29 Sty 2011

Coś siedzi w człowieku, pardon: w mężczyźnie, co każe mu w pewnych sytuacjach odejść od ulubionego komputera/telewizora/gazety (niepotrzebne skreślić), zakasać rękawy i zabrać się za drobną lub nieco większą NAPRAWĘ.

Najczęściej dotyczy to samochodu, co w skrajnych przypadkach kończy się całkowitym unieruchomieniem pojazdu i koniecznością sprowadzenia lawety lub holownika celem dostarczenia martwego ulubieńca (czyli samochodu) do warsztatu. Oczywiście wszystko to drenuje nasza kieszeń czasami do gołej podszewki. Być może niektórzy z Państwa pamiętają moje zmagania z odstającą listwą na drzwiach mojego auta.  Wtedy odtrąbiłem sukces, aliści listwa niedawno znów zaczęła niebezpiecznie odstawać. Tym razem pojechałem do zaprzyjaźnionego warsztatu – zrobili w trymiga, solidnie i dosłownie za grosze. Niczego to mnie jednak nie nauczyło, czego dowodem mój heroiczny bój we własnej toalecie, który tak oto opisałem w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej:

Za ścianą

Życie składa się ze spraw miłych bardziej i miłych mniej. Tymi miłymi mniej staramy się nie zajmować, atoli one same upominają się niekiedy o nasze łaskawe zainteresowanie. Ot choćby ta rurka w mojej toalecie…

Rurka łączy zbiornik z wodą (zwany rezerwuarem) z kranikiem, ukrytym za ścianą, u mnie akurat ozdobioną w całości kafelkami w zielone wzorki. Rurka została w swoim czasie zamontowana w ten sposób, że podlegała destrukcyjnym wpływom jakichś żrących substancji, co doprowadziło do jej poważnego osłabienia. Pojawiły się mianowicie bąble, zwiastujące nadchodzące pęknięcie. Trzeba wymienić. Ba, ale jak? Ten, kto rurkę zamontował – a działo się to podczas generalnego remontu moich toalet – po podłączeniu zamurował wszystko na amen rzeczonymi kafelkami. Postanowiłem wymontować (czytaj: rozbić)  jeden kafelek, aby dostać się do nieszczęsnego kraniku. Przyłożyłem młotkiem i przecinakiem, ale tak pechowo, że zamiast jednego, zdemolowałem trzy kafelki. Co gorsza przez ziejącą w kafelkowej ścianie dziurę nijak nie dało się włożyć ręki z kluczem, którym nieszczęsną rurkę można byłoby odkręcić. Dostęp blokowały liczne biegnące pionowo rury, rozprowadzające wodę po całym bloku. Już się pewnie domyślacie: rurki nie odkręciłem, a dziurę nieudolnie załatałem kafelkami o zgoła innej fakturze i barwie – no bo skąd wziąć kafelki identyczne jak te, którem zakupił 10 lat temu? Po kilku dniach wpadłem na genialny pomysł: felerną rurkę okręciłem dla wzmocnienia biało-zielonym sznurkiem. Teraz czeka mnie generalna demolka całej ściany, ale poczekam – rurka z owijką powinna wytrzymać nawet kilka lat, tylko czy ja wytrzymam w toalecie w zielono-niebiesko-białe ciapki? Może jednak wezwać hydraulika?

Przezwyciężając naturalne w tej sytuacji skrępowanie postanowiłem uwiecznić moje dzieło. Oto zdjęcie:


Dopiero po wykonaniu zdjęcia zorientowałem się, że nałgałem nieco w felietonie. Otóż sznurek ma barwę biało-czerwoną. Tekst pisałem jednak w dużym napięciu nerwowym po tej niezbyt udanej operacji, co częściowo tłumaczy moje niechlujstwo, za które niniejszym przepraszam. Zauważcie Państwo, że wymieniłem tylko jeden kafelek – pozostałe dwa, które nadwerężyłem, zrekonstruowałem po swojemu (a więc nieudolnie). Całość tworzy mozaikę raczej koszmarną. Przy okazji zreperowałem też spłuczkę – teraz przy każdym użyciu cieknie z niej woda prosto na podłogę. Póki co podstawiłem talerzyk; pracuję (na razie teoretycznie) nad bardziej radykalnym rozwiązaniem.

