łódź Kaliska

Moja ubiegłotygodniowa nieobecność na tych łamach – pierwsza od czterech lat – wykazała niezbicie, że zdecydowanie bardziej widoczne jest moje niepisanie, niż pisanie. Kiedy bowiem piszę, nikt nie zwraca uwagi na głębokie przemyślenia, cięty język i tryskające z co drugiego wiersza race humoru. Kiedy zaś zamilkłem na Tydzień zaledwie, pretensje posypały się z lewa i z prawa. Byli jednak i tacy, którzy z nadzieją dopytywali się: co, wyrzucili Cię z Gazety?

Otóż nie wyrzucili na razie, ale pewne niecierpiące zwłoki sprawy zmusiły mnie do wyjazdu, co prawda niezbyt dalekiego, ale czasowo i psychicznie wielce absorbującego. Sprawy były natury mocno osobistej, więc nie będę Państwa nimi zajmował, abyście jednak byli spokojni, powiem jedno słowo: zdał. Kto? Co? Mój syn. Egzamin na aktora dyplomowanego. Ani słowa więcej prywaty.

Przy okazji tego ważnego rodzinnego wydarzenia pobyłem dni parę w mieście Łodzi (oni tam tak mówią: nie po prostu w Łodzi, ale w mieście Łodzi). Nie pierwszy i nie ostatni raz, ale po raz pierwszy spotkałem się z Filipem Bajonem. No nie, nie omawialiśmy angażu dla mojego syna do głównej roli w kolejnym filmie pana Bajona. Prawdę powiedziawszy niczego nie omawialiśmy. Posiedzieliśmy w jednym z łódzkich pubów, podobno kultowym, o nazwie Łódź Kaliska. On był w swoim towarzystwie, ja w swoim. Potem Bajon sobie poszedł, ja zostałem – w ten sposób nasz status nieznajomych pozostał nienaruszony.

Przy tej rodzinnej okazji mogłem bliżej przyjrzeć się, na czym polega praca aktora, przygotowanie do spektaklu, a zwłaszcza do premiery. Robota górnika czy wspinaczka wysokogórska to przy tym bułka z masłem. Od samego patrzenie wróciłem z Łodzi kompletnie wyczerpany.

No więc już wiecie; Bajona osobiście nie znam, ale cała reszta się zgadza. Zresztą wspomniany mój syn podczas studiów współpracował z panem Filipem i wielce sobie tę współpracę chwalił. Zaś w kwestii spektaklu dyplomowego był najbardziej poszkodowany. Był jedynym chłopakiem, który dotrwał do końca, więc grał dyplom dwa razy: raz dla siebie w Ławeczce, drugi raz dla koleżanek we Wdowach Sławomira Mrożka. Zrobiłem kilka fotek, ale w nerwach byłem i kiepsko mi wyszły. Wybaczcie ojcu.

Ławeczka wg. Aleksandra Gelmana na scenie Łódzkiego Domu Kultury, Anita Tomczak i Aleksander Bartnikowski, scena początkowa


Grali tylko we dwoje

Dynamiczna scena kłótni

Gratulacje i kwiaty po spektaklu

Reżyser Marek Bielecki też był zadowolony

Fetujemy sukces w pubie  Łódź Kaliska, przy stoliku obok Filip Bajon. Obeszło się bez wspólnych zdjęć

A oto filmik z pierwszej sceny spektaklu Wdowy

23 Cze 2011

Chodziłem niedawno po Lesie Miejskim w Olsztynie w okolicach Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych. Zajrzałem tam, gdzie w czasach mojej młodości był Stadion Leśny.

