26 Lut 2011

Kraków to prawdziwe zagłębie kulturalne. Wystarczyło, że niedawno pojechałem tam na dwa dni i już mam temat na kolejny felieton.

Tematy – jak doskonale wiedzą moi stali czytelnicy – biorę zawsze z życia. W Krakowie odwiedziłem córkę, kończącą tam studia. A skoro studiuje, to musi gdzieś mieszkać. Wynajmowała ileś tam stancji, ta być może będzie ostatnia. Współlokatorkę znalazła aż w Hiszpanii; Sara przyjechała do Polski na półroczną wymianę. A jak Hiszpania, to oczywiście słońce i upał. Czy nie zmarznie nam gorąca Hiszpanka pod chłodnym krakowskim dachem? I tak zrodził się pomysł na felieton, który opublikowała piątkowa Gazeta Olsztyńska.

Hiszpanka i hiszpanka

Pamiętacie hiszpankę? To największa pandemia grypy w historii. Dziesiątkowała ludzi na wszystkich kontynentach. Rozpętała się tuż po zakończeniu I wojny światowej i pochłonęła wielokrotnie więcej ofiar  – ponad 50 milionów! Specjaliści obliczają, że wirusem hiszpanki zarażona była czwarta część ludzkości ówczesnego świata.

Hiszpanka – wbrew nazwie – wcale nie narodziła się w Hiszpanii. Epidemia najwcześniej objawiła się we Francji, ale tylko w niezaangażowanej w wojnę Hiszpanii cenzura przepuściła informację o licznych zachorowaniach. Wkrótce grypę zaczęto nazywać hiszpańską, co do dziś pozostało jej najpopularniejszym przydomkiem, choć zwano ją też gorączką flandryjską, gorączką trzech dni, knock-me-down fever, flu, purple death, la grippe oraz influenzą.

Skąd ta hiszpanka przyszła mi do głowy. To cała historia, jak chcecie – posłuchajcie.

Moja córka, studiująca w Krakowie, po raz kolejny zmieniła mieszkanie. W lokalu jest ogrzewanie gazowe, więc ze względu na koszty córka przestawiła się na dość zimny wychów. Drugi pokój wynajmuje dziewczyna z Hiszpanii, przebywająca w Polsce na wymianie. W tym pokoju jest jeszcze chłodniej, niż w pokoju córki. Hiszpania kojarzy mi się raczej z upałami, więc zatroszczyłem się, czy przypadkiem sympatycznej Sarze nie jest u nas za zimno. Okazuje się, że wprost przeciwnie. W Hiszpanii systemy ogrzewania mieszkań są byle jakie, a ściany budynków cieniutkie. Więc zimą – choć na dworze mróz rzadko kiedy trzaska – w mieszkaniach jest zimno jak diabli. Hiszpanka Sara chwali krakowskie grube ściany, jest jej ciepło i przytulnie i w ogóle jest zachwycona.  Choroba związana z wyziębieniem na pewno jej nie grozi. A o hiszpance pewnie nawet nie słyszała.



21 Lut 2011

Normalny zjadacz polskiego chleba nie ma zielonego pojęcia o zawiłościach rynków finansowych. Taki obywatel chce po prostu dostać na czas swoją pensję, najlepiej co najmniej raz do roku waloryzowaną (oczywiście w górę).

Obywatel chce mieć także pewność, że gdy już mu nie stanie sił do pracy, dostanie rentę lub emeryturę, czyli po prostu kasę, za którą godnie dożyje dni swoich. O to wszystko przez długie lata dbało państwo. Wygląda jednak na to, że państwo powoli dbać przestaje. Już nikt nam nie ściemnia, że w ZUS-ie nasza kasa jest odkładana i czeka na naszą starość. Z całą otwartością ministrowie przyznają, że z naszych składek wypłacane są emerytury obecnym emerytów. Kiedy my przejdziemy na emerytury, będziemy na utrzymaniu wszystkich wówczas pracujących. Taki system sprawdzał się (choć dość kulawo) lata całe, więc dlaczego ma nie trwać wiecznie? Ano choćby dlatego, że coraz mniej jest chętnych do płacenia składek, a coraz więcej – do pobierania świadczeń. Dzięki potężnie rozbudowanemu systemowi przywilejów mamy w naszym cudnym kraju najmłodszych emerytów świata – chociaż takim akurat rekordem trudno się szczycić. Do samego KRUS dokładamy z budżetu ponad 15 miliardów złotych polskich rocznie. Nic dziwnego, że wciąż brakuje kasy na te wczesne (przedwczesne?) emeryturki, więc nasza forsa, gromadzona w OFE kusi jak diabli. Tylko jak ją ugryźć? Ministrowie wymyślili: zmniejszyć składkę do OFE, zwiększyć do ZUS. Napisałem o tym w felietonie w piątkowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej.

