30 Kwi 2011

O mały włos sam wycofałbym ten felieton. Prywata – to był mój główny zarzut wobec samego siebie.

Ale przecież prywata polega na załatwieniu sobie jakiejś sprawy poprzez publikację. A co ja tu sobie załatwiam? Pokazuję arogancję, niekompetencję i własną bezradność. Po namyśle uznałem, że można. Oceńcie zresztą sami.

Alarm w sprawie alarmu

Połączenie autoalarmu z centralnym zamkiem naszego Hyundaia najwyraźniej przerosło panów mechaników. Po przyciśnięciu odpowiedniego guziczka na pilocie drzwi się zamykały, ale alarm zaczynał wyć jak potępieniec. Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że jakiś czas, może nawet rok, wszystko działało jak należy, więc było to jakby partactwo z opóźnionym zapłonem. Na szczęście można też było zamknąć auto kluczykiem, do czego moja nieoceniona małżonka (jej to bowiem auto tak nerwowo reagowało) wkrótce przywykła. Kiedy jednak nadszedł czas kolejnego przeglądu gwarancyjnego, postanowiliśmy wspólnie doprowadzić wreszcie rzeczony alarm do porządku.

– Sprawdzanie alarmu nie wchodzi w zakres przeglądu gwarancyjnego – poinformował nas stanowczo pan z firmowego salonu.

– Ale przecież właśnie u was ten alarm był montowany.

– Musi pan reklamować u producenta. No dobra, zajrzymy do niego i sprawdzimy.

Zostawiłem kluczyki, dokumenty, tego samego dnia miałem się zgłosić po odbiór. Kiedy zjawiliśmy się z żoną po nasze czerwone cudo, pan spojrzał na nas z góry.

– Coś pan mi tu dał? Przecież w tym pilocie nie ma alarmu! – I oddał mi kluczyki z podczepionym pilotem alarmu i centralnego zamka. Pilot był pusty, cokolwiek w nim było – zniknęło.

Nie tylko ja, ale nawet moja zawsze przytomna małżonka zapomniała języka w gębie. Otrzymaliśmy otóż mniej więcej taki komunikat: sami zniszczyliście i próbujecie wyłudzić od nas naprawę za friko w ramach gwarancji. Zapewne to zatem moja dostojna małżonka skakała po pilocie, a następnie jakimś ostrym narzędziem wypruła z niego flaki.

Na szczęście po jakimś czasie przeczytałem w prasie komunikat, że Firma Hyundai Motor Poland nie chce mieć nic wspólnego z firmą PHU Polmozbyt Olsztyn. My też.

Możecie mi wierzyć albo nie; naprawdę nie jestem z tych, którzy – użądleni czyimś nieuprzejmym słowem lub uczynkiem – natychmiast wyciągają mieczyk dziennikarza i wywalają swoje niezadowolenie na łamy swojej gazety. Nigdy nie zniżyłem się do tego poziomu załatwiania prywatnych spraw, co więcej – staram się wpajać podobną etykę zachowania i myślenia kolejnym pokoleniom dziennikarzy, oddanym mi pod opiekę i naukę. Z różnym skutkiem, niestety. Przygodę z Polmozbytem też zmilczałem wówczas, gdy była świeża i być może „do załatwienia”. Decyzja Hyundaia uwolniła mnie od milczenia.

Swoją drogą żal mi Polmozbytu. Tam kupowałem mój pierwszy w życiu samochód, jeżeli można tak określić malucha – fiata 126p. Niestety już wtedy – przed ponad 30 laty – kontakty nasze nie były szczególnie ciepłe. Tak się złożyło, że już na początku mojej samochodowej drogi miałem dość mocną stłuczkę. Trzeba było wymienić to i owo, między innymi wlew paliwa. Czekałem na to kilka miesięcy, samochód stał w tym czasie  na polmozbytowskim parkingu. Była zima, mróz, akumulator kompletnie się rozładował. Nikt nie pomyślał, żeby temu zapobiec na przykład poprzez przeniesienie tego delikatnego urządzenia do jakiegoś pomieszczenia. Kiedy wreszcie rura się znalazła, samochód był nadal unieruchomiony – tym razem z powodu wyładowanego akumulatora. Nie muszę dodawać, że akumulatory w mojej wówczas socjalistycznej ojczyźnie były absolutnie niedostępne w handlu. W tym nieszczęściu Polmozbyt też mi jakoś nie pomógł.

