27 Mar 2011

No i stało się: wpadłem w pułapkę własnego lenistwa. Ale to wina mojego kolegi, który kiedyś sprzedał mi pomysł na samonapędzające się wpisy.

Kiedy mianowicie zaproponowano mi prowadzenie tego bloga na stronie internetowej Gazety Olsztyńskiej, długo się wahałem. Wrodzona skromność podpowiadała mi, że mogę mieć kłopot z wynajdywaniem fascynujących tematów, bo te najlepsze już sprzedawałem w cotygodniowym felietonie w papierowej Gazecie Olsztyńskiej. Wtedy właśnie opiekun gazetowej blogosfery przekonał mnie prostym argumentem: przecież możesz kopiować na blogu swoje felietony. – Ba, ale skąd brać wciąż świeże pomysły na felietony – nie dawałem za wygraną. – Tam z kolei kopiuj wpisy  na blogu – odpowiedział z niezmąconym spokojem.
Tak mnie otumanił, że przyjąłem to dziwaczne rozumowanie za dobrą monetę. Cały czas jednak w swojej dziennikarskiej uczciwości wzdragałem się wprowadzić w życie tę dwuznaczną nieco zasadę dwustronnego kopiowania. Aż wreszcie uległem i … poległem. Felieton w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej jest wierną kopią komentarza, jaki napisałem na blogu do innego felietonu. Zobaczcie sami: to niemal wierna kopia wpisu z 15 marca, który zatytułowałem „Telewizyjne półwiecze”.

Ojciec telewizji
Niemal dokładnie 50 lat temu, na początku kwietnia 1961 roku, mój ojciec wrócił nieco później z pracy, za to w podejrzanie szampańskim humorze. Za nim weszli dwaj nieznajomi faceci w roboczych kombinezonach i sapiąc wtarabanili do pokoju ogromne pudło. Kiedy gorączkowo rozerwaliśmy wszystkie kartony i papiery, oczom naszym ukazał się błyszczący politurą korpus nowiutkiego telewizora marki rubin. Radziecki cud techniki. Włączało się go klawiszami, których było pięć. Poprzez różne kombinacje można było uzyskać funkcję telewizora lub radia. Nieco później odkryliśmy też funkcję wzmacniacza, którą wykorzystywaliśmy przez ładnych kilka lat dla eksponowania wątpliwej jakości naszych dokonań instrumentalno – wokalnych.
Póki co jednak nasz nowo nabyty cud techniki milczał jak grób. Tato postanowił go samodzielnie uruchomić, co było o tyle ryzykowne, że jego talent techniczny – nie uwierzycie – jest jeszcze mniejszy, niż mój. Praca koncepcyjna nad ożywieniem ciemnego ekraniku polegała głównie na włączaniu na przemian kolejnych klawiszów oraz ich kombinacji (pierwszy z trzecim, drugi z piątym i tak dalej). Po godzinie zwątpiliśmy w sukces, atoli – co powiecie – nagle coś zacharczało, błysnęło i na niewielkim ekranie ukazał się pan Jan Suzin, ówczesna gwiazda Telewizji Polskiej. Widoczność była beznadziejna, postać Jana Suzina co chwila rozpływała się we mgle i śniegu, wypełniających ekran, mimo to tkwiliśmy przy telewizorze aż do chwili ukazania się planszy, obwieszczającej koniec programu. Wtedy było bowiem tak, że program zaczynał się coś około 16.30,a kończył około 22.30. I nie można było zmienić kanału, bo był tylko jeden. Z okazji okrągłego jubileuszu składam zatem hołd własnemu ojcu, który w opisany powyżej sposób wprowadził mnie w cudowny świat telewizji.

Tyle dobrego, że chociaż tytuł jest inny. No i żeby już było po blogowemu, dodam zdjęcia naszego poczciwego Rubina 102.

Na koniec składam uroczystą deklarację: to ostatni taki mój haniebny czyn. Ściąganie generalnie jest rzeczą naganną, ale ściągać od samego siebie!

20 Mar 2011

15 marca to święto narodowe Węgrów. Zebrało mi się z tej okazji na takie oto wspominki, które opublikowała piątkowa Gazeta Olsztyńska.