Lech, Czech i ZUS

Jako osobnik słabo wyedukowany ekonomicznie nie potrafię rozsądnie gospodarować swoimi pieniędzmi, szczególną zaś trudność sprawia mi myślenie o budowaniu świetlanej i bogatej przyszłości. Na szczęście są jeszcze dobrzy ludzie, którzy nie tylko podpowiadają mi, jak sobie z tym poradzić, ale też – nie pytając mnie o zdanie – kreatywnie przerzucają moje pieniądze z kieszeni (mojej) do kieszeni (cudzej).Trochę się już w tym  bogactwie kreatywnych pomysłów gubię, ale najbardziej podoba mi się najnowszy projekt autorstwa bodaj pani Jolanty Fedak, ministra pracy i – przepraszam za wyrażenie – polityki społecznej. Proponuje ona mianowicie oddanie naszych spraw w nasze ręce, co oznacza z grubsza, że kasę na emeryturę odkładamy tam, gdzie chcemy. Prawie jak bracia Czesi, którzy mają co prawda swój ZUS, ale już w tzw. drugi filar inwestują zupełnie dobrowolnie, o trzecim nie wspominając. Co prawda system czeski podobno bankrutuje, nad czym rozdzierają szaty tamtejsi ekonomiści i co światlejsi obywatele. Ale u nich brakuje tylko ok. 20 miliardów koron, czyli na nasze – śmiech powiedzieć – niecałe półtora miliarda. Skoro u nich gadają o bankructwie, to co my mamy mówić?

Póki co wszystkie pomysły sprowadzają się do tego, jak naszymi pieniędzmi załatać tzw. dziurę budżetową. Osobiście jestem zdania, że te wszystkie OFE i PFE ciągną od nas jeszcze więcej, niż stary poczciwy ZUS. Przecież te zarządy muszą się utrzymać, a kto za to płaci? Ja płacę, ty płacisz, pani płaci… A może pójść jeszcze dalej i w ogóle zlikwidować wszystkie obowiązkowe filary i ZUS na dokładkę. Dzisiejsze składki emerytalne wypłacać obywatelom, dzięki czemu ziściłby się sen związkowców: każdy obywatel dostałby podwyżkę. A emerytura? E tam, niech się państwo martwi. Dopiero mielibyśmy czeski film.

Zdziwicie się, ale jestem bardziej za, niż przeciw temu pomysłowi, tyle, że poszedłbym jeszcze dalej. Nie widzę mianowicie żadnego powodu, dla którego specjaliści zatrudnieni w ZUS mieliby gorzej gospodarować naszymi finansami, niż rekiny finansjery z OFE. Niestety, nikt dotychczas nie wymyślił mechanizmów, dzięki którym nasze pieniądze gromadzone w ZUS mogłyby być inwestowane w różne dostępne instrumenty finansowe. Innymi słowy: drugi filar w ramach ZUS. A trzeci to już zupełnie dowolny, na przykład w firmach ubezpieczeniowych, w których można – jak autor tego bloga – stracić na wejściu ponad 30 procent. Ale to już Wasze ryzyko.

11 Lut 2011

W dzieciństwie moja mama – wielka miłośniczka i znawczyni muzyki poważnej – prowadziła mnie za rączkę na koncerty symfoniczne.

Nie pamiętam, z jaką częstotliwością moje delikatne uszy były atakowane kakofonią dźwięków, wytwarzanych przez silną grupę pod wezwaniem różnych puzonów, trąb, bębnów i dużej liczby skrzypiec. Tym, co trzymało mnie przy życiu podczas tej dwugodzinnej udręki, była mieszanka czekoladowa marki Wedel. Mam kupowała zawsze porcję tych wspaniałych czekoladek, kupując jednocześnie moją milczącą zgodę na wysłuchiwanie ryków trąb i niemiłosiernie cienko wyciąganych skrzypiec.