Mimo to po latach zdecydowałem się na zakup rzeczonego hyundaia w Polmozbycie właśnie. Pewnie dlatego, że tam najłatwiej było trafić. Dopiero po zakupie dowiedziałem się, że jest w Olsztynie drugi salon tej marki. Teraz to już mój salon, dealer i serwisant. Czy to już zmierzch Polmozbytu?


22 Kwi 2011

Podobno to początek starości – zaczynać lekturę gazety od nekrologów. Ja w każdym razie tak mam. No i rąbnęło mnie: Włodzimierz Tadeusz Kozłowski. Przecież to TEN Tadeusz!

Zapamiętałem go tak, jak w tym felietonie z piątkowej Gazety Olsztyńskiej.

Wyskoczył wysoko w górę, rzucił piłką na bramkę, ale opadając pośliznął się i runął jak długi. Nikt się nawet nie uśmiechnął; lubiliśmy naszego pana od wuefu.

– Jak myślicie, dlaczego upadłem – zapytał nas, kiedy się pozbierał.

– Ślisko było! To nie pana wina! Może ktoś wodę rozlał, albo co! – przekrzykiwaliśmy się nawzajem.

– Nie wysilajcie się, po prostu popełniłem błąd i na pewno to widzieliście. Nie szukajmy winy dokoła, najpierw zobaczmy, co sami sknociliśmy – skarcił nas dobrotliwie.

Wówczas w pewnym sensie był naszym idolem. Młody, prosto po studiach na AWF, sprawny, inteligentny, oczytany, miał tzw. „podejście” do młodzieży. To on doprowadził do tego, że nasze szkolne boisko, wyglądające dotychczas jak klepisko, zostało pokryte asfaltem z rozrysowanymi liniami do piłki ręcznej i koszykówki. To on organizował zimą lodowisko na tymże nowym boisku, prowadząc nas z łopatami do sypania wałów, potem zaś ściągając strażaków z sikawkami. To on wreszcie organizował integracyjne mecze piłki ręcznej absolwentów i aktualnej reprezentacji naszej podstawówki.

Spotykałem się z Nim później wielokrotnie, zaprzyjaźniliśmy się, byliśmy po imieniu, bywałem w Jego mieszkaniu na Pieczewie, tuż pod lasem. Później te więzi nieco się rozluźniły. Spotkałem Go ponownie prawie 10 lat temu na uroczystościach 50-lecia naszej szkoły. Podczas akademii wymieniono mnóstwo nazwisk, jego pominięto. Nie wiem, czy rozmyślnie, czy przez zapomnienie. Po uroczystościach bawiliśmy się wspólnie na okolicznościowym balu. Wyglądał jak zawsze młodo, prężnie, tryskał energią i humorem. Później jeszcze widywaliśmy się z rzadka na spacerach – odwiedzał z żoną i psem te same co ja ścieżki w lesie nad Skandą. Już się niestety nie spotkamy. Przedwczoraj dowiedziałem się, że Tadeusz Kozłowski nie żyje.

To właśnie spotkanie z okazji 50-lecia naszej szkoły, rok 2001. Siedzimy na tarasie znanej olsztyńskiej restauracji nad jeziorem, Tadeusz to ten przystojny facet z białymi włosami, obok ja (bez okularów, wówczas nosiłem soczewki) i jeden z moich najbliższych przyjaciół Juras (czasami George) Dramowicz.