20 Sty 2011

To przypomnienie poraziło mnie jak prąd: 7 lat temu zmarł Czesław Niemen. Dziwny jest muzyczny świat bez niego.

Nie powiem, że od początku zachwycałem się jego muzyką. Jako dziecko i młodzian wolałem – nie śmiejcie się – Czerwone Gitary czy Trubadurów z ich przeważnie banalnymi, łatwo wpadającymi w ucho piosenkami. Niemen był wymagający nie tylko od siebie, ale też od słuchaczy. Nie rozumiecie, wasz problem – zdawał się mówić. I robił swoje. Do końca pozostał taki, jakim wykreował się sam na jednej z płyt – Enigmatic, czyli niepoznany. Nie podbił świata, chociaż miał ku temu wszelkie predyspozycje. Próbował, ale po swojemu – i świat się na nim nie poznał. Pierwsze moje wspomnienie o muzyce Niemena kojarzę ze szkołą. A było tak, jak napisałem w felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej:

Dziwny jest ten świat

17 stycznia minęła 7. rocznica śmierci Czesława Niemena. Gdyby żył,  16 lutego skończyłby 72 lata. Ciekawe, jak dzisiaj zaśpiewałby „Dziwny jest ten świat”.

Urodził się w niewielkiej miejscowości pod Grodnem (właściwie koło Nowogródka, jak Adam Mickiewicz). Dzisiaj to Białoruś, ale wtedy Rzeczpospolita Polska. Mieszkał tam aż do roku 1958 – stąd zapewne wyraźnie słyszalny śpiewny, wschodni akcent, z jakim mówił i śpiewał. Aż do 1963 roku nazywał się Wydrzycki, dopiero po sukcesach międzynarodowych, namówiony przez „ojca” polskiego rocka Franciszka Walickiego, przybrał pseudonim artystyczny Niemen.

Wczesnego Niemena słuchałem na pocztówkach dźwiękowych: pamiętne „Czas jak rzeka”, „Sen o Warszawie” czy „Wiem, że nie wrócisz”. Pamiętacie? Bo ja mogę zanucić każdą z nich.

Z tym nuceniem w miarę upływu czasu było jednak coraz trudniej. Być może dlatego słynny „Bema pamięci żałobny rapsod” został przyjęty z mieszanymi uczuciami; schlastała go np. znana poetka Mieczysława Buczkówna, żona poety Mieczysława Jastruna, tytułując swój esej złośliwie „Niemen w dolinie świec”. Dziś ta płyta uważana jest przez wielu za najlepszą w całej historii polskiego rocka. Niech ktoś spróbuje zanucić melodię „Klęcząc przed tobą”. Z tym utworem wiąże się moje wspomnienie z początków liceum, kiedy wszyscy przeżywaliśmy pierwszą dziką fascynację rockiem (wtedy mówiło się big bit). Pamiętam, że w klasie prowadziliśmy naszą własną listę przebojów, ja wówczas głosowałem na „Takie ładne oczy” (Czerwone Gitary, wygrana w Opolu 1968). Nie mógł tego zrozumieć mój przyjaciel Tosiek: Adam! No co ty?! Spójrz – i wykonał aktorskie przedstawienie fragmentu „Klęcząc przed tobą”, klękając – o ile pamiętam – przed Mariolą M. Po latach przyznaję Tośkowi  rację.

Oto ten utwór

Osobiście za jeden z najpiękniejszych utworów – nie tylko Niemena, ale całej polskiej muzyki tzw. rozrywkowej – uważam Wspomnienie do wiersza Juliana Tuwima. Pamiętacie?

No i klasyka, czyli Dziwny jest ten świat. Chyba każdy słyszał w interpretacji Niemena, kilka lat temu zmierzył się z tym utworem jeden z braci Cugowskich. Było mnóstwo interpretacji, mnie bardzo się podoba wykonanie Janusza Radka. Zresztą cenię tego niezwykłego artystę za tzw. całokształt. Miał odwagę nawet zmierzyć się z  klasykami niezrównanej Ewy Demarczyk – moim zdaniem z sukcesem. Szkoda, że tacy artyści jak Janusz Radek pozostają raczej w cieniu polskiej estrady, usuwani z niej przez tandetne kabarety i różne dody.