Kiedy jednak doszedłem do prawie dorosłego wieku 12 lat, moi starsi bracia uznali, że czas na edukację muzyczną zgoła innego rodzaju. Pamiętacie Marino Mariniego? „Nie płacz, kiedy odjadę, sercem będę przy tobie” – z charakterystycznym obcym akcentem.Widziałem go na żywo w Olsztynie. Natomiast pierwszym zespołem bigbitowym, który oglądałem i słuchałem na żywo w olsztyńskim kinie Grunwald, była trzecio- lub czwartorzędna grupa z Anglii o nazwie London Beat. Potem było już tylko lepiej: Czerwone Gitary, Czerwono-Czarni, Niebiesko-Czarni, Trubadurzy, Skaldowie. Odnosiłem wrażenie, że w Olsztynie koncentrował się  najważniejszy nurt ówczesnej polskiej muzyki rozrywkowej. Autentycznie pokochałem te klimaty; najpierw walka o bilety (czasami trafiały się zaproszenia od rodziców – robili poniekąd w kulturze), potem walka o miejsce z widokiem na scenę i na Krajewskiego (Krawczyka, Zielińskich itp.) i autentyczny odjazd w inny wymiar podczas koncertu.

Było, minęło… Ale ostatnio – po trzydziestu bez mała latach – wróciło. Znów koncert na żywo – ale w jakże innych okolicznościach. Tak to opisałem w cotygodniowym felietonie w Gazecie Olsztyńskiej.

Koncert na pustyni

Bilety kupiliśmy z kilkudniowym wyprzedzeniem; po pierwsze taniej, a po drugie mamy pewność, że wejdziemy. W końcu koncerty topowych kapel nie zdarzają się w Olsztynie codziennie. Na wszelki wypadek byliśmy na miejscu godzinę wcześnie. Na razie pustawo, oprócz nas dosłownie kilka osób sączy piwko. Takie czasy, że koncerty są w pubach, a nie – jak kiedyś – w salach widowiskowych. Ten pub akurat wyposażony w naprawdę sporą widownię; z dwieście osób wejdzie. Zaraz się pewnie zacznie zapełniać.

Nic z tego. Podpytujemy obsługę – okazuje się, że w przedsprzedaży poszło 7 (słownie siedem) biletów. Tuż przed koncertem sprzedano może dwa razy tyle. Mimo to artyści zachowali się profesjonalnie. Dla tej wiernej garstki miłośników mocnego rocka pokazali wszystko, co mają najlepsze, nawet dali się namówić na bis.

Pamiętam z młodości koncerty różnych Niebiesko-Czarnych, Trubadurów, Czerwonych Gitar czy Niemena. Zdobycie biletu lub zaproszenia graniczyło z cudem. Na takie zaproszenie można było poderwać każdą dziewczynę. Chodziło się na takie koncerty do kina Łyna (kto pamięta, gdzie to było?), Grunwald (dziś aula jednej ze szkół wyższych), WDK (dziś CEIK). To były jednak czasy bez you tube i w ogóle bez Internetu, z dwoma czarno-białymi programami telewizyjnymi, gdzie zresztą rock prawie nie występował i z raczkującym dopiero  rynkiem płytowym.

Postanowiłem wnieść osobisty wkład w upowszechnianie kultury muzycznej w narodzie. Nagrałem komórką finałowy utwór i umieściłem na swoim kanale w you tube. Dałem linki na Facebooku i nk. Może to znamię nowych czasów: na koncert idą wysłannicy społeczeństwa, reszta ogląda ich nagrania w Internecie. I tylko naiwniacy starej daty wciąż się upierają, że nic nie zastąpi kontaktu z muzyką na żywo.

Oto wspomniane nagranie


Czas odkryć karty. W olsztyńskim pubie Andergrant wystąpił Andrzej Nowak, założyciel legendarnej grupy TSA. Od 9 lat ma nową grupę Złe Psy, z którą koncertuje w kraju i za granicą. W Olsztynie na koncert przyszło ok. 30 widzów. Porażka? Być może, ale nie muzyki i nie Andrzeja Nowaka ze Złymi Psami. Coś tu poszło nie tak. Muzyka w porzo, zespół z wysokiej półki. Może nie chcemy już koncertów? Ja miałem mamę, później starszych braci, być może dzisiejsza publiczność nie ma takich przewodników.

Na koniec uwaga techniczna: mój kolega zwrócił mi uwagę, że czerwony kolor, jakim zaznaczam moje cytaty z Gazety Olsztyńskiej, jest nieprzyjazny oczom czytelnika. Ma rację; kiedy miałem dyżury w redakcji nocnej Gazety, zakazane były czerwone długopisy i flamastry do zaznaczania poprawek na szpaltach drukarskich. Od dziś gramy w zielone – pasuje?