Dla nas – 14-letnich podrostków – był jakby symbolem nowych czasów. Zupełnie nie przystawał do siermiężnego modelu ówczesnej socjalistycznej szkoły. Uczył nas nie tylko WF, ale też historii, co było – przyznacie – połączeniem dość nietypowym. Rozmawiał z nami zamiast do nas przemawiać. Grał z nami w siatkę w naszej minimalnej salce gimnastycznej na ostatnim piętrze szkoły. Nawet mnie wstawiał do składu; niestety rozczarowywałem go, zwłaszcza w akcjach pod siatką, gdy trzeba było wystawić mu piłkę do ścięcia. Zagumnym to ja raczej nigdy nie byłem. Aplikował nam też ćwiczenia przy drabinkach, przyśrubowanych do jednej ze ścian. Nauczył nas nawet stania na rękach i skoku przez skrzynię. Może to i mało przydatne w dzisiejszej rzeczywistości, ale cóż to była za radość, gdy udało się szczupakiem przeskoczyć skrzynię i zakończyć ćwiczenie efektownym fikołkiem. Potrafiliśmy to prawie wszyscy; Kozioł (tak go skrótowo, trochę rubasznie, trochę pieszczotliwie nazywaliśmy) cierpliwie pokazywał nam technikę takich skoków. Nikt się nie zabił, nikt nie skręcił karku i nie połamał kości.

Wkrótce skończyliśmy szkołę i Tadeusz zniknął nam z oczu. Spotkałem go po latach – był wiceprezesem jednej z olsztyńskich spółdzielni pracy, którą odwiedziłem w poszukiwaniu dziennikarskich tematów. Powspominaliśmy dawne czasy. Spotkaliśmy się prywatnie parę razy, już jako koledzy. Prosił, bym zwracał się do niego per Tadeusz, chociaż na pierwsze imię miał Włodzimierz.

Na jubileuszowym spotkaniu w Szkole Podstawowej nr 7 zobaczyliśmy się po paroletniej przerwie. Był już wtedy na emeryturze, ale wciąż ten sam; sprężysta, sportowa sylwetka, charakterystyczny półuśmiech. Stał z wszystkimi w zatłoczonej sali gimnastycznej, tej samej, w której graliśmy w siatkę i stawaliśmy na rękach. Czekałem, kiedy wywołają go na scenę i wręczą kwiaty, jak wielu innym zasłużonym nauczycielom. Nie wywołali. Byłem tak wzburzony, że chciałem wyjść na scenę i upomnieć się o ten gest pamięci, o te kwiaty, o te kilka słów dla Tadeusza. Na szczęście powstrzymałem się – to nie było właściwe miejsce i właściwy czas, ale niesmak pozostał.

Napisałem o śmierci Tadeusza przyjacielowi, mieszkającemu od ponad 30 lat we Francji. Krzysztof – w odróżnieniu ode mnie – brylował na lekcjach WF. Świetnie grał w siatkę, w kosza, znakomicie biegał.

– „Kozioł” był pierwszym facetem, który stworzył prawdziwe struktury sportu w naszej szkole – wcześniej wolałem kopać piłkę na podwórku niż myśleć o prawdziwym sporcie – napisał mi Krzysztof w odpowiedzi na moją smutną wiadomość.

Rzeczywiście, „Kozioł” wyprzedził swój czas.

15 Kwi 2011

Zaczynałem pracę w Gazecie za głębokiej komuny. Przetrwałem Gierka, Jaruzelskiego, przebrnąłem przez zawirowania trudnych początków demokracji.

O współczesnej historii Gazety mógłbym napisać książkę – co zresztą być może kiedyś zrobię, o ile pokonam wrodzone lenistwo. Póki co piszę tę historię na co dzień, współtworząc dzisiejsze oblicze 125-letniej staruszki. Mojej staruszki.