Wiosna po węgiersku

Nie znoszę stereotypów, a już szczególną abominację żywię wobec schematycznego postrzegania cech narodowościowych. Polak – wiadomo: złodziej i pijak, Niemiec – pewne siebie chamidło, Włoch – wiecznie jazgoczący pieniacz, Czech – śmieszny jak cholera, Arab – fanatyczny terrorysta i tak dalej. Podobnymi stereotypami można opisać niemal cały świat. Jeden wszakoż schemat od setek lat sprawdza się niezmiennie: Polak – Węgier dwa bratanki … Jest to tym bardziej zdumiewające, że przeciętny Madziar z przeciętnym naszym rodakiem za Chiny się nie dogada. Sam wiele razy bywałem na Węgrzech, spotykałem się z tamtejszymi przyjaciółmi, ale zdołałem opanować tylko najpotrzebniejszy zwrot Egészségedre!, co oznacza „na zdrowie”. Okazji do wygłoszenia tej prostej formułki nigdy nie brakowało.

Mimo językowej bariery niemal nie do pokonania – choć znam liczne wyjątki zarówno nad Balatonem, jak i nad Wisłą – to przysłowiowe braterstwo rzeczywiście działa. Zaczęło się 15 marca 1848 roku podczas tzw. węgierskiej Wiosny Ludów. Węgry były wtedy częścią Cesarstwa Austriackiego. Po stronie powstańców opowiedział się polski rząd emigracyjny, wsparły ich zbrojnie oddziały polskie, liczące łącznie ok. 4 tysięcy żołnierzy. Pamięć polskiego generała Józefa Bema, który od sierpnia 1849 r. był naczelnym dowódcą wojsk powstańczych, do dziś żyje tam w świadomości nie tylko oficjalnej, ale i wielu zwykłych Węgrów.

Polsko-węgierska przyjaźń sprawdziła się też przeszło 100 lat później, gdy Armia Czerwona krwawo stłumiła węgierskie powstanie w 1956 roku. Społecznie organizowana pomoc humanitarna z Polski była znacznie większa, niż wsparcie płynące z USA i innych krajów zachodnich. Węgrzy nam to pamiętają. 15 marca to ich święto narodowe. A więc: Egészségedre!

Węgry kojarzą nam się – i słusznie – przede wszystkim z Budapesztem, Balatonem i dobrym winem. Wszystkich tych rozkoszy oczywiście wielokrotnie doświadczyłem, a po każdym powrocie do Polski zastanawiałem się, na czym polega węgierski fenomen. Jedyną atrakcją turystyczną tego stosunkowo niewielkiego kraju jest jezioro Balaton – co prawda blisko 6-krotnie większe od naszych Śniardw, ale z beznadziejnie jednostajną linią brzegową, złamaną jedynie półwyspem Tihany. Do tego płytkie i bagniste (nazwa wywodzi się ze słowiańskiego rdzenia boltьno(-je ezero – czyli jezioro błotne). Węgierscy bratankowie potrafili jednak wokół „węgierskiego morza” zbudować nie tylko bogatą infrastrukturę turystyczną, ale też niemal mitologię wypoczynku. Parę razy tam wyjeżdżałem i za każdym razem po powrocie pukałem się w głowę; po co mi te wyjazdy? Kto kiedykolwiek żeglował po Balatonie i po naszych Wielkich Jeziorach Mazurskich, ten widzi kolosalną różnicę – na korzyść naszych Mazur oczywiście. Ale węgierska legenda działa…

Z Węgrami kojarzy mi się też niestety kolosalny wstyd. Podczas wielu tam pobytów poznałem wielu wspaniałych ludzi, m.in.Gabi, pracownicę jednego z biur turystycznych. Będąc kiedyś w Warszawie z okazji targów turystycznych zatrzymałem się w hotelu w centrum miasta. Jakież było moje zdziwienie, gdy schodząc rano na śniadanie do hotelowej restauracji zobaczyłem przy stoliku Gabi we własnej osobie. Też przyjechała na te targi. Zauważyła mnie z daleka i na całą salę wykrzyczała… ordynarne polskie przekleństwo. Okazało się, że nasi wspólni polscy znajomi tak uczyli ją polskiego. Myślała, że wita mnie najczulszymi wyrazami szacunku i przyjaźni. Cóż miałem robić – uściskałem ją serdecznie bez słów.

12 Mar 2011

To już przestaje być śmieszne. Jak to się kiedyś mówiło: trochę techniki i się gubię.

