28 Maj 2011

Kosmos, Wszechświat, Universum – w gruncie rzeczy znaczą to samo. Fascynuje mnie od dawna, może dlatego, że nie sposób ogarnąć go zwykłym ziemskim umysłem.

Próbowało wielu, ale tajemnicza, przerażająco wielka i przerażająco pusta przestrzeń nie poddawała się i nie poddała na dobre do dzisiaj. Jedyne co mi pozostało, to żartować z własnej bezradności wobec wielkiego niepoznanego. Tak to pozwalałem sobie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej:

Mam pomysł na pewien kosmiczny biznes, boję się jednak, że moje skromne umiejętności techniczne, a także ograniczone możliwości inwestycyjne mogą ten genialny pomysł trwale zamknąć w skrzyni niepamięci.

O tym, że Kosmos (właśnie tak, pisany z wielkiej litery)  jest naszym ojcem i matką, naszym światłem i żywicielem, wiedzą prawie wszyscy. To Kosmosowi zawdzięczamy Ziemię (uwaga, także z wielkiej litery, bo ta nasza matka ojczyzna) z wszystkimi jej skarbami: wodą, węglem, ropą naftową i łupkami bitumicznymi. Za te ostatnie szczególne dzięki, bo może postawią na nogi naszą rodzimą energetykę.

Kosmos wzbogaca nas więc na każdym kroku, czasami dość wybiórczo niestety. Kosmiczny kamień, który spadł na dach pewnego domu pod Giżyckiem, uczynił ich może nie krezusami, ale ludźmi dość zamożnymi; okazało się, że kosmiczny  kamień łupany można sprzedać o wiele korzystniej, niż zwykłe ziemskie złoto.

Wróćmy jednak do mojego biznesplanu. Otóż wyczytałem niedawno bodajże w naukowym tygodniku Science (Amerykanie wydają to pismo od 1880 roku, założył je słynny wynalazca Thomas Edison), że kosmiczna pustka wcale nie jest pusta; wypełniają ją różne tam drobiny materii i morze alkoholu. No, może z tym morzem przesadziłem, to są jakieś tam mikrogramy na kilometr sześcienny pustki, ale przecież Kosmos jest praktycznie nieskończony (z naukowego punktu widzenia skończony, choć nieograniczony), więc jeżeli te wszystkie drobiny zbierzemy do jakiejś gigantycznej kosmicznej bańki, gdy to wszystko przepuścimy przez jakąś niewyobrażalnej wielkości destylatornię, to otrzymamy praktycznie nieskończoną ilość bimberku, czyli księżycówki (już wiecie, skąd ta nazwa). Ciekawe, jaka będzie cena tego specjału. Pewnie też kosmiczna.

20 Maj 2011

Nienawidzę zakupów, ale bardzo kocham moją żonę, nawet wtedy, gdy szuka nowej bluzki. Cierpienie jest wpisane w miłosne uniesienia.

Zresztą trzeba kupować, żeby żyć, żeby nie być głodnym, spragnionym i nagim. Osobiście najchętniej kupowałbym samochody, komputery i telewizory, chociaż nie da się jeździć kilkoma samochodami jednocześnie, ani też patrzeć w kilka telewizorów czy komputerów naraz. Chociaż jak się człowiek mocno uprze…

Moja wyjątkowa małżonka ma czasami takie parcie na galerie, czemu zresztą trudno się dziwić. To raczej ja jestem dziwakiem, bo podczas zakupów marzę o ich co najrychlejszym zakończeniu, a nie o owocach. Niemniej czasem udaje mi się też zaopatrzeć w różne tam koszule, marynarki czy obuwie, dzięki czemu nie chodzę w łachmanach. Zasługa to jednak w/w małżonki mojej niezwykłej, która mnie pod groźbą rozwodu zmusza do kolejnych przymiarek.

A skoro o rozwodach mowa; całkiem poważnie myślę, że im więcej galerii handlowych – tym więcej rozwodów. Tak to widzę w felietonie, który opublikowałem w moim stałym kąciku w Gazecie Olsztyńskiej.

Galeria rozwodowa

Trochę nudno tak stać w jednym miejscu, dobrze jeszcze, że mróz nie szczypie i na głowę nie kapie. Rozglądam się dokoła; o, samochód. Ten sam niestety, co w ubiegłym tygodniu. Jakoś rzadko wymieniają eksponaty. Trudno, idę studiować dane techniczne, osiągi i warianty cenowe. Diabli mnie biorą coraz bardziej, no bo znam to wszystko na pamięć. Cofam się na poprzednią pozycję, rozglądam się ciekawie; może jakiś znajomy się napatoczy, będzie z kim porozmawiać. Stoi paru zrezygnowanych, podobnych do mnie facetów. Nie znam żadnego, a głupio mi tak podejść i zagadać, no bo jak – powołać się na wspólne stanie? Zresztą i tak trzeba iść dalej.

