30 Gru 2010

Co tu dużo gadać: zakończyłem rok 2010 mocnym akcentem. Ściągnąłem sobie na kark dwa patrole policji i prokuratora na dokładkę.

Nie obrabowałem banku, nie zabiłem sąsiada ani nawet nie produkowałem narkotyków w ilościach hurtowych. Przejechałem jedynie oblodzoną wąską uliczką obok policyjnego radiowozu, muskając jego opancerzony korpus. A było tak, jak napisałem w noworocznym wydaniu Gazety Olsztyńskiej:

Omijanie władzy

Wydawało się, że prześlizgnę się bezpiecznie pomiędzy radiowozem a autami, zaparkowanymi w spłyconych przez zaspy zatoczkach parkingowych. Liczyłem dodatkowo na to, że radiowóz ruszy jednocześnie ze mną, dzięki czemu wspólnie wyminiemy się na wąskiej uliczce bez problemu. Nic z tego; radiowóz ani drgnął, a ja najpierw lusterkiem, potem błotnikiem dotknąłem wystającego poza obrys policyjnej maszyny tzw. odbijacza. Efekt: rysa na moim błotniku i zaproszenie do wnętrza radiowozu, który wciąż skutecznie – choć nie wiadomo, w jakim celu – blokował osiedlową uliczkę przed moim blokiem.

– Musimy poczekać na prokuratora – zakomunikował na dzień dobry jeden z funkcjonariuszy.

Mój błotnik, zetknąwszy się z policyjnym radiowozem, spowodował bowiem zdarzenie z udziałem policjantów, a to niestety musi być zgłoszone na prokuraturę, podobnie jak inne ciężkie przestępstwa.   Czekamy zatem na decyzję prokuratora i na kolejny patrol policyjny, bo ci, z którymi miałem nieprzyjemność na drodze, nie mogą mnie spisać.  Po chwili moim drogowym piractwem zajmuje się już czterech funkcjonariuszy. Ci nowi zaczynają procedurę: badanie trzeźwości – najpierw policjant, potem ja: wynik póki co remisowy 0 : 0. Za chwile tracę błyskawicznie dwa gole: mandat i punkty karne. Teraz następuje spisywanie protokołu z tego nierównego spotkania. W tak zwanym międzyczasie dzwoni prokurator, że nie będzie się zajmował takimi duperelami, no chyba, że ktoś był pijany. Trzeźwi? No to załatwiajcie sami.

Za chwilę obok radiowozu przejechał kolejny samochód i tak jak ja zahaczył lusterkiem. Kierowcy jednak się upiekło; może dlatego, że nic sobie nie zarysował.

A wniosek z całego zdarzenia jest oczywisty: nie staraj się omijać władzy, bo i tak się na nią nadziejesz.

Nie będę komentował,bo jako poszkodowany (chociaż w oczach policji byłem sprawcą) na pewno nie jestem obiektywny. Ale kliknijcie ten link.

Dostałem identyczny mandat, jak sprawca tego wypadku. I gdzie tu sprawiedliwość?

27 Gru 2010

Święta Bożego Narodzenia tradycyjnie jawią się jako najważniejsze w roku, chociaż w religijnej hierarchii ważniejsza jest podobno Wielkanoc.

Słaby ze mnie religioznawca, więc obchodząc święta różnorakie skupiam się raczej na świeckim ich wymiarze. W tym roku miało być tak, jak opisałem w felietonie w przedświątecznej Gazecie Olsztyńskiej:

Święta nastrojone

Jak najlepiej przygotować się do Świąt? – Najważniejsze jest dobre mięcho – twierdzi jeden z moich znajomych. – Mmm… karpik w galarecie – wzdycha inny. – Chrzanić żarcie, najważniejsza jest choinka, żeby była z lasu, pachniała i sypała igłami – upiera się jeszcze inny. – Grunt to dobre prezenty – dodaje zatwardziały materialista.