Ten wpis można od biedy traktować jako jubileuszowy. Niemal dokładnie 50 lat temu, w marcu lub kwietniu 1961 roku, mój ojciec wrócił nieco później z pracy, za to w podejrzanie szampańskim humorze. Za chwilę do drzwi zapukali dwaj nieznajomi faceci w roboczych kombinezonach i sapiąc wtarabanili do pokoju jakieś ogromne pudło.  Tato władczym ruchem zaprosił nas łaskawie do wspólnego rozpakowywanie niezwykłego prezentu. Kiedy gorączkowo rozerwaliśmy wszystkie papiery i kartony, oczom naszym ukazał się błyszczący politurą korpus nowiutkiego telewizora marki rubin. Radziecki cud techniki. Włączało się go klawiszami, których było pięć. Poprzez różne kombinacje można było uzyskać funkcję telewizora lub radia. Nieco później odkryliśmy też funkcję wzmacniacza, którą wykorzystywaliśmy przez ładnych kilka lat dla eksponowania wątpliwej jakości naszych dokonań instrumentalno – wokalnych. Poczciwy rubin wzmacniał nawet niemiłosiernie fałszywy dźwięk naszych własnoręcznie sporządzonych gitar.

Póki co jednak nasz nowo nabyty cud techniki milczał jak grób. Tato postanowił go samodzielnie uruchomić, co było o tyle ryzykowne, że jego talent techniczny – nie uwierzycie – był jeszcze mniejszy, niż mój. Praca koncepcyjna nad ożywieniem ciemnego ekraniku polegała głównie na włączaniu na przemian kolejnych klawiszów oraz ich kombinacji (pierwszy z trzecim, drugi z piątym i tak dalej). Po godzinie zwątpiliśmy w sukces, atoli – co powiecie – nagle coś zacharczało, błysnęło i na niewielkim ekranie ukazał się pan Jan Suzin, ówczesna gwiazda Telewizji Polskiej. Widoczność była beznadziejna, postać Jana Suzina co chwila rozpływała się we mgle i śniegu, wypełniających ekran, mimo to tkwiliśmy przy telewizorze aż do chwili ukazania się planszy, obwieszczającej koniec programu. Wtedy było bowiem tak, że program zaczynał się coś około 17.00,a kończył około 22.00. I nie można było zmienić kanału, bo był tylko jeden.

Nasz poczciwy rubin raz podłączony do anteny działał bez zarzutu aż do wymiany na nowszy model. Nie potrzebował żadnych modemów, kablówki  ani nieustannego strojenia. To strojenie po prostu mnie dobija. Próbowałem zmagać się z nowoczesną technologią współczesnej telewizji cyfrowej. Co z tego wyszło, opisałem w felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Cyfrowa samoobsługa

– Najlepiej, żeby pan kupił kabel HDMI, będzie pan miał rzeczywiście cyfrową jakość – powiedział na pożegnanie pan technik z kablówki i sobie poszedł.

Ten kabel mam od dawna, tyle że póki co łączy odtwarzacz dvd z telewizorem. Z odtwarzacza nie korzystam prawie wcale, więc wystarczy przełączyć do dekodera i cyfrowa jakość zagości na stałe w moim skromnym saloniku. Zabrakło mi refleksu, żeby o tę przysługę poprosić pana technika, więc chcąc nie chcąc zabrałem się za technikę cyfrową osobiście. Zapamiętałem, że po przyłączeniu rzeczonego kabla HDMI trzeba w dekoderze dostroić częstotliwość sygnału do poziomu 1080i – cokolwiek to oznacza. Kabel wetknąłem w odpowiednią dziurkę, poprztykałem odpowiednim przyciskiem – ale ekran pozostał ciemny. Sięgnąłem  po instrukcję obsługi, ale wynikało z niej tylko tyle, że trzeba przyłączyć kabel i poprztykać rzeczonym przyciskiem, które to czynności właśnie ukończyłem. Zacząłem  prztykać nieco rozpaczliwie i po jakimś czasie na krótko pokazał się obraz z informacją, że dźwięku nie ma i nie będzie, bo w tej częstotliwości nie jest obsługiwany. Zacząłem kombinować, że dźwięk mogę sobie ustawić w telewizorze w sypialni, co byłoby jednak o tyle niewygodne, że po każdej zmianie programu musiałbym biegać tamże, aby dokonać tej samej zmiany. Na szczęście obraz zniknął, więc chciałem zrezygnować z cyfrowej jakości  i wrócić do poczciwego łącza SCART (dawniej zwane eurozłączem). Nic z tego, tym razem na ekranie pojawił się napis: BRAK DOSTĘPU. BRAK AKTYWACJI (KOD BŁĘDU 5)