Na koniec słów kilka na temat utworu Bema pamięci żałobny rapsod, który zajął cała pierwszą stronę płyty Niemen Enigmatic z 1969 roku. Wspomniana w moim felietonie złośliwość Mieczysławy Buczkówny o „Niemenie w dolinie świec” nawiązywała do filmu (dziś powiedzielibyśmy: teledysku), nagranego dla Telewizji Polskiej. Rzeczywiście, scenografia cała w wosku, ale jaka muzyka…posłuchajcie i popatrzcie.

13 Sty 2011

Moje spotkania z policją ostatnio nabrały ogromnej intensywności, niestety z poważną szkodą dla mojej kieszeni. Mam na ten temat swoją prywatną teorię.

Jak łatwo się domyślić, nie spotykam się z funkcjonariuszami towarzysko przy piwie. Co więcej, spotkania te są w pewnym sensie wymuszane.Wygląda to tak, że jadę sobie spokojnie, powolutku, przepisowo, raz na 1000 kilometrów odrobinę za późno zdejmę nogę z gazu. No i – nie zgadniecie – akurat wtedy biorą mnie pod lupę chłopcy radarowcy. Tych naprawdę szybkich nie mają szans namierzyć i zatrzymać, ale takie żółwie drogowe jak ja – chociaż i tak za szybkie jak na nasze drogi i nasze przepisy – są łatwym łupem. Napisałem o tym w felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej. Zapraszam.

Mam poczucie, że wokół mnie zaciska się nieubłaganie niewidzialna pętla.  Najpierw ten radiowóz; pewnie rozmyślnie ktoś postawił go w takim miejscu, że musiałem o niego lekko zahaczyć moim szerokim autem. Mandat, prokurator, dwa patrole, dobrze, że  nie areszt. Pisałem o tym dwa tygodnie temu (felieton Omijanie władzy). Parę dni wcześniej tajemniczy sprawca wyrwał mi kawałek zderzaka. Parę dni później nieznani siepacze dosięgli mnie aż w Łodzi, demolując w aucie boczne lusterko. Jakby tego było mało, podczas powrotu z tejże Łodzi – z urwanym lusterkiem, w wielkim stresie – łapie mnie kolejny policyjny patrol . Pokazują jakieś cyferki na ręcznym radarze; mają one dowodzić, żem pirat drogowy. Proszę o łagodny wymiar kary, bo to lusterko, ten stres, no i w ogóle to jestem wręcz ślimakiem, nie piratem drogowym – zapytajcie tych, co mnie znają. Ale gdzie tam: jest taryfikator, tyle i tyle złotych, tyle i tyle punktów i jedź z Bogiem chłopie, a uważaj na naszych kolegów.

Mandat zapłaciłem bez szemrania, no bo wina ewidentna. Ba, sam zżymam się na różnych piratów, wymuszających, wyprzedzających i gnających na złamanie karku. Tych raczej się nie łapie na radar, bo kto by tam za nimi nadążył. Nie żebym narzekał na policję drogową; ich święty obowiązek to łapać i przykładnie karać domorosłych Hołowczyców. Sam zapłaciłem w życiu kilka mandatów za prędkość, raz nawet w maluchu. Poprosiłem wówczas patrol, żeby wystawił mi zaświadczenie, że naprawdę jechałem ponad 100 km/h. Mogłem się chwalić przed kolegami, a później przed nabywcą mojego malucha.

Mimo wszystko czuję się trochę jak Richard Kimble, bohater filmu Ścigany z Harrisonem Fordem w roli głównej. Nic nie zrobiłem, a zasadziła się na mnie cała policja w kraju.

Dziś żałuje, że dwa tygodnie temu (patrz wpis „Nie omijaj władzy”) przyjąłem i zapłaciłem mandat. A gdybym tak przechodził obok dziwnie stojącego radiowozu i otarł się o karoserie ramieniem, też by mnie zwinęli i wołali prokuratora? Widzieliście kierowcę ciężarówki, który zniszczył trakcję na przejeździe kolejowym i spowodował milionowe straty? Dostał mandat niewiele wyższy, niż ja!!!