Ale dla mnie – a pewnie i dla wielu z Państwa – najważniejszy jest nastrój. Trochę śniegu za oknem (trochę mówię, trochę, no już wystarczy!), Mikołaj sterczący na każdym rogu, dzwoneczki dindolące u przemykających tu i ówdzie sań, kolorowe lampki rozwieszone nad ulicami, kolędy zewsząd płynące… No i dzieci znowu z nami, choć na co dzień na studiach poza Olsztynem.

U mnie w domu jest taka stara świecka tradycja; podczas Wigilii – ale raczej bliżej końca, niż początku – córcia wymyka się zza stołu, idzie do swojego pokoju i zasiada do pianina. To znak dla mojej ukochanej bratowej, która zrywa się jak nastolatka i za chwilę staje przy pianinie, wsparta jedna ręką o klapę – po prostu operowa diva. Syn dołącza z gitarą – zespół kolędników gotowy, nastrojony… No nienastrojony, niestety.  Pianino od długiego nieużywania trochę szwankuje, kołeczki strojników popuszczają, struny kunsztownie naciągnięte przez berlińskich mistrzów prawie sto lat temu też spuściły trochę z tonu i brzęczą cicho, że to przez te kołki. Wszystko to skutkuje drobnymi dysonansami, niesłyszalnymi przez profanów, ale rozrywającymi uszy prawdziwym znawcom muzyki.

No więc w tym roku postanowiłem wreszcie poprawić nieco nastrój – pardon: strój (tak się mówi, naprawdę – strój pianina). Zamówiłem stroiciela, który zresztą z trudem  wykroił dla mnie kawałek dnia w przedświątecznej bieganinie. Widać wszyscy chcą mieć na święta właściwy nastrój.

Koniec końców pianino pozostało jednak nienastrojone. A było tak. Córka przyjechała w przeddzień i jakoś wygadałem się przed nią o tym strojeniu.

– Tato, to bez sensu, przecież to pianino i tak niedługo pojedzie do mnie do Krakowa. Po takiej podróży będzie wymagało znów gruntownego strojenia. W Olsztynie stoi nieużywane; dziś nastroimy, a za rok znów się rozstroi. To po co pieniądze w błoto wyrzucać – zakończyła argumentem pragmatycznym jak najbardziej.

Stroiciela odwołałem, a cała reszta odbyła się dokładnie tak, jak opisałem w felietonie. Moi kolędnicy pograli, pośpiewali i generalnie nastrój był cudowny. A że pianino lekko nie stroi? Umówmy się: komu to tak naprawdę przeszkadza.

21 Gru 2010

Wybrałem się wczoraj w tak zwany teren. Przewrotny los pokierował me auto na krańce województwa, zwane niekiedy polską Syberią. Jakże słusznie!

Na leżącą już ponadpółmetrową (cóż to za wyraz pokraczny, ale zgodny jak najbardziej z polską ortografią) śnieżną powłokę padały dalsze płatki białego diabelstwa, zwanego niekiedy pieszczotliwie białym puchem. Gdyby nie drzewa, trudno byłoby trafić na drogę. Gdzieś między Węgorzewem a Gołdapią odezwała się we mnie nieoczekiwanie dawno uśpiona żyłka reportera. Ponieważ byłem sam, musiałem się spełniać jednocześnie w roli reżysera, reportera, kamerzysty no i kierowcy. To ostatnie wcielenie było szczególnie ważne, bo gdyby kierowca zawiódł, to cała reszta nie byłaby warta funta kłaków. Cała ta liczna (ale tylko wirtualnie) ekipa dojechała szczęśliwie.

Droga jak widać zaśnieżona i wyboista, ręka mi lata, obiektyw chwilami kieruję mimowolnie na jakieś żałosne marginesy, ale mimo wszystko jestem z siebie dumny.

15 Gru 2010

W tym roku jakoś wyjątkowo cicho przeminęła rocznica wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Większy szum był chyba wokół rocznicy wydarzeń z 1970 roku.