O, udało mi się, teraz stoję w pobliżu biura podróży. Czytam oferty i dziwuję się: podają tylko cenę, ale nie piszą, jak długo trwa wycieczka. Trzeba wejść do środka i zapytać – ale po co? Przecież nigdzie nie jadę, po prostu tak wyszło, że muszę tu chwilę postać. Czytam jeszcze raz i widzę, że w tej pięknej ofercie jest brzydki błąd; ktoś niedbale napisał „rezdydent” zamiast „rezydent”. Najpierw się uśmiecham, potem się złoszczę – no bo pomylić się każdy może, ale dlaczego od razu wywieszać taki afisz, na pośmiewisko własnej firmy.

Co, idziemy dalej? Jeszcze tylko dwa miejsca? Dobrze kochanie, to ja tu sobie postoję i popatrzę na zegarki. Nie, nie potrzebuje zegarka, tak tylko pooglądam…

Miło się spędza czas w galerii handlowej. Podobno to ulubiona rozrywka rodaków. Nie sądzę jednak, by taka wyprawa sprzyjała zacieśnianiu więzi rodzinnych, szczególnie małżeńskich. Swoją drogą taka wyprawa to znakomity probierz stałości uczuć. Jeżeli facet wytrzyma, małżeństwo ma przed sobą długą, świetlaną perspektywę. Jeżeli nie – mamy do czynienia z galerią rozwodową.


14 Maj 2011

Moi kochani czytelnicy – jak się dowiaduję z licznych sygnałów – najbardziej lubią czytać o moich klęskach na polu nowoczesnych technologii. Tak się składa, że akurat w tej dziedzinie nigdy ich nie rozczarowuję.

Także tym razem poddaję się z pokorą domniemanym drwinom i bolesnym przytykom, jakich zapewne nie oszczędzą mi czytelnicy zarówno Gazety Olsztyńskiej, jak i tego bloga. Jedni i drudzy są mi równie bliscy, czego dowodem niniejszy wpis. Miałem zamiar z nim poczekać do poniedziałku, chcąc uciec na czas weekendu w prywatność, atoli – identycznie jak w poprzednim blogu – zadzwoniła do mnie moja ulubiona bratowa (cóż za bzdura, jak można dzwonić na blogu? Dobra, niech będzie dosłownie: zadzwoniła i zażądała, żeby felieton czym prędzej znalazł się na blogu, bo zapomniała kupić Gazetę, a słyszała, że świetny).

Gwoli sprawiedliwości: ta opinia (świetny), pochodzi od mojego własnego brata (męża rzeczonej bratowej) i jest prawdopodobnie odosobniona. Dlaczego jednak mąż (brat) nie pokaże żonie (bratowej) po prostu Gazety – zapytacie. Tego fenomenu już nie podejmuję się wyjaśnić. Dodam tylko, że mój brat, zaciekły bezinternetowy konserwatysta, triumfalnie obwieścił wyższość Gazety nad Internetem – no bo on w Gazecie felieton przeczytał, a bratowa w tym swoim internecie – nie.

Dość tych bzdur, oto rzeczony felieton.

Zmień płytę

Pierwszą reklamację zgłosiłem po tym, gdy moja nawigacja złośliwie powstrzymała się od wszelkich czynności tuż przed granicą niemiecko-francuską, narażając mnie na stres związany z poszukiwaniem odpowiedniego adresu w nieznanym mieście. Załatwiono mnie uprzejmie i nawet dość szybko, bo po mniej więcej trzech tygodniach otrzymałem sprzęt z powrotem. Przeinstalowano mapę, a także wykonano tajemnicze czynności pod kryptonimem LLF i FX. Po jakimś czasie próbowałem z elektronicznym przewodnikiem odnaleźć pewien adres w Krakowie – niestety tym razem aparat odmówił posłuszeństwa tuż przed granicami królewskiego miasta właśnie. Już po dwóch tygodniach otrzymałem z powrotem cenne urządzenie, w którym przeinstalowano mapę oraz wykonano czynności LLF i FX.

Starałem się nie przeciążać mojego drogocennego nabytku, co jednak zupełnie mu nie groziło. Każda kolejna próba użycia wiązała się z niemal natychmiastowym zablokowaniem wszelkiej jego działalności. Kolejna naprawa – to była pewnie próba cierpliwości, którą zaliczyłem celująco – trwała już miesiąc. Wykonano – jak się domyślacie – przeinstalowania oraz LLF i FX.