Stadion Leśny w Olsztynie kiedyś tętnił sportowym życiem. Dziś jest tylko pustym miejscem, wyrzutem sumienia, a może po prostu tylko fragmentem Lasu Miejskiego. Przed laty mówiło się: najpiękniejszy stadion w Polsce, jeden z piękniejszych w Europie. Sportowcy zachwycali się unikalnym mikroklimatem i wspaniale sprężynującą bieżnią. Nieprzypadkowo właśnie tutaj Józef Szmidt – „polski kangur” – skoczył w trójskoku 17,03 m, ustanawiając w sierpniu 1960 roku fenomenalny na tamte czasy rekord świata. Chodziliśmy tam z naszego Osiedla Nad Jeziorem Długim przez las – trzeba było znać ścieżki, dzisiaj pewnie bym nie trafił, ale wtedy… Oto, co pozostało dziś po tamtym wspaniałym obiekcie. Zapraszam w podróż sentymentalną. Stadion nie umiera – on już umarł. Czy można go wskrzesić?

Przywróćmy blask Stadionowi Leśnemu – ba, ale jak to zrobić

W tym miejscu lądował Józef Szmidt w sierpniu 1960 roku, kiedy podczas Mistrzostw Polski ustanowił fenomenalny rekord świata – 17.03. Rywale skakali o ponad pół  metra bliżej

Pokaźną część boiska po prawej stronie – patrząc od trybuny głównej – zarósł młody las. Dziś to grzęzawisko


W tym miejscu stały budynki szatni i całej reszty – dość skromne, ale były


To dawne toalety. Mało kto z nich korzystał. Przecież taki piękny las dookoła


Tablica informacyjna – krótka opowieść o stadionie, którego nie ma


Część dawnej płyty jeszcze nie zarosła lasem. Kwestia czasu


Tymi schodami ważni goście schodzili wprost na trybunę honorową. Czasami zdarzało mi się tam trafiać


Widok z trybuny honorowej na prawy wiraż. Dziś zza lasku nie widać ani wirażu, ani przeciwległej prostej


Przepraszam panie, podglądam przez teleobiektyw z trybuny honorowej. To chyba spacer dookoła stadionu. Kiedyś cała ta trasa była wewnątrz obiektu


Wokół całego stadionu powyżej trybun przebiegała wygodna ścieżka


Spojrzenie z trybuny honorowej na lewy wiraż i zabudowania klubowe. Tyle, że zabudowań dawno nie ma

Droga prowadząca od bramy stadionu wzdłuż całej trybuny głównej, dziś to leśna ścieżka edukacyjna

11 Cze 2011

Próbowałem wyrolować firmę Energa na prawie cztery stówy. Tak przynajmniej twierdziła rzeczona Energa.  Strach się bać!

Zawsze bałem się prądu i wszystkiego, co z nim związane. Śmieszne? To bardzo proszę: wyjaśnijcie mi, co to jest prąd. Tylko bez naukowego smęcenia, w krótkich żołnierskich słowach. Jakoś nie słyszę, nie widzę…

No więc ja wam powiem: prąd to jest coś, co rozżarza spiralkę w piecyku. Mieliśmy taki piecyk w domu; włączało się kabelek do gniazdka, spiralka się rozgrzewała i za chwilę świeciła na czerwono, wydalając błogie ciepełko. Mój najstarszy brat, niestrudzony odkrywca i ekperymenatator, postanowił ujarzmić prąd na własną rękę. Sporządził z drutu własną spiralę, wetknął końcówki do kontaktu, ale spirala pozostała zimna i ciemna. Prąd jednak nie pozostał nieczuły; walnęły wszystkie korki, a także tzw. mufa – czyli taki megakorek. Ciemność ogarnęła całą naszą zaciszną ulicę Morską w Olsztynie. Do pobudzenia na nowo jasności potrzebna była silna grupa z elektrowni, czyli ówczesnego zakładu energetycznego. Co było śmiechu…