Dwa polskie grudnie: 1970 i 1981 r. Z mojego punktu widzenia ważniejszy był ten drugi grudzień – choćby dlatego, że jako dorosły uczestniczyłem bardziej bezpośrednio w biegu zdarzeń. Wokół młócki pomiędzy władzą a Solidarnością latały obficie wióry i różne odłamki. Jeden z takich odłamków trafił rykoszetem we mnie. O przyczynach moich nieporozumień z władzą już pisałem na blogu, dziś więc nieco o skutkach. Najpierw zapraszam do lektury mojego felietonu, który ukaże się w piątkowej (17 bm.) Gazecie Olsztyńskiej.

Stan wojenny kojarzy mi się głównie z przeraźliwym zimnem i bezrobociem. Symbolem wojny polsko-jaruzelskiej, jak trafnie stan wojenny określił prof. Andrzej Paczkowski, stał się legendarny koksownik. Było to urządzenie raczej mało skomplikowane; składało się z żelaznych, żaroodpornych prętów, pospawanych w kształt dużego, ażurowego  kosza na śmieci. Kosz wypełniało się rozżarzonym węglem lub koksem, dzięki czemu powstawał przenośny piecyk, przy którym można było ogrzać zziębnięte dłonie i inne części ciała. Przepustką do koksownika był wojskowy mundur; nigdy nie widziałem żadnego cywila, grzejącego się przy rozpalonym do czerwoności koszu. Koksowniki były po prostu wówczas wyposażeniem ogólnowojskowym, podobnie jak karabin Kałasznikowa, czapka z orzełkiem bez korony, saperka czy brudnozielone onuce. Nigdy natomiast nie dowiedziałem się, skąd brał się rozżarzony do czerwoności węgiel. Być może po prostu wygarniano żar z pieców ówczesnych kotłowni i rozwożono po ulicach.

Stan wojenny – jak wiadomo – miał przede wszystkim wybić  z głowy ówczesnej opozycji walkę z wiatrakami – czyli z panującym miłościwie systemem władzy. Do opozycji formalnie nie należałem, ale potężna machina państwowa postanowiła uporządkować także moje nieco rozwichrzone myśli. Żebym miał czas na solidne przemyślenia, zostałem wysłany na bezrobocie. Takiego pojęcia w ówczesnym prawie nie było, więc 15 czy 16 grudnia dowiedziałem się, że jestem na przymusowym urlopie bezterminowym. Pozbawiony obowiązku świadczenia pracy stawiałem się w redakcji tylko raz w miesiącu, aby odebrać należny zasiłek.

Po jakimś czasie zostałem przywrócony do pracy. Zapewne słusznie uznano, że  niebezpieczeństwo obalenia ustroju przeze mnie siłą zostało zażegnane. 8 lat później załatwił to za mnie Lech Wałęsa.

Zachowałem w domowym archiwum niepozorny druczek, który wręczono mi dokładnie 17 grudnia (a więc w felietonie podałem wadliwą datę). Tego dnia udałem się  na urlop bezterminowy, biegnący od 14 grudnia (czyli decyzja mojego zakładu pracy działała wstecz – już choćby z tego względu chyba była nieważna, o czym wówczas nie pomyślałem). Dokument wygląda tak:

To był najdłuższy urlop w moim życiu. Skończył się 8 marca 1982 roku, a więc trwał prawie trzy miesiące.

12 Gru 2010

Moje kontakty ze służbą zdrowia są takie mniej więcej, jak ze służbą bezpieczeństwa: sporadyczne i nacechowane wzajemną nieufnością.