Tak o tym pisałem w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Moje 125-lecie
Po raz pierwszy jubileusz Gazety Olsztyńskiej obchodziliśmy z okazji setnej rocznicy, w roku 1986. Oczywiście był to jubileusz w jakimś sensie „przyszywany”, nie do końca prawdziwy, no bo nikt przy zdrowych zmysłach nie twierdził, że Gazeta Olsztyńska za Gierka czy Jaruzelskiego to w prostej linii potomkini Gazety Liszewskiego i Pieniężnych. Niemniej Gazeta odrodziła się, chociaż w Polsce na pewno innej, niż ta, o jakiej marzył i nie doczekał Seweryn Pieniężny junior.

Wskrzeszenie nastąpiło w roku 1970, oczywiście z zamysłem nawiązania do wspaniałej tradycji patriotycznej polskiej gazety w pruskim zaborze. Z problemem tego dziedzictwa zmagaliśmy się i zmagamy do dzisiaj. Historycy prasy wylali na ten temat morze atramentu i tuszu w drukarkach, pisząc o bezprawnym zawłaszczeniu tytułu i tradycji dokonań rodu Liszewskich i Pieniężnych. Osobiście uważam, że jakiekolwiek były intencje tych, którzy zdecydowali o ponownym pojawieniu się w początkach dekady gierkowskiej tytułu Gazeta Olsztyńska, decyzja ta po latach obróciła się na dobre. Czy ktokolwiek wyobraża sobie krajobraz kulturalny współczesnej Warmii i współczesnych Mazur bez tego tytułu? Czy gdyby o Gazecie Olsztyńskiej przypominano tylko na uniwersyteckich wykładach i muzealnych wystawach, lepiej czcilibyśmy pamięć jej twórców? Historia wymaga ciągłości – bo tylko poprzez kontynuację przechodzi płynnie we współczesność i przyszłość. Pochylamy z szacunkiem głowy przed tablicą poświęconą  Sewerynowi Pieniężnemu jr., zamordowanemu w lutym 1940 roku w obozie hitlerowskim w Hohenbruch, ale jednocześnie możemy szepnąć: Twoje dzieło żyje!

Trochę to wszystko patetycznie wygląda, no ale 125 lat to nie byle co. Jak to śpiewano w  Czterdziestolatku: na drugie tyle teraz przygotuj się. I tego się trzymajmy.

Kiedy zaczynałem mój romans z Gazetą Olsztyńska, wyglądałem kompromitująco dziecinnie. Do dziś się dziwię, że ktokolwiek chciał ze mną wówczas poważnie rozmawiać. Popatrzcie sami.

Od lewej: red. Ryszard Chrzanowski, wówczas zastępca redaktora naczelnego, ś.p. Krysia Katulska i ja w wieku lat dwudziestu dwóch. Obok jeszcze Ania, bardzo zdolna dziennikarka, od wielu lat mieszkająca w Niemczech.O ile pamiętam, okazją do spotkania były imieniny Ani – a więc scenkę utrwalił niezrównany fotoreporter Józek Wroński 26 lipca 1974 roku.

Przenieśmy się do czasów bardziej nowożytnych.

Rok 1999, w naszej firmie rusza nowa maszyna drukarska, jesteśmy przy jej uruchamianiu. Pierwszy z lewej red. Zbigniew Bielewicz, którego znam od 37 lat i który przez ten czas wciąż wygląda tak samo: lekko łysy, lekko pochylony, mówiący z charakterystycznym zaśmiechem (jak może być zaśpiew, to może też być zaśmiech – to od śmiechu). Ten zarośnięty facet z gazetą w ręku to ja. Trochę się zmieniłem, ale nie tak, jak moja marynarka, którą po prostu wymieniłem na nową. Tego krawata już też nie używam.

08 Kwi 2011

Kwiecień jak chyba żaden inny miesiąc obfituje w Polsce w doniosłe rocznice. Wystarczą dwa hasła: papież i Smoleńsk.