Obywatelowi przysługuje odmowa przyjęcia mandatu, ale decyzję musi podjąć w minutę, bo policjant ponagla: przyjmuje pan mandat, czy nie. Jak nie, to do sądu… Kto pod taką presją jest w stanie chłodno ocenić swoje szanse podczas ewentualnej rozprawy sądowej? Zresztą pal sześć tę kasę, którą zasiliłem dwa urzędy wojewódzkie; dodatkowo dzielni funkcjonariusze obciążyli moje nieskazitelne dotąd konto punktami karnymi. Jeszcze parę takich spotkań i będę zdawał egzamin na prawo jazdy, tak jak  ponad 30 lat temu. Czas przesiąść się na tramwaj.

08 Sty 2011

Na dworze plucha, błoto i rozpuszczona w brudnej brei sól. W takich chwilach dobrze jest wrócić myślami do pięknych, niedawnych jeszcze czasów siarczystego mrozu, czystego śniegu i rześkiego powietrza.

Jak mróz znów ściśnie, będziemy tęsknić za odwilżą, a nawet za soloną breją pod nogami. Szczęście zawsze jest przed nami lub za nami, nigdy z nami.

Tak sobie filozoficznie pleplam, ale to tylko wstęp do moich wspominek tegorocznego sylwestra. Miał być bal na białej sali (czyli pod chmurką w leśnym domku u przyjaciół), a skończyło się na zabawie samowtór tylko z małżonką przed ekranem. Tu jednak Was zaskoczę: nie był to ekran telewizora. Opowiedziałem to już czytelnikom Gazety Olsztyńskiej w piątkowym wydaniu, kto nie czytał, zapraszam:

Skype-bal

A miało być tak pięknie: pokryty śnieżnym całunem las, strzelające iskrami ognisko, huk korka od szampana odbity od ciemnej ściany nieruchomych drzew. Prawie wszystko się zgadzało, zwłaszcza ten całun, śnieżny oczywiście. Tak pracował nad pokryciem lasu rzęsistą bielą, że przy okazji nawalił zaspy po pas na drogi, trakty i dukty leśne. W mojej flotylli samochodów nie znalazłem sań śnieżnych, więc z bólem serca zakomunikowałem małżonce, że raczej nigdzie nie jedziemy i w tę szczególna noc musi się zadowolić jedynie moim towarzystwem. Moja nieoceniona piękna połowa przyjęła wyrok ze zdumiewającym spokojem, aliści okazało się, że w zanadrzu ma plan B – jak to się mawia w języku menedżerów.

– Zadzwonimy do Jacków i spróbujemy połączyć się na Skype – zdecydowała.

Jacek i Gosia (w skrócie Jacki) to para naszych przyjaciół, niegdyś olsztyniaków, obecnie na drugim końcu Polski. Z powodu tego oddalenia widujemy się rzadko, ale oczywiście telefony, maile i fecebooki są w ruchu jak najbardziej.

No więc próbujemy. Najpierw dzwonię normalnie, na komórkę i przedstawiam niecodzienny projekt: Sylwester przy Skype. Po chwili na ekranie widzę jakąś rozmazaną postać z obręczą na głowie. To nie obręcz, to nasza przyjaciółka Gosia tak nałożyła słuchawki, pałąkiem do przodu. No a gdzie Jacek? No jest, wyłania się z głębi pokoju i – jak to on – zapowiada zagadkę sportową. To ja mu odpowiadam następną zagadką, też  sportową. Potem sypią się zagadki z innych dziedzin, a w tak zwanym międzyczasie gadamy sobie o wszystkim, w czym brylują – nie zgadniecie – Gosia i Ewa. Oczywiście o północy wypiliśmy wspólnie po lampce szampana… hm, no po dwie lampki. Ani się obejrzeliśmy, jak minęła ta upojna noc. Muszę opatentować Skype-bal, nową formę zabawy towarzyskiej.


Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.