Na szczęście służba bezpieczeństwa dała mi już święty spokój, uznając widocznie (słusznie skądinąd), że z mojej strony bezpieczeństwo naszej ojczyzny nie jest zagrożone. Służba zdrowia natomiast wciąż pała chęcią do podtrzymywania kontaktów. Bez wzajemności. Niestety co jakiś czas muszę odnawiać mój certyfikat zdrowotny z powodów, które wyłożyłem w moim cotygodniowym felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej. Zobaczcie sami:

Tydzień dla zdrowia

Co dwa lata przeżywam ten sam  koszmar. Mój pracodawca koniecznie chce się dowiedzieć, jaki mam poziom cholesterolu, czy płytki krwi pływają w osoczu, czy odwrotnie, a także ile mam w organizmie cukru, białka, bakterii takich i śmakich, oraz czy tzw. opad jest wolny czy szybki. Ruszam więc do akcji. Najpierw muszę oddać do analizy z przeproszeniem mocz. W pokoiku obok milkliwa pielęgniarka wbija mi igłę w żyłę (no gdzie te żyły u pana się podziały?) celem pobrania odpowiedniej dawki krwi. Otrzymuję skierowanie do okulisty (gabinet piętro wyżej), gdzie kolejka pacjentów przypomina stare, dobre czasy. W kolejce spotykam kolegę z pracy, czekającego w tym samym celu, więc ucinamy sobie soczystą pogawędkę. W tak zwanym międzyczasie dowiaduję się, że wyniki badań krwi i tego drugiego płynu mogę odebrać w … szatni na dole budynku. Zbiegam więc z trzeciego piętra do szatni, po czym wbiegam z powrotem na górę (bieg po zdrowie – żartuję sobie w duchu); kolejka jakby zastygła. Nagle następuje przyspieszenie i już za chwilę wchodzi kolega, po nim ja. Pani doktor od oczu najpierw każe czytać litery duże, średnie i całkiem małe. Jako wieloletni okularnik widzę gołym okiem tylko te największe, i to nie całkiem wyraźnie. Potem za pomocą skomplikowanej aparatury zagląda mi w głąb oka, a może i dalej. Ta akurat dociekliwość pani doktor wcale mi nie przeszkadza, wszak pracuję głównie oczami.

Wychodzę lekko wyżęty, ale mam już z górki. Jeszcze tylko ostateczny werdykt lekarza medycyny pracy: nadaję się czy nie do mojej roboty? Pan doktor bez wahania podpisuje certyfikat na kolejne dwa lata.

I tylko ta nutka niepokoju: okazuje się, że średnią objętość trombocyta mam nieco powyżej normy. Na szczęście mojemu pracodawcy to nie przeszkadza. Mogę wrócić do komputera.

Z tymi trombocytami wcale nie jest tak śmiesznie. Co prawda nie mam pojęcia, czym skutkuje powiększenie średniej jego objętości, ale każde odstępstwo od normy musi budzić niepokój. Mimo to kolejne starcie z medycznymi normami uważam za wygrane. Swoją drogą jestem wdzięczny mojej firmie, która zmusza mnie co jakiś czas do odnowienia mocno zastygłej znajomości z medycyną. Bez tego przymusu nie miałbym pojęcia, że tak we mnie urosły te nieszczęsne trombocyty …

08 Gru 2010

Nieliczni miłośnicy mojej twórczości blogowej próbują wymusić na mnie większą aktywność, nie unikając przekupstwa, a nawet pogróżek. Jak to powiedział Janusz Radziwiłł Kmicicowi: do prośby mogę nakłonić ucha, na groźby nie będę zważał.

Zatem na osobistą prośbę jednego z kolegów ruszyłem leniwą część ciała, czyli mózgownice, czego efekty prezentuję. Zacznę jak zawsze od felietonu z piątkowej Gazety Olsztyńskiej:

Krowa i lejek

Umknęła naszej uwadze doniosła rocznica, którą powinniśmy hucznie obchodzić 30. listopada. Nie chodzi mi wcale o rocznicę Powstania Listopadowego (przypominam – 1830 r.). Ten nasz zryw niepodległościowy – jak wszystkie nieudany – znany jest dziś chyba już tylko czytelnikom Pana Tadeusza, wierszowanego, staromodnego powieścidła niejakiego Mickiewicza Adama.

Rocznica, o której chciałbym przypomnieć, dotyczy wydarzeń nierównie bardziej ważkich. Równo 20 lat temu, 30 listopada 1990 roku, zniesiono obowiązujący od 1982 roku przepis, zezwalający na sprzedaż alkoholu dopiero od godziny 13.00.

Zakaz sprzedaży alkoholu przed 13.00 nałożył się na obowiązujące wcześniej przepisy o reglamentacji towarów, w tym alkoholu. Nie ma jednak sytuacji bez wyjścia, o czym przekonałem się któregoś dnia mrocznego stanu wojennego. Wpadłem wówczas do kolegi -weterynarza, no i zabrakło nam wiadomo czego. Kolega na chwilę zniknął, po czym pojawił się z butelczyną. Wtedy właśnie dowiedziałem się, że jako weterynarz nie ma problemu z kartkami. Mógł kupować wódkę  na podstawie chyba  legitymacji służbowej, bowiem – jak się wówczas dowiedziałem – pół litra wódki rozwiązuje lepiej, niż wszelkie inne lekarstwa, problemy przy narodzinach cielaka. Gorzałę leje się krowie prosto do pyska, po czym poród następuje gładko i bez komplikacji. Nie muszę dodawać, że krowy rodziły dość często przed magiczną godziną 13.00.

Sposób drugi zademonstrował mi w środowiskowym klubie inny mój kolega. Przychodził mianowicie do klubu punktualnie o 13.00, zamawiał 10 kieliszków wódki  (bufet sprzedawał wyłącznie na kieliszki), po czym zlewał je do przyniesionej butelki przez wypożyczony z bufetu lejek. W ten sposób stawał się posiadaczem ponadkartkowej półlitrówki za cenę tylko nieco wyższą od państwowej.

Osobiście nie odczuwałem dolegliwości z powodu wprowadzenia słynnej godziny trzynastej, ale już z powodu kartek cholera mną trzęsła raz za razem. Nie dlatego, że lubiłem nadużywać wiadomo czego; buntowała się raczej moja wrodzona niechęć do poddawania się wszelakim bezsensownym zakazom i nakazom. Nie byłem zresztą w tym buncie odosobniony; znałem ludzi, którzy na złość ograniczeniom zdobywali spod ziemi nadprogramowy alkohol i w ramach protestu upijali się do nieprzytomności. To przecież na początku lat 80. ubiegłego stulecia rozwinął się w naszym pięknym kraju oddolny ruch producentów napojów wyskokowych. Z pewnym skrępowaniem wyznam, że należałem do tej nieformalnej partii; najpierw jako bierny obserwator i konsument, później jako twórca zaangażowany. Nie muszę dodawać, że członkowie partii byli prześladowani przez reżim wcale nie mniej, niż wywrotowcy usiłujący obalić siłą ustrój polityczny kraju, czyli np. Adam Michnik i Jacek Kuroń.

Ograniczenia w handlu detalicznym pączkowały zjawiskami z pogranicza groteski. Sklepy monopolowe (czyli te, w których sprzedawano tylko alkohol) otwierano o godz. 10.00, ale przez trzy godziny nic tam się nie działo – bo przecież alkohol można było zacząć sprzedawać dopiero o 13.00.  Zagorzali zwolennicy gorzały zaludniali liczniej, niż dotychczas, restauracje, bary i speluny, gdzie sprzedaży nie ograniczano w sensie ilościowym (ale i tam obowiązywała godzina 13.00). Jednak nie umknęło to patologiczne zjawisko czujnym oczom władzy; wprowadzono zarządzenie, że w restauracji czy barze alkohol sprzedaje się wyłącznie z zakąską. Pamiętam spotkanie z kolegami w knajpie; do kolejnych kieliszków kelnerka przynosiła nam wciąż te same porcje jajek w majonezie. Po toaście jajeczka wędrowały z powrotem do baru, przy kolejnym zamówieniu – wracały na nasz stół. Dość szybko dogadaliśmy się z kelnerką  i za „zakąskę” przestaliśmy płacić. Jajeczka dyżurowały na stole na wypadek jakiejś kontroli. Myślę, że w nienaruszonym stanie służyły później innym gościom.


Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.