Ale miało być o moich przekrętach. Zadzwoniła do mnie przerażona pracownica banku, w którym mam konto i który pilnuje wszelkich moich stałych płatności. To wielka wygoda: zlecasz bankowi różne tam stałe należności i śpisz spokojnie – bank pilnuje, żeby wszystko trafiało na czas tam, gdzie trzeba. Tym razem jednak coś nie zaskoczyło, ktoś podsypał piasku w bezbłędnie dotąd naoliwione trybiki – no i stało się. Nawet o tym nie wiedząc przestałem płacić za prąd. Bank dostał wezwanie do zapłaty moich rachunków za zaległe trzy miesiące. Z odsetkami, a jakże. Szkopuł jednak w tym, że do banku ani do mnie nie dotarły faktury za inkryminowany okres. Bank faktur nie otrzymywał – więc  nie płacił. Ja nie dostawałem faktur tym bardziej – o ile można czegoś nie dostawać bardziej – więc o narastających zaległościach nie miałem pojęcia. Wszystko skończyło się szczęśliwie: Energa wysłała zaległe faktury, bank z moich pieniędzy opłacił rachunki i odsetki, więc – jak to mówią – co było a nie jest nie pisze się w rejestr.

Całe to zdarzenie pobudziło we mnie tęsknotę za niegdysiejszymi inkasentami. Tak tę tęsknotę opisałem w piątkowym felietonie w Gazecie Olsztyńskiej.


Z dzieciństwa pamiętam panów inkasentów. Byli od gazu i od prądu, a może to był ten sam inkasent. Zawsze miał z sobą wielką, brązową, skórzaną tekę. Nie mam pojęcia, co w niej nosił; może zapasowe zawory od liczników i nowe bezpieczniki na wypadek, gdyby akurat u nas lub u sąsiadów wysiadły korki.

No więc ten facet z teczką świecił latarką na liczniki w przedpokoju, szybko coś podliczał i brał, czyli inkasował zapłatę za zużyty gaz i prąd Bywało, że inkasent nikogo nie zastał w domu. U nas akurat drzwi były zawsze otwarte, więc mógłby swobodnie wejść  i odczytać swoje cyferki, tyle, że zapłaty by nie zainkasował, bo jedyny obecny lokator – pies – nie dysponował nigdy gotówką.  Pan inkasent zostawiał wtedy w drzwiach karteczkę, że należy się za prąd tyle a tyle. Wtedy trzeba było jechać do kasy elektrowni – tak się mówiło na ówczesny zakład energetyczny czy jak tam się to wtedy nazywało – i wpłacić należność.

Tak sobie myślę, że gdyby pan inkasent przyszedł do mnie trzy miesiące temu, spisał licznik i zainkasował – jak to inkasent – należność, to nie przeżyłbym niepotrzebnej nerwówki. Firma Energa, spadkobierczyni niegdysiejszych elektrowni, upiera się otóż, że zalegam jej za trzy miesiące za prąd. Przez te trzy miesiące nie miałem o tym pojęcia i dalej bym nie miał, gdyby nie pani z banku, który załatwia w moim imieniu m.in. właśnie opłaty za rzeczony prąd. Bank otrzymał otóż wezwanie do zapłaty za trzy zaległe miesiące, podczas których uchylałem się od płacenia. Szkopuł polega na tym, że bank nie otrzymał z firmy Energa faktury do opłacenia, tylko od razu wezwanie za rzekome zaległości. Gdzie się podziała zatem faktura? Oto zagadka godna Sherlocka Holmesa.

Gdyby odwiedził mnie inkasent, problemu by nie było. Chyba że zastałby tylko psa.



04 Cze 2011

Ostatnio odnowiłem znajomości z moimi ukochanymi jeziorami w Olsztynie. Niektóre zaniedbywałem latami – jak np. Żbik, niegdyś moje najukochańsze.

Na Podkówce byłem ostatnio chyba ponad 40 lat temu. Nie bywam też praktycznie na plaży miejskiej, chyba że zagna mnie tam potrzeba wypożyczenia łódki z żaglem lub bez. Przed kilkunastu już laty zaniechałem kąpieli w Skandzie – zraziłem się po ujawnieniu wyjątkowo intensywnego zanieczyszczenia. Za to przed kilkoma laty zdobyłem jezioro Trackie, przedtem zupełnie mi obce. O przyjaźni jednak raczej trudno mówić. Pozostają moje ulubione Redykajny, a jak mam trochę czasu, to uciekam poza Olsztyn na pewne leśne jeziorko, które mam praktycznie tylko dla siebie – tak, jak lubię najbardziej.