Przywróceniem życia w mojej domowej sieci telewizyjnej zajmuje się na odległość inny technik z mojej kablówki, do którego zadzwoniłem po pomoc. Jak mu się uda, podejmę jeszcze jedną próbę z tym kablem. W dziedzinie techniki cyfrowej nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

Pewnie niektórzy z Was myślą, że trochę zmyślam, żeby ubarwić swoje wpisy. Specjalnie z myślą o niedowiarkach zrobiłem zdjęcia z kolejnych etapów moich zmagań. Poniżej efekt moich poszukiwań.

Po jakimś czasie poddałem się i postanowiłem wrócić do stanu wyjściowego. Nic z tego, jedyne co osiągnąłem, to taki napis na ekranie.

Resztę znacie. Facet z centrali załatwił to za pomocą swojego komputera.

06 Mar 2011

Do wszelakich obchodów mam stosunek co najwyżej obojętny, by nie rzec niechętny. Więc nawet Dzień Teściowej nie jest dla mnie okazją do uroczystego bankietu.

Nie znaczy to oczywiście, że sama postać teściowej jest mi obojętna.Tak samo nie obchodzę Dnia Kobiet,Dnia Kota, a nawet Dnia Dziecka, co przecież nie oznacza, że nie ma w moim życiu ważnych kobiet, kotów i najważniejszych z całego Kosmosu – dzieci. Wracając zaś do Dnia Teściowej przygotowałem z tej okazji taki oto felieton, który opublikowała piątkowa Gazeta Olsztyńska:

Ożenek zaplanowany

Za wszystkie głupie żarciki
Przeproście teściową (…)

Pokłońcie się do samej ziemi
głupie konie rżące na dźwięk
Tego Szanownego Imienia

Jako motto dzisiejszego felietonu cytuję fragment poruszającego wiersza Tadeusza Różewicza „Dytyramb na cześć teściowej”. Dziś zatem – jak się pewnie już domyślacie – słów kilka o teściowych właśnie. Zapraszam do lektury przede wszystkim panów. Któż z nas nie pozwalał sobie na mniej lub bardziej niewybredne żarty o własnej lub cudzych teściowych. Zauważmy przy tym, że w żartach tego rodzaju zawsze mówi się o relacjach teściowa – zięć, nigdy zaś (lub prawie nigdy) o relacji teściowa – synowa. Może to dlatego, że puryści językowi odróżniają jeszcze teściową – czyli matkę żony, od świekry – czyli matki męża. Dziś ta świekra prawie już nie występuje, zastąpiona przez łatwiejszą do zapamiętania teściową.

Nie wiem, jak moi szanowni czytelnicy, ale ja swój ożenek zaplanowałem niezwykle starannie. Spotykałem się mianowicie zarówno z przyszłą teściową, jak i teściem na tzw. niwie służbowej. Obecnej żony wówczas co prawda nie znałem, tym samym nie snułem wobec niej matrymonialnych planów, ale mimo wszystko takie rozpoznanie uznać można jak najbardziej za grę wstępną. Przyszłą żonę poznałem dopiero wówczas, gdy rozpoczęła pracę w Gazecie – i wtedy zgadało się, że już znam jej rodziców. Później wspominaliśmy nie raz z moją kochaną teściową i niezapomnianym śp. teściem tamte pierwsze spotkania. Można z pewnym uproszczeniem przyjąć, że na drodze do żeniaczki miałem już na wejściu pokonany najtrudniejszy etap: poddałem się weryfikacji teściów.

Podpisuję się obiema rękami pod tym, co napisał Tadeusz Różewicz (patrz motto). Z okazji Dnia Teściowej (5 marca) oddajmy wszyscy należną cześć tym niezwykłym kobietom.

Pamiętam moją pierwszą rozmowę z teściową, a także pierwszy kontakt ze śp. teściem. Rozmawialiśmy o sprawach służbowych ( byłem – podobnie jak dziś – dziennikarzem Gazety Olsztyńskiej, a oni oboje piastowali odpowiedzialne stanowiska), ale gdzieś tam przewijały się też tematy prywatne. Stąd dowiedziałem się, że państwo M. mają córkę. Poznałem ją (tę córkę) kilka lat później, jakoś przypadliśmy sobie do gustu no i… Reszta – wybaczcie – jest naszą prywatną sprawą.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.