W kwietniu zmarł polski papież Jan Paweł II, w kwietniu zginał prezydent Lech Kaczyński w tragicznej katastrofie smoleńskiej, w kwietniu także zmarł Jacek Kaczmarski. Ale kwiecień to także kolejne jubileusze powstania Gazety Olsztyńskiej – w tym roku już 125. W kwietniu 1961 roku pojawił się w moim rodzinnym domu przy ul. Morskiej w Olsztynie telewizor marki Rubin. Pierwszą twarzą, jaką ujrzeliśmy na ekranie, był ówczesny gwiazdor telewizyjny Jan Suzin, a drugą – radziecki kosmonauta Jurij Gagarin. 12 kwietnia 1961 roku Gagarin poleciał w kosmos i okrążył Ziemię, co zapoczątkowało nową erę rozwoju cywilizacji – erę kosmiczną. Postanowiłem to upamiętnić na swój skromny sposób w moim felietonowym kąciku w Gazecie Olsztyńskiej.

Kosmos po raz pierwszy

Dzieckiem byłem wyjątkowym; w odróżnieniu od rówieśników nigdy nie marzyłem, by zostać kosmonautą. Już wtedy wiedziałem, że kosmonautami mogą być tylko Rosjanie. Po jakimś czasie okazało się, że miałem rację. W kosmos poleciał Jurij Gagarin, o czym dowiedziałem się z telewizora marki Rubin, produkcji radzieckiej zresztą. Inna sprawa, że sam sławny bohater Związku Radzieckiego (przyznano mu ten tytuł dwa dni po historycznym locie), podobnie jak cały kosmos obchodziły mnie znacznie mniej, niż pewna urocza koleżanka z mojej klasy I a. Jako ośmiolatek byłem bowiem bardzo podatny na uroki niewieście, a zupełnie niewrażliwy na wspaniałe osiągnięcia naukowe i techniczne. O lotach wiedziałem mniej więcej tyle, że latawiec z ogonem lata ładniej i dłużej, niż pokraka bez ogona.

W całej Polsce zapanował szał na Gagarina. Powstawały ulice (także w Olsztynie, dziś Sybiraków), place, pomniki, szkoły jego  imienia. Gagarin ma nawet miasto swojego imienia – to dawny Gżatsk w obwodzie smoleńskim, w pobliżu którego leży rodzinna wieś kosmonauty. Pomijając całe polityczne zadęcie rosyjski starszy lejtnant, syn  stolarza i dojarki, był autentycznym wszechświatowym bohaterem. Znali go wszyscy, kochali też wszyscy, oczywiście z wyjątkiem Amerykanów, którzy zielenieli z zazdrości, że przegrali ten najważniejszy w historii wyścig i dali się Ruskim wyprzedzić w kosmosie.

Z polskich miast Gagarin odwiedził bodaj tylko Warszawę i Zieloną Górę. Na płycie nieczynnego dziś lotniska wojskowego w Babimoście, gdzie wówczas lądował, wmurowano poświęconą mu płytę pamiątkową. Pierwszy kosmonauta świata zginął w wieku 34 lat w banalnej katastrofie lotniczej podczas ćwiczeń. Brak informacji o pogodzie, niedziałający radar na lotnisku, przeróbki w samolocie – to hipotetyczne przyczyny katastrofy. Prawdziwych do dziś nie wyjaśniono.

Gagarin – jak każdy prekursor – zapisał się trwale w historii ludzkości. Czy on Ruski, czy nie Ruski jest w tym momencie bez znaczenia. Ale nie u nas. Najpierw był superbohaterem – no bo Ruski, później był totalnie negowany – no bo Ruski właśnie. Więc najpierw ulice, szkoły, pomniki, później staranne czyszczenie tabliczek na tychże ulicach, szkołach, pomnikach. Mnie tam ulica Gagarina w Olsztynie kompletnie nie przeszkadzała. A Wam?

Przypomnijmy te wiekopomne chwile sprzed 50 lat; Gagarin leci w kosmos, świat wstrzymuje oddech…

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.