Jednak z dzieciństwem najbardziej kojarzy mi się Krzywe. Mieszkałem opodal, na ulicy Morskiej, więc miałem dosłownie rzut beretem, tym bardziej, że chodziliśmy na plażę na skróty, przez tory w pobliżu dzisiejszego Zespołu Szkół Elektronicznych i Telekomunikacyjnych. Czasami robiliśmy sobie po drodze dodatkową atrakcję; zdobytą gdzieś jednozłotówkę kładliśmy na tory i czekaliśmy na pociąg. Wówczas jeszcze jeździły pociągi, więc oczekiwanie było zawsze spełnione. Złotówka po przejeździe pociągu była sprasowana na blaszkę grubości mikrona.

Jak tak trochę pochodziłem ścieżkami dzieciństwa, naszły mnie takie oto wspomnienia, którymi podzieliłem się z czytelnikami piątkowej Gazety Olsztyńskiej.

Na Dzień Dziecka zrobiłem sobie prezent i wybrałem się w sentymentalną podróż brzegiem jeziora Ukiel (zwanego jakże słusznie, ale nienaukowo Krzywym).

Krzywe (pozostańmy przy tej ludowej nazwie) mojego dzieciństwa to coś więcej niż jezioro. To wczesne wypady z rodzicami na plażę, gdzie spotykaliśmy inne zaprzyjaźnione rodziny. Jedliśmy jajka na twardo, trochę z solą, trochę z piaskiem, piliśmy kompot przygotowany na rabarbarze, który rósł obficie pod płotami niemal przy każdym domu na naszym osiedlu.

Później zaczęło się plażowanie w gronie rówieśników. To wtedy nauczyłem się skakać do wody na główkę, który to sport uprawiałem namiętnie, nie omijając nawet istniejącej wówczas skoczni na plaży miejskiej. Skocznia ta została zresztą uwieczniona w kultowym (choć chłamowatym) filmie lat 60. „Kochajcie syrenki”. Zresztą my, dzieciaki z osiedla, często pałętaliśmy się w pobliżu planu filmowego.

Później chodzenie na plażę było już obciachem; szukaliśmy przygód na dzikich brzegach Krzywego, osobliwie w pobliżu tzw. pierwszego przesmyku. Tam można było niemal piechotą przejść na drugą stronę jeziora. Jak się człowiek dobrze rozpędził, to nawet prawie nie umiejąc pływać przepłynął zwykłą strzałką kilkumetrowy pas głębokiej wody.

Dziś wszystkie te miejsca zarosły – ale nie chaszczami, lecz betonowymi pudełkami. Najbardziej poraził mnie widok betonowego potwora, straszącego w miejscu dawnej przystani OKS – kolebki olsztyńskiej szkoły kajakarstwa. Tam trenował mój starszy kolega z sąsiedniej ulicy, który wkrótce został wicemistrzem świata. Teraz wyrasta tam restauracja – jeśli wierzyć tablicy informacyjnej – śródziemnomorska. Zawołam za Cyceronem: O tempora, o mores!

Z tego chodzenia przyniosłem takie oto pamiątki:

Najpierw wspomniana w felietonie restauracja śródziemnomorska. Błędnie umieściłem ją w miejscu dawnej przystani OKS, ona rośnie na terenie dawnej przystani Łączności. Jak Wam się podoba?

A to wypożyczalnia sprzętu pływającego przy Plaży Miejskiej. Podobno można tu wypożyczyć rewelacyjne, odkryte kajaki. Można się w nich opalać, przypiekając nawet nogi na całej długości

Podkówka – odnowiłem znajomość po ponad 40 latach

Żbik – tego hotelu nie powinno tu być


Skanda – zdradzona przeze mnie dawna bliska przyjaciółka

Redykajny – obecnie najbliższe memu sercu. Czy już na całe życie?


Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.