Moje wizyty w punkcie serwisowym na tyle się zagęściły, że niemal zaprzyjaźniłem się z pracownikami działu obsługi klienta. Zaczęli zwracać się do mnie poufale per panie Adamie, co było nawet dość miłe, ale zupełnie nie przekładało się na jakość napraw. Dwie kolejne – naturalnie obejmujące przeinstalowanie oraz LLF i FX – przyniosły rezultat dokładnie ten sam , co zawsze. Podczas ostatniej wizyty twardo zażądałem wymiany sprzętu. Mój znajomy z punktu serwisowego gorąco mnie poparł. No i wyobraźcie sobie, że tym razem zamiast regulować LLF i FX wymieniono płytę główną. Aparat działa jak złoto. Wniosek jest prosty; jeżeli coś nie gra, trzeba zmienić płytę.


Przed naprawą obraz satelitarny w mojej nawigacji wyglądał tak:


nawigacja

a po wymianie płyty już tak


Zauważcie, że zdjęcia wykonałem też nieudolnie (telefonem komórkowym, trzymanym niepewną dłonią zbyt blisko obiektu fotografowanego); rozmazane, fatalnie skadrowane. Można jednak odczytać (choć z trudem), że obecnie jakość sygnału jest bardzo dobra i system korzysta aż z 8 satelitów, co przedtem było nie do pomyślenia.

Ok., przestaję nudzić, zmieniam płytę.


07 Maj 2011

Pamięć mam bardzo dobrą, ale krótką. Niedawno miałem okazję przekonać się z całą brutalnością o prawdziwości tego żartobliwego (ale nie dla mnie) porzekadła.

Spotkałem otóż znajomego, który dla mojej ułomnej pamięci okazał się nieznajomym – i takim pozostał aż do pewnego telefonu… Ale po kolei – spotkanie z nieznajomym znajomym tak opisałem w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Kolega Duńczyk

Spojrzał na mnie niepewnie, skinął lekko głową i mruknął niewyraźne „dzień dobry”. Odpowiedziałem i chciałem ruszyć dalej, ale on rozpromienił się nagle.

– No witam, nie poznałem w pierwszej chwili – wykrzyknął serdecznie, a jego pies zaczął się do mnie łasić z uśmiechem.

– Za to pies mnie poznał – odpowiedziałem żartobliwie, chociaż ten kudłaty łeb widziałem pierwszy raz w życiu. Jednocześnie usiłowałem sobie przypomnieć, skąd ja go znam. Faceta oczywiście, nie psa.

– No jak leci, dokąd idziemy – zagadał przyjaźnie, choć jakby nieco ogólnikowo.

Kolejna zagwozdka: nie wiem, czy jesteśmy na pan, czy po imieniu. Ale ja przecież prawie z wszystkimi znajomymi jestem na ty. Mimo to nie ryzykuję, no bo co to za znajomy, którego nie poznaję.

– A tak, na spacerek, rozprostować stare kości. I co tam nowego? – brnę bezosobowo.

– W Danii jestem – stwierdził bez sensu, bo przecież stał przede mną na chodniku w Olsztynie. – To znaczy pracuję tam od kilku lat.

– W jakiej branży? (Wciąż nie ryzykuję tego „Ty”).

– To samo robię, co tutaj.

Masz ci los, myślałem że znając zawód skojarzę gościa. No nic, próbujemy dalej.

– To znaczy?

– Nadruki na koszulkach głównie. Dobrze mam, nie narzekam, praca legalna, pełny socjal, 8 tygodni urlopu.

No i dalej nic nie wiem. Kogo ja znam od nadruków na koszulkach. Dobra, spróbujmy innego tropu.

– A jak z językiem, po duńsku (w domyśle: rozmawiasz)?

-Mój szef mnie do szkoły posyła, po duńsku, po angielsku, naprawdę jest super.

Nic nie jestem bliżej. Na szczęście wyciąga rękę.

– To ja będę leciał, do widzenia.

– Cześć kolego Duńczyk – pozwalam sobie na żartobliwą jowialność, za którą po chwili rumienię się sam przed sobą. Mam pewne niejasne podejrzenie, że to znajomy z klubu żeglarskiego sprzed lat bez mała trzydziestu. Tyle że wtedy na pewno nie miał psa.

W sobotę telefon, moja kochana bratowa.

– Ja w sprawie twojego felietonu. Ty masz jednak sklerozę, jaki znajomy z klubu żeglarskiego? Przecież to Jarek (dalsze szczegóły identyfikacji zachowam dla siebie ze względu na Ustawę o ochronie danych osobowych).

– A jak go rozpoznałaś?

– No przecież wszystko opisałeś.

No więc wygląda na to, że pamięć mam może i kiepską, ale charakterystykę postaci – podstawowe ćwiczenie z języka polskiego w końcowych klasach szkoły podstawowej – opanowałem w stopniu co najmniej przyzwoitym.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.