04 Lut 2011

Na dobrą sprawę powinienem zatytułować ten wpis NASZ KRÓL PAPIER. Kilkanaście lat temu wszyscy wieszczyli, że komputery całkowicie wyeliminują wszelkie przekazy na papierze.

Nic bardziej błędnego. Mam wrażenie, że w miarę rozrastania się przestrzeni ogarniętej przez komputery papierzysk przybywało, zamiast ubywać. Co z tego wynika – starałem się w skrócie opisać w cotygodniowym felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Koniec wieku
Przeprowadziłem się w firmie z pokoju do pokoju. Miejsce, w którym siedziałem zaledwie trzy lata, obrosło różnościami, których nawet wymienić nie sposób. Pamiętam, że gdy blisko dwadzieścia lat temu przeprowadzaliśmy pierwszą komputeryzację naszej firmy, zachłystywaliśmy się: koniec z papierologią, komputery zastąpią wszelkie dokumenty. Jakoś się nie sprawdziło, papier dalej króluje na biurkach, w szafach i segregatorach. Zanim ponieśliśmy w nowe miejsce moje biurko i szafy, opróżniliśmy je z papierzysk; w pierwszym szale porządkowania chciałem wszystko wyrzucić, zniszczyć, spalić i zacząć nowe życie z uśmiechniętymi, zadowolonymi z likwidacji konkurencji komputerami. Opanowałem szaleństwo; przecież tam mogą być rzeczy bezcenne, których jeszcze nie wchłonęły komputery. No i znalazłem: listy od syna ze studiów. Szczegóły rodzinne pozostawię sobie, ale to tło technologiczne. Końcówka lat 90. XX wieku, syn studiował informatykę. Kupiłem mu komputer,  mimo to pisał wciąż listy ręcznie. Mieszkał w akademiku, a tam dostęp do Internetu wcale nie był powszechny (choć to przecież politechnika, wydział informatyki!). Także u nas w firmie do Internetu były podłączone tylko niektóre komputery, więc jak w końcu napisał maila, musiałem biec do kolegi i czytać na jego komputerze. Jeżeli chciałem z synem pogadać, dzwoniłem do niego na telefon akademika. Znużony portier łączył do ogólnodostępnego aparatu na korytarzu. Jeżeli ktoś akurat był w pobliżu to podnosił słuchawkę i wołał syna (ale musiałem podać numer pokoju). Komórki kosztowały wtedy koszmarne pieniądze, a za minutę rozmowy płaciło się nawet do 2,5 zł. Przy ponaddwukrotnie niższych zarobkach niż dziś.
Takie to swojskie spojrzenie na nasz fin de siècle* zafundowały mi stare szuflady mojego biurka.
*Z francuskiego: koniec wieku

Jak widać jest to jednak raczej felieton sentymentalno-wspomnieniowy, niż naukowo-wizjonerski. Listy pisane na papierze (kiedyś było coś takiego jak papeteria – pamiętacie, co to za dziwo?) mają zupełnie inny smak i wymiar, niż współczesne maile czy posty na portalach społecznościowych i blogach.  Mimo to papiery znikają z naszej rzeczywistości. Żeby ich nie zapomnieć (pamięć wszak jest ulotna), zrobiłem sobie taką oto fotkę podczas wspomnianej przeprowadzki.

Przeprowadzka

Francuskie określenie fin de siècle należy czytać nie tylko dosłownie – o czym świetnie wiedzą absolwenci polonistyki i dobrych liceów. To także synonim końca pewnej epoki; używa się go w tonacji minorowej, pesymistycznej. Przełom XIX i XX wieku to był dekadentyzm: czarne swetry, kłęby dymu, świetna, ale też czasem przerażająca literatura (ot choćby słynny hymn Jana Kasprowicza „Dies irae”, czyli Dzień gniewu). Ech, dużo by gadać o dekadencji i ściśle z nią związanym modernizmie. Klimat fin de siècle przywołał na swój tragiczny sposób Tomasz Beksiński, znany dziennikarz muzyczny, który popełnił samobójstwo 24 grudnia 1999 roku, pisząc tuż przed tym dramatycznym krokiem ostatni felieton, zatytułowany – a jakże –  „Fin de siècle”. Felieton został opublikowany już po śmierci Tomasza Beksińskiego, w styczniowym numerze miesięcznika „Tylko